Joseph Ratzinger: jestem w Kościele, bo nie da się wierzyć w pojedynkę

Joseph Ratzinger: jestem w Kościele, bo nie da się wierzyć w pojedynkę
Benedykt XVI (fot Episkopat News/©Mazur/episkopat.pl)
2 tygodnie temu

"Bez względu na jakąkolwiek zdradę – obecną lub przyszłą – w Kościele, bez względu na to, jak dalece jest prawdą, iż Kościół nieustannie musi przymierzać się do Chrystusa, ostatecznie nie zachodzi między Kościołem i Chrystusem żadne przeciwieństwo" - przemawiał przed laty ks. prof. Joseph Ratzinger, a jego słowa przywołuje najnowsza książka "Benedykt XVI. Świadkowie Pana". Przyszły papież podkreślał: "Kto pragnie obecności Jezusa Chrystusa w życiu ludzkości, nie znajdzie jej wbrew Kościołowi, a jedynie w nim".

Dlaczego jeszcze jestem dzisiaj w Kościele?

Żeby pojąć, o jak wielką stawkę toczy się tu gra, trzeba się cofnąć do pewnego tekstu sprzed przeszło pół wieku. Ratzinger ma wówczas 43 lata, jest profesorem dogmatyki w Ratyzbonie. W czerwcu 1970 roku w Monachium na zaproszenie bawarskiej Akademii Katolickiej wygłasza wykład pod tytułem „Dlaczego jeszcze jestem dzisiaj w Kościele?”. Mija właśnie pięć lat od zakończenia Soboru, a Ratzinger odpowiada na tytułowe pytanie wykładu tak:

„Powodów do tego, aby nie być w Kościele, jest dzisiaj wiele, i to wzajemnie przeciwstawnych. Do tego, aby odwrócić się od Kościoła, czują się dzisiaj popychani nie tylko ci, którym jego wiara stała się obca i którym jawi się on jako zbyt zacofany, zbyt średniowieczny, zbyt nieprzychylny dla świata i życia, ale również ci, którzy miłują Kościół w jego historycznym kształcie, jego liturgię, ponadczasowość, widoczny w nim odblask wieczności. Ludziom tym wydaje się, że Kościół zmierza ku zdradzie swojej misji, że chce zaprzedać się aktualnej modzie, a tym samym utracić własną duszę. Ci przeżywają zawód na podobieństwo wielkiego zawodu miłosnego i poważnie biorą pod uwagę wycofanie się z Kościoła.

Z drugiej strony istnieją również wzajemnie przeciwstawne powody, aby w Kościele pozostawać. Trwają w nim nie tylko ludzie wierzący w jego misję oraz ci, którzy nie chcą zrywać ze starym, miłym sercu przyzwyczajeniem (jeśli nawet niewielki z niego robią użytek). Przy Kościele trwają z największą determinacją także ci, którzy odrzucają całą jego historyczną misję i namiętnie zwalczają treści, jakie starają się w Kościele zaszczepić czy utrzymać jego oficjalni przedstawiciele. Ludzie ci, choć pragną pozbyć się tego, czym Kościół był i czym jest, jednocześnie nie pozwalają się z niego usunąć, dążąc do uczynienia go takim, jakim w ich opinii powinien być. […]

Kto nie jest zwolennikiem postępu, jest jego przeciwnikiem; człowiek musi być albo konserwatystą, albo progresistą. Co prawda rzeczywistość – Bogu dzięki – wygląda inaczej: w ciszy, niemal nie wydając z siebie głosu, żyją w swoim otoczeniu ludzie, którzy po prostu wierzą i którzy również w tej godzinie zamętu wypełniają prawdziwe zadanie Kościoła – budowania na Słowie Bożym modlitwy i wytrwałości dnia codziennego. Nie pasując do zakładanego obrazu, ludzie ci pozostają po większej części nieznani; ten prawdziwy Kościół nie jest wprawdzie całkiem niewidoczny, ale pozostaje głęboko ukryty wśród ludzkiego zgiełku.

[…] najistotniejsza sprawa: kryzys wiary, który jest jądrem całego procesu. W sensie socjologicznym Kościół sięga daleko poza krąg wierzących i w świetle tego – swoiście instytucjonalnego faktu – jest głęboko wyobcowany w stosunku do swej rzeczywistej istoty. Rozgłos towarzyszący soborowi i rzekome widoki na zbliżenie między wiarą i niewiarą, powstające w sposób niemal nieunikniony na fali doniesień medialnych, doprowadziły owo wyobcowanie do radykalnej skrajności: sobór zbierał także oklaski od tych, którzy nie mieli najmniejszego zamiaru stać się kiedykolwiek wierzącymi w sensie tradycji chrześcijańskiej, którzy jednak radośnie witali „postęp” Kościoła zmierzający w kierunku ich własnych wyobrażeń; potwierdzający obraną przez nich drogę.

[…] dla jednego postępem jest to, co drugi musi uznać za niewiarę, a normą staje się rzecz dotychczas nie do pomyślenia: że oto ludzie, którzy dawno już porzucili Credo Kościoła, ze spokojnym sumieniem uznają siebie za prawdziwych, postępowych chrześcijan. […]

Prawo obywatelstwa, jakie niewiara zdobyła sobie w Kościele, sprawia, że sytuacja staje się coraz bardziej nieznośna dla obu grup. […]

Czym w obecnej sytuacji motywować pozostawanie w Kościele? Mówiąc inaczej: jeśli decyzja na rzecz Kościoła – o ile ma mieć sens – musi być decyzją duchową, to czym tego rodzaju decyzja może być uzasadniona? […]

To Kościół właśnie, pomimo całej ludzkiej małości zgromadzonych w nim ludzi, daje nam Jezusa Chrystusa, i jedynie za sprawą Kościoła możemy przyjmować Go jako żywą, działającą z mocą, tu i teraz, stawiającą mi wymagania i obdarowującą Rzeczywistość. Henri de Lubac ujął to w następujących słowach: „Czy ci, którzy akceptują jeszcze Jezusa, choć negują Kościół, wiedzą, że właśnie jemu Go ostatecznie zawdzięczają?… Jezus jest dla nas żywy. Jednak pod jakimż lotnym piaskiem pogrzebane byłoby może nie Jego imię i pamięć o Nim, lecz Jego rzeczywiste działanie, oddziaływanie Ewangelii i wiara w Jego boską osobę, bez widzialnego trwania Jego Kościoła? Bez Kościoła Chrystus musiałby się rozproszyć, rozsypać i zgasnąć. A czym stałaby się ludzkość, gdyby jej zabrać Chrystusa?”. […] uznać trzeba podstawowy fakt: bez względu na jakąkolwiek zdradę – obecną lub przyszłą – w Kościele, bez względu na to, jak dalece jest prawdą, iż Kościół nieustannie musi przymierzać się do Chrystusa, ostatecznie nie zachodzi między Kościołem i Chrystusem żadne przeciwieństwo. […]

Kto pragnie obecności Jezusa Chrystusa w życiu ludzkości, nie znajdzie jej wbrew Kościołowi, a jedynie w nim. […]

Jestem w Kościele z tych samych powodów, dla których w ogóle jestem chrześcijaninem. Albowiem nie da się wierzyć w pojedynkę. Wierzyć można tylko pospołu z innymi. Wiara jest w swej istocie siłą jednoczącą. Jej pierwotnym obrazem jest opowieść o Zielonych Świętach; cud zrozumienia się ludzi obcych sobie pochodzeniem i historią. Wiara jest sprawą Kościoła – albo jej nie ma”. (Za: „Wykłady bawarskie z lat 1963-2004”, tł. A. Czarnocki, Warszawa 2009)

A zatem Kościół jest naszą współczesnością z Jezusem Chrystusem - nie ma innej. Taki jest zamysł Pana. I taka jest dokładnie rola Dwunastu i całego pokolenia Pierwszych Świadków Wiary: budować Kościół, który jest wspólnotą uobecniającą Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego.

Ks. Jerzy Szymik

 

Publikowany fragment pochodzi z książki "Benedykt XVI. Świadkowie Pana. Twórcy pierwotnego Kościoła"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Benedykt XVI
24,43 zł
34,90 zł

Najważniejszą rzeczą jest postawienie w centrum własnego życia Jezusa Chrystusa, tak by naszą tożsamość określało zasadniczo spotkanie, więź z Chrystusem i z Jego słowem.

Jak znaleźć miejsce we wspólnocie Kościoła?

W obliczu rozmaitych problemów, z...

Skomentuj artykuł

Joseph Ratzinger: jestem w Kościele, bo nie da się wierzyć w pojedynkę
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.