Nie tylko matki, żony i kochanki

Nie tylko matki, żony i kochanki
(fot. unsplash.com)
2 miesiące temu

Za dużo moralizatorskiego pouczania z ambon, ustawiania nas wyłącznie w roli czyichś dziewczyn, żon, matek i obiektów zachwytu i/lub pożądania, robienia z nas łagodnych „urzekających”. Za mało traktowania nas jako równoprawnych partnerek i pamięci, że naszą patronką jest również „Judyt wojująca”.

Słuchając młodych ministrantów

To był impuls. Kupiłam bilet na autobus, spakowałam plecak, obudziłam się przed świtem i pojechałam w góry. Przyjemny, pusty szlak na przełęcz pod Kopą Kondracką, stado kozic na skalnym zboczu Kasprowego Wierchu, szarlotka w Murowańcu - i nawet zdążyłam dotrzeć na mszę do Zakopanego. Dawno nie miałam tak dobrego dnia.

Humor popsuła mi dopiero podróż powrotna.

Chodziło o dwóch chłopców, na oko w wieku około gimnazjalnym (chyba poprawniej byłoby powiedzieć, że była to późna podstawówka), którzy siedzieli niedaleko mnie i przez sto kilometrów toczyli głośną, długą, wyczerpującą rozmowę. Dowiedziałam się z niej, że są ministrantami, poznałam meandry relacyjne ich znajomych z duszpasterstwa w parafii. I tak, od słowa do słowa, zaczęli rozmawiać o dziewczynach. Plotki o koleżankach, ostre nabijanie się z tej i z tamtej, że lecą na nich i na jakichś ich kumpli, teksty seksistowskie i wulgarne jak z seansu patostreamingu. A potem znów długo o „służbie ołtarza”.

Oczywiście - pomyślałam, kiedy irytacja opadła - nie ma co pastwić się nad nimi i przesadzać, nie ma co wyciągać zbyt daleko idących wniosków. To nastolatki, trudny wiek, burza hormonów, wszystko jasne…

Ale z drugiej strony, właściwie czemu tak łatwo automatycznie ich usprawiedliwiłam? Czy w stosunku do dziewczyn, które mówiłyby w ten sposób też miałabym tyle wyrozumiałości i pomyślałabym, że nie ma co przesadzać, bo to burza hormonów sprawia, że nazywają chłopaków „dobrymi dupami” i mówią o zaliczaniu? I co poszło nie tak, że moi towarzysze podróży nie mieli problemu ze wypowiadaniem tego na jednym wydechu razem z opowieścią o nabożeństwie, na którym byli?

Skąd to się bierze? Źródeł jest wiele: rodziny, z których pochodzą, relacja rodziców między sobą i rodziców w stosunku do nich, wpływ rówieśników, pornografia w roli podstawowej edukacji seksualnej czy zakotwiczone w myśleniu uprzedmiotowienie kobiet… 

Jak ta sytuacja się ma do naszych - kobiecych - problemów z Kościołem?

Mansplaining (i w ogóle seksizm)

W języku polskim słowo mansplaining oddaje się też czasem za pomocą terminów: panjaśnienie, tłumaczyzm czy męsplikacja. Co to oznacza? To zjawisko opisane przez Rebeccę Solnit w głośnym eseju (a później książce o tym samym tytule) „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Solnit wychodzi od drobnej anegdoty: na przyjęciu anonimowy Bardzo Ważny Pan rozmawia z nią, już wtedy uznaną badaczką i autorką kilku książek, referując… jeden z jej własnych tytułów. Podczas tej rozmowy był wobec niej niezwykle protekcjonalny. Wreszcie przyjaciółka Solnit, która brała udział w rozmowie, wyjaśniła mu, że stoi przed nim sama autorka tekstu. To nie poskutkowało - mężczyzna zignorował ją i kontynuował swój wykład. Solnit z przekąsem wskazuje na to niezręczne wydarzenie jak na symptomatyczne zjawisko. I ukuwa definicję tego, czym jest mansplaining: „niektórzy mężczyźni objaśniają rzeczy, których objaśniać nie powinni, zamiast słuchać tego, co powinni”. Punktuje też „pewien rodzaj tupetu, który utrudnia kobietom działanie na wszelkich polach: powstrzymuje je przed zabieraniem głosu, a zarazem sprawia, że nawet jeśli odważą się go zabrać, ich głos pozostaje niesłyszalny”. Solnit rozszerza wspomnianą scenę, której stała się bohaterką. Wskazuje szereg przykładów z życia społecznego i politycznego, które pokazują głębszy problem kulturowy unieważniania głosu kobiet, uciszania go - a w efekcie odebrania. Głos kobiety staje się uprawomocniony dopiero przez mężczyznę.

Można by machnąć ręką. I zadrwić. O co chodzi - to tylko zabawna anegdotka z bankietu w Aspen, nadmuchany, wymyślony problem. Niestety mansplaining nie ogranicza się tylko do niefortunnej, pojedynczej rozmowy. To powszechne doświadczenie kobiet, które zabierają głos, zwłaszcza tych, które - paradoksalnie - są specjalistkami w danym temacie. I jest to przebiegła forma seksizmu - miękka, zamaskowana, najczęściej nieświadoma, za to strasznie rozpleniona. Do takiej formy podkreślenia władzy nie trzeba jawnego łamania podstawowych praw - chodzi o deprecjonujące podejście, o wchodzenie w słowo, o jawne ignorowanie w rozmowie, o potwierdzanie słów kobiety przez mężczyznę.

Czy seksizm jest w Kościele? To niestety pytanie retoryczne. Jest w Kościele tak, jak jest wszędzie indziej. Chłopcy z autokaru rozmawiali o swoich koleżankach nie tylko uprzedmiotawiając je seksualnie, mówili też o nich z wyższością w całkiem neutralnych tematach, dotyczących ich szkoły i służby w parafii. A co z tymi księżmi, którzy - nieproszeni - czują się czasem w obowiązku udzielać porad singielkom i żonom? Co z objaśnianiem kobietom, do czego są powołane, jak mają zachowywać się w określonych rolach? Albo jakimi cechami mają się wyróżniać? Jak powinny, a jak nie powinny się ubierać, żeby nie kusić mężczyzn?

Doskonale napisała o tym s. Małgorzata Borkowska OSB w „Oślicy Balaama”: „Znałam zakonnicę, której siostrzeniec, podówczas kleryk na pierwszym roku, przysłał w prezencie imieninowym nowo wydaną książkę o modlitwie, z dedykacją: „Kochanej cioci… aby ta piękna książka pomogła zrozumieć wartość modlitwy”. Dosłownie. Ciocia była już ćwierć wieku w klasztorze kontemplacyjnym, ale widocznie dotąd nie wiedziała, po co tam siedzi; na szczęście teraz już zrozumie.” Jak też: „Kiedy przez długie lata oprowadzałam wycieczki po naszym kościele i skarbcu, księży przychodzących w cywilu rozpoznawałyśmy bezbłędnie po tym, że zadawali wprawdzie pytania, ale odpowiedzi nie słuchali; albo zaczynali od razu mówić o czymś innym, albo odpowiadali sobie głośno sami. Po prostu nie mieściło im się w głowie, żeby zakonnica mogła coś takiego wiedzieć, czego oni nie wiedzą. Natomiast zakładali bez zmrużenia oka, że wiedzy, której oni [podkreślenie oryginalne - przyp. DF] nam udzielają, znikąd dotąd mieć nie mogłyśmy.” To podręcznikowe przykłady mansplaining.

Czy seksizm jest w Kościele? To niestety pytanie retoryczne. Jest w Kościele tak, jak jest wszędzie indziej.

Z kolei Zuzanna Radzik w książce „Emancypantki. Kobiety, które zbudowały Kościół” pisze, nieco skonsternowana, że ludzie kojarzą jej imię wyłącznie ze starotestamentalną Zuzanną z Księgi Daniela: „Zuzanna w kąpieli jest taka nieproblematyczna, ukazana na wielu płótnach i możemy ją bezwstydnie podglądać, niemal jak owi starcy. Taka jest przecież rola kobiety w naszej kulturze: być oglądaną, bierną, ewentualnie uradowaną (tu w roli „księcia wybawiciela” Daniel). Gorzej z tą drugą Zuzanną. Co to znaczy, że właśnie ona z Marią Magdaleną, Joanną, żoną Chuzy, i innymi kobietami były przy Jezusie i uczniach, gdy wędrował, nauczając, a nawet „im usługiwały ze swego mienia” (Łk 8,3)?”.

Za dużo moralizatorskiego pouczania z ambon, ustawiania nas wyłącznie w roli czyichś dziewczyn, żon, matek i obiektów zachwytu i/lub pożądania, robienia z nas łagodnych „urzekających”. Za mało traktowania nas jako równoprawnych partnerek i pamięci, że naszą patronką jest również „Judyt wojująca”.

O co chodzi, jeśli nie o władzę?

Władza w instytucjonalnym Kościele należy do mężczyzn. Biskup sprawuje władzę w diecezji - to wszyscy wiemy. Biskup jednak nie jest sam; wspierają go dyrektorzy wydziałów w kurii. Pośród przetaczającego się sporu o feminatywy, nie bez przyczyny mówię: dyrektorzy. Niemal wszystkie zarządzające osoby w strukturach kurialnych to mężczyźni - księża. Ale przecież to nie musi być reguła: przykładem jest dr Iwona Zielonka, dyrektorka wydziału ds. Nowej Ewangelizacji w diecezji płockiej.

Czy wiele z nas, świeckich kobiet, nie byłoby lepiej zorientowanych w problemach rodziny, a jednocześnie na tyle przygotowanym pod kątem zarządzania, by przewodniczyć wydziałom duszpasterstwa rodzin? Co z siostrami zakonnymi lub członkiniami instytutów życia konsekrowanego - czy one nie nadają się do decyzyjności w swoich wydziałach? O co tu chodzi? Poza tym, że o władzę.

Wydaje się, że lepiej jest na poziomie świeckich wspólnot: zdecydowanie łatwiej tu o sprawcze liderki, aktywne działaczki niż w wypadku Kościoła hierarchicznego. Z drugiej strony przyglądając się dużym chrześcijańskim konferencjom, organizowanym przez świeckich, można zupełnie nie odnieść takiego wrażenia. Ze świecą szukać kobiet głoszących nauczania na głównych scenach; chyba że są w duecie z mężem.

Skąd właściwie bierze się taka rażąca dysproporcja?

Gdy podczas pewnej dyskusji po tegorocznych Oscarach, zwróciłam uwagę na praktyczną nieobecność kobiet w kategorii reżyserskiej, jeden z moich rozmówców natychmiast stwierdził, że nominowanie kobiet tylko dlatego, że są kobietami i wprowadzanie sztucznego parytetu otwiera drogę do absurdalnego, ale za to "poprawnego politycznie" rozbijania liczby nominacji tak, aby "nikogo nie urazić" i "docenić" każdą orientację seksualną czy kolor skóry. Nie udało nam się dojść do porozumienia; moim zdaniem, sytuacja jest jednak bardziej złożona, uwarunkowana kulturowo i historycznie. I sama dużo mniej boję się tego hipotetycznego, przerysowanego "terroru politycznej poprawności" niż niewypowiedzianego wstępnego założenia, że mężczyźni kręcą lepsze filmy od kobiet i tylko dlatego od 1929 roku Oskara za reżyserię otrzymała tylko jedna kobieta.

Analogicznie byłoby w tym wypadku z kobietami w zarządach kurialnych. Na razie nie ma ich (prawie) wcale. Czy aby na pewno tylko dlatego, że nie ma wśród świeckich kobiet kompetentnych specjalistek...? Dużo bardziej boję się utrzymywania status quo tylko ze względu na tradycję lub na założenie, że to mężczyźni nadają się do władzy niż ryzyka podzielenia się tą władzą.

I oczywiście kobieta podejmująca decyzje na kierowniczym stanowisku czy przemawiająca na scenie nie jest automatyczną gwarancją jakości. 

Ale przecież mężczyzna też nie.

Za dużo moralizatorskiego pouczania z ambon, ustawiania nas wyłącznie w roli czyichś dziewczyn, żon, matek i obiektów zachwytu i/lub pożądania, robienia z nas łagodnych „urzekających”.

Niekoniecznie LGBT

Kolejna sprawa jest szersza, ale w ogromnym stopniu dotycząca kobiet. Jeśli biskup (lub prezbiter) naucza z ambony na tematy społeczne, można obstawiać w ciemno, że mówi o seksie. Kilka lat temu był słynny list Episkopatu, który wprowadził do szerokiego dyskursu katolickiego pojęcie „ideologii gender”, przez ostatnie miesiące wyewoluowało to do „ideologii LGBT”. Regularnie podnoszone są kwestie związane z antykoncepcją czy edukacją seksualną.

Tymczasem kiedy ostatnio słyszeliśmy list o wykorzystywaniu pracowników i pracownic? Kiedy poważnie zajęto się ze szczebla hierarchicznego „zatrzymywaniem zapłaty robotnikom” lub szeroko rozumianym „uciskaniem ubogich, wdów i sierot”? Ile razy słyszałam list pasterski, który wspominałby o obowiązku płacenia alimentów albo wskazywał na psychiczną, fizyczną, finansową przemoc w rodzinie? Nie chcę zarzucać, że Kościół nie robi nic w tej sprawie - wiem o domach samotnej matki, o systemach wsparcia, o dziesiątkach ludzi, którzy działają więcej niż mogą… Jednocześnie mam głębokie poczucie, że mając tak duże wpływy, można by zrobić znacznie więcej. A przede wszystkim - znacznie więcej mówić o tym głośno.

Bo to są prawdziwe problemy tysięcy kobiet.

Wzajemnie poddani

Czy ty, mężczyzno, który przeczytałeś ten tekst, poczułeś złość? Czujesz się potraktowany niesprawiedliwie, bo przecież masz czyste sumienie, a nie zostało to wystarczająco podkreślone? Cieszę się, że zostawiam cię w tej irytacji. Mam nadzieję, że wyzwoli energię, która sprawi, że staniesz się jeszcze wrażliwszy na sprawy równości płci w Kościele.

Nie wiem, czemu tak triumfują ci, którzy z listu do Efezjan robią hymn zależności kobiet od mężczyzn. Nie rozumiem nie tylko dlatego, że przecież oprócz „żon poddanych mężom”, Paweł równocześnie mówi o mężczyznach, którzy powinni kochać żonę jak Chrystus kocha Kościół (przypomnę: do męczeńskiej śmierci). Mnie jednak najbardziej podoba się pierwsze zdanie tego fragmentu. To jest coś, co w jednym zdaniu skupia sens relacji kobiet i mężczyzn, ustawia je we właściwej, ewangelicznej perspektywie, a jednocześnie pozbawia znamion seksizmu.

Jak ono brzmi?

„Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej!” (Ef 5, 21)

Redaktorka i dziennikarka DEON.pl, autorka książki "Pełnymi garściami". Prowadzi blog dane wrażliwe.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Zuzanna Radzik
25,75 zł
42,90 zł

- Puk puk.
- Kto tam?
- To my, więcej niż połowa Kościoła!

Taki improwizowany dialog krzyczały kobiety w stronę hierarchów udających się na synod w 2018 roku.

Ruch równouprawnienia w Kościele to...

Skomentuj artykuł

Nie tylko matki, żony i kochanki
Komentarze (0)

Skomentuj artykuł

Nie tylko matki, żony i kochanki
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.