Znaliśmy cel, nie znaliśmy drogi. Pieszo z Lublina do Kodnia

Znaliśmy cel, nie znaliśmy drogi. Pieszo z Lublina do Kodnia
fot. Mateusz Paluch OP
1 miesiąc temu

Pewien gospodarz powiedział przy śniadaniu przyciszonym głosem, że to zaszczyt, że ich odwiedziliśmy i czuje się jakby wygrali w totolotka. „Przecież tędy nie przechodzi żadna pielgrzymka. Szansa, że będziecie nocować akurat w Maśluchach była jedna na milion. A że wybierzecie właśnie nasz dom?” Dzień wcześniej, z przejęciem słuchaliśmy historii jego życia, jak wstawiennictwo Maryi uratowało ze śmiertelnej choroby jego młodego syna. Uczyliśmy się prostej wiary i spontanicznej ufności Bogu

Marzyłem o tej wyprawie od dawna. Wiedzieliśmy jedynie, gdzie zaczynamy naszą podróż i dokąd chcemy dojść. To, co miało się wydarzyć po drodze, oddawaliśmy w ręce Boga i bacznie obserwowaliśmy Jego opatrznościowe działanie. Po prostu iść przed siebie. Bez większych przygotowań, bez planu, dużo w ciszy, blisko Bożego Słowa. Na ramionach plecak, w jednej ręce różaniec, druga ręka służyła najczęściej do odganiania komarów. Wyruszenie w nieznane w poszukiwaniu Boga i w Jego imię daje ogromną wolność. Coś podobnego musiał czuć mój imiennik Mateusz, kiedy zachwycające spojrzenie Jezusa poderwało go od stołu poborcy podatkowego. Wstał i poszedł za Nim. Podobnie musiał się też czuć Zacheusz, który schodząc z sykomory i stawiając pierwszy krok na ziemi przeczuwał, że droga, w którą wyrusza nie należy już tylko do niego.

Punktem wyjścia był Lublin, naszym celem sanktuarium w Kodniu. Bardzo chciałem iść tak jak Jezus przykazał – gdy do jakiegoś domu wejdziecie, niech wasz pokój spocznie na domownikach. Działo się jednak odwrotnie. Trafialiśmy w miejsca wypełnione Bożym pokojem. Czerpaliśmy, błogosławiliśmy i ruszaliśmy dalej. Pewien gospodarz częstując nas wyborną kiełbasą z sarniny (domowej roboty) powiedział przy śniadaniu przyciszonym głosem, że to zaszczyt, że ich odwiedziliśmy i czuje się jakby wygrali w totolotka. „Przecież tędy nie przechodzi żadna pielgrzymka. Szansa, że będziecie nocować akurat w Maśluchach była jedna na milion. A że wybierzecie właśnie nasz dom?” Dzień wcześniej, z przejęciem słuchaliśmy historii jego życia, jak wstawiennictwo Maryi uratowało ze śmiertelnej choroby jego młodego syna. Uczyliśmy się prostej wiary i spontanicznej ufności Bogu. Ludzie, którzy otwierali przed nami swoje serca i lodówki nie wiedzieli, że to oni są posiadaczami fortuny, a my szczęśliwcami, którzy trafili szóstkę.

fot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OP

Jest coś świętego w pieszej wędrówce. Człowiek pielgrzymując schodzi jednocześnie w głąb siebie. Serce zaczyna bić rytmicznie. Z każdym krokiem powyginane myśli prostują się, zamazane spojrzenie na codzienność odzyskuje ostrość, a ból głowy o sprawy wszelakie jest delikatnie rozwiewany przez polny wiatr. Czy życiowe problemy znikają? Nie. Czy moje grzechy i niedomagania zostały na zawsze w Lublinie? Nie. Przeciwnie! Idąc widziałem je coraz wyraźniej. Jednak już mnie nie przytłaczały z taką siłą jak wcześniej. Z przedziwną świeżością i dystansem mogłem na nie spojrzeć, uśmiechnąć się do nich i z zakasanymi rękawami podjąć trud wewnętrznej walki. Droga przemienia.

Tego dnia, po nocnej ulewie, poranek długo budził się do życia. Dwie godziny marszu za nami. Starsi państwo widząc z daleka zbliżających się w białych habitach czterech mężczyzn podarowali nam kubeł jagód. Twarze mieli pogodne, niespieszne, udekorowane szlachetnymi zmarszczkami. Ręce spracowane, a nogi po kolana umorusane w jagodowych barwach. Kilka chwil później, gdy siedzieliśmy w ich walącym się ze starości drewnianym domu, w malutkiej kuchni unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy. Czekając aż nieco ostygnie gospodyni z rozpromienioną twarzą powiedziała: „Nam niczego więcej nie potrzeba, żyje nam się tu jak u Pana Boga za piecem. Dzieci nas odwiedzają, wnuków coraz więcej. Raz nazbieramy trochę jagód, innym razem pójdziemy na grzyby. Póki sił starczy jest co robić”. Chodziliśmy od wioski do wioski. Spotykając głównie ludzi prostych rosło we mnie przekonanie, iż to właśnie prostota jest kluczem do nieba. Uroczysty okrzyk Jezusa, że tajemnica królestwa niebieskiego objawiona jest prostaczkom, z całą mocą wypełniał się w twarzach spotykanych osób.

Pewnego razu zza miedzy dostrzegł nas tajemniczy gospodarz w podeszłym wieku. Rychło przebiegł przez jezdnię i rozpoczął rozmowę nieoczekiwaną prośbą: „Opowiedzcie mi coś ciekawego albo zapytajcie mnie o coś!” Zaskoczeni patrzyliśmy się na siebie raz to z uśmiechem, raz unosząc brwi ze zdziwienia. Po chwili jeden z braci mądrze wybrnął z tej sytuacji: „Proszę pana, papież Franciszek zachęcał młodych, by pytali seniorów o to, co jest w życiu najważniejsze?” „Najważniejsze? – dopytał dociekliwy rozmówca – Najważniejsze, to żeby nasz kraj nie był podzielony. Teraz wszyscy z wszystkimi walczą – zakończył smutnym głosem, a po chwili znów radośnie zawołał – No, ale pytajcie mnie o coś, pytajcie! Albo wy powiedzcie coś ciekawego!” Urocza prostota i powalająca otwartość. Na widok obcych ludzi w dziwnych, niecodziennych strojach nasz rozmówca gotów był zarówno słuchać, jak i podzielić się kawałkiem swojego życiowego doświadczenia. Kilka kilometrów dalej, podczas obiadowej przerwy (tj. zimnego kefiru i świeżej bułki z pasztetem) podeszła do nas zaciekawiona kobieta. Gdy zapytaliśmy ją, jaką intencję chciałaby nam zostawić, bez chwili zawahania odpowiedziała: „Proście o jedność dla naszej miejscowości. Ja jestem tu sołtysem i ludzie są ze sobą bardzo skłóceni. Módlcie się o jedność dla nas”. Byłem pod wielkim wrażeniem, że nie poprosiła o nic dla siebie – o zdrowie, o dobrą pracę, nawet nie wspomniała o swojej rodzinie. Prosiła o jedność dla całej lokalnej społeczności. Diabeł jest tym, który dzieli. Wszędzie próbuje wszczepić rozłam: w nas samych, w rodzinach, miastach, narodach. Próbuje odizolować nas od siebie, wmówić, że nie potrzebujemy siebie wzajemnie. Zwraca nas przeciwko sobie. Inspiruje do budowania murów. A Jezus, w którego słowa wsłuchiwaliśmy się kilka razy dziennie zapewniał nas, że swoją śmiercią i zmartwychwstaniem, a więc mocą niezwyciężonej miłości raz na zawsze zburzył rozdzielający nas mur – wrogość.

fot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OP

Wędrówka po Wschodzie okazała się również doświadczeniem ekumenicznym. Pewnego dnia trafiliśmy w gościnę do luteran. Przyjęli nas z radością i wielką hojnością. Długa wieczorna rozmowa na tarasie domku letniskowego zakończyła się wspólną modlitwą. Jedność między nami potęgowała walka ze wspólnym wrogiem – komarami, które nie opuszczały nas na krok. Ostatniej nocy rozbiliśmy namioty przy prawosławnym monastyrze w Jabłecznej. Piękne, poranne, dwugodzinne nabożeństwo wyśpiewane w języku cerkiewno-słowiańskim uświadomiło mi, że w dążeniu do jedności słowa nie są najważniejsze. Najważniejszy jest Ten, do którego je kierujemy i do którego idziemy. To Jezus jest jedynym źródłem i sprawcą jedności. Podział jest zawsze dramatem. Dzień później we włodawskiej cerkwi spotkaliśmy księdza Jerzego zafascynowanego starcem Paisjuszem Hagiorytą. „Gdy przeprowadzał się do jakiegoś klasztoru – rozpoczął z błyskiem w oku prawosławny duchowny – najpierw wykopywał sobie tam grób, żeby nie zapominać o śmierci. Pamięć o śmierci – mawiał mnich Paisjusz – chroni nas przed grzechem”. Na naszej drodze było również kilka bolesnych spotkań. Rozmowy z katolikami, którzy oczerniali swój dom były napełniały nas bólem. Rzucali oni obelgi na księży, którzy zachowują środki ostrożności w związku z wirusem, a ich działania nazywali obrazą Boga. Innym razem napotkani w świątyni turyści na zaproszenie do wspólnej modlitwy odpowiedzieli, że „ta wasza msza to niższa liga, w takim miejscu jak to, godniej byłoby sprawować w rycie trydenckim”. W tych momentach wielkim trudem było powstrzymywanie się od dokładania kolejnych cegieł do dzielącego nas muru, zachowywanie w sercu postawy błogosławieństwa i podejmowanie próby szukania dróg pojednania.

W Kodniu Maryja nazywana jest Matką Jedności. Bycie blisko Niej rozpala w człowieku pragnienie jedności, którym płonie Jezus. Kiedy dotarliśmy na miejsce, do Jej sanktuarium, dotarłem do domu. I choć byłem tam pierwszy raz, byłem w domu. Jest to jeden z najcudowniejszych aspektów życia blisko Jezusa – doświadczenie domu w miejscach, w których On przebywa, w ludziach, w których mieszka. W ludziach prostych, wdzięcznych, otwartych. Ale jest On nie mniej obecny w ludziach dla mnie trudnych, wymagających, tych których od siebie oddzielam najróżniejszymi murami. Wreszcie, pielgrzymując przestrzeń domu odnalazłem w sobie samym. Droga przemienia.

fot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OPfot. Mateusz Paluch OP

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Znaliśmy cel, nie znaliśmy drogi. Pieszo z Lublina do Kodnia
Komentarze (2)
JG
~ja Gdańszczanka
13 sierpnia 2020, 21:16
Kochana Matka Boża Kodeńska. Oj mam ci ja jej za co dziękować. Mojaś Ty Matuś.
AR
~A R
12 sierpnia 2020, 12:56
Dzięki za pielgrzymkowy tekst, chwała Bogu, że ma takich zakonników i że my też mamy, nawet jak czytamy o wrażeniach z drogi i spotkanych przez was ludzi. Dużo serdeczności!

Skomentuj artykuł

Znaliśmy cel, nie znaliśmy drogi. Pieszo z Lublina do Kodnia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.