Wstawiennictwo świętego Józefa ocaliło mojego synka [ŚWIADECTWO]

Wstawiennictwo świętego Józefa ocaliło mojego synka [ŚWIADECTWO]
fot. Alex Pasarelu / Unsplash
Marlena

"Ponowione badania krwi i moczu wyszły nieporównywalnie lepiej. Sama pani ordynator oddziału dziecięcego była zdziwiona, płakała razem z nami z powodu tak nagłej poprawy". Przeczytaj wzruszające świadectwo, w którym ważną rolę odegrał święty Józef. [ŚWIADECTWO]

Postać św. Józefa jest mi znana od dzieciństwa, podobnie jak większości dzieci wychowywanych w rodzinach chrześcijańskich, jednak większe zainteresowanie wzbudził we mnie dopiero w latach gimnazjalnych i licealnych, kiedy to zaczęłam stale czytać dwumiesięcznik "Miłujcie się!". W pewnym momencie zamarzyła mi się współpraca z tym czasopismem w charakterze tłumacza (w liceum uczyłam się francuskiego, a na studiach dodatkowo włoskiego).

W jednym z numerów natrafiłam na świadectwo pewnej dziewczyny, która modliła się o dobrego męża za pośrednictwem św. Józefa. W modlitwie zapewniała, że jeśli poślubi odpowiedniego chłopca i wspólnie doczekają się potomka płci męskiej, to nadadzą mu przynajmniej jako drugie imię Józef. Tak się też stało. Podbudowana tym przykładem pomyślałam, że kiedyś uczynię tak samo - o ile wolą Bożą dla mnie jest założenie rodziny - jednakże dość szybko o tym zapomniałam…

Tuż przed rozpoczęciem studiów, 19 września 2008 roku, na obozie adaptacyjnym dla pierwszoroczniaków poznałam Ernesta, który okazał się moim zupełnym przeciwieństwem: był spokojny, cichy, zrównoważony, ostrożny, lakoniczny i stanowczy. Nie myślałam wtedy, że zostaniemy parą ani tym bardziej że dokładnie pięć lat i pięć miesięcy później zostanę poproszona przez niego o rękę. Ale tak się stało.

W czasie studiów w Lublinie bardzo lubiłam chodzić do kościoła pod wezwaniem św. Józefa, widocznego z okna akademika, w którym mieszkałam. W niedzielę na każdej mszy było tam pełno ludzi. Pamiętam, że najczęściej siadaliśmy z Ernestem na chórze, bo tylko tam było jeszcze w miarę luźno. Poza tym przyznaję, że nie byłam stałą czcicielką Świętego, w tym sensie, że nie modliłam się do niego na co dzień, tak jak do Najświętszej Maryi. Owszem, powierzałam często jego opiece Ernesta, obchodziłam jego święta wypadające 19 marca i 1 maja, lecz na tym poprzestawałam.

Momentem przełomowym stała się pielgrzymka do Medziugorje organizowana przez p. Ewę z krakowskiego oddziału redakcji "Echo Medziugorja" w dniach od 29 września do 6 października 2016 roku. Wybraliśmy się tam z Ernestem już jako małżeństwo z ponadrocznym stażem, które zapragnęło starać się o potomstwo. (Dodam, że nigdy nie stosowaliśmy żadnej antykoncepcji, a jedynie naturalne metody planowania rodziny, z którymi zapoznaliśmy się podczas kursu przedmałżeńskiego na KUL-u). Zanim dotarliśmy do celu naszej pielgrzymki, zatrzymaliśmy się na nocleg na Chorwacji, w Ludbregu - miejscu cudu eucharystycznego - a następnego dnia w Zagrzebiu u o. Jozo Zovko OFM, który jako pierwszy duchowny dowiedział się od dzieci z Medziugorje o ich widzeniach z Matką Bożą. Nigdy nie zapomnę spotkania z tym człowiekiem, szczególnie w momencie, gdy podeszłam do niego po różańce... Ogarnęło mnie wówczas tak niesamowite wzruszenie... Emanował głębokim spokojem, pokorą i świętością. Po spotkaniu z o. Jozo jeden z ojców duchownych naszej grupy odprawił swoją mszę prymicyjną, podczas której modlił się m.in. za małżeństwa pragnące potomstwa - wówczas pękłam w środku.

Ale to nie koniec. Każdego dnia dostawaliśmy od naszej opiekunki przewodniczki ciekawie przygotowane liściki, frazy motywacyjne lub cytaty. Jednego dnia wybieraliśmy sobie patronów, którym mieliśmy powierzać konkretną intencję. Przypadł mi św. Jan Maria Vianney, któremu miałam powierzać kapłanów oraz osoby walczące z Kościołem, natomiast mój mąż wylosował… św. Józefa wraz z cytatem: "Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów" (Mt 1, 20 - 21). Kolejna fala wzruszenia zalała mi duszę. Brzmiało to tak realnie i wiarygodnie, że nabrałam ufności, iż ta obietnica lada moment się wypełni - jak się później okazało, nie było to "lada moment"... Ale po kolei.

Innego dnia naszej pielgrzymki mieliśmy spotkanie z ks. Andrzejem. Dzielił się on z nami swoim osobistym świadectwem, a na koniec zachęcił do składania intencji mszalnych, które obiecał odprawić w Medziugorje w wybranym dowolnie dniu. Razem z Ernestem podaliśmy mu intencję, z którą tu przyjechaliśmy, wskazując datę 19 marca 2017 roku. O mało co, a później bym o niej zapomniała, na szczęście mąż pamiętał, więc uczestniczyliśmy w tym samym dniu we mszy świętej w Krakowie, gdzie wówczas pracowaliśmy i wynajmowaliśmy stancję.

Z perspektywy czasu przypuszczam, że to również za sprawą św. Józefa dowiedzieliśmy się od mojej obecnej szefowej o okazyjnej kawalerce do wynajęcia u wyjątkowo życzliwych państwa w Krakowie. Natomiast w marcu 2017 roku (w tym czasie, kiedy odprawiona została za nas msza święta przez ks. Andrzeja w Medziugorje) udało nam się wreszcie - po dwóch nieudanych próbach w Krakowie - zakupić mieszkanie na nowym osiedlu w Lublinie, w całkiem przyzwoitej cenie i co ciekawe - w niemal jednakowej odległości, po 90 kilometrów na wschód i na zachód, od naszych domów rodzinnych. Pozostawała tylko kwestia pracy... Rynek lubelski nie oferował aż tylu ofert, co krakowski. Mój mąż wprawdzie mógł przenieść się do filii swojej firmy w Świdniku pod Lublinem, ale ja takiej możliwości nie miałam. Nie mogłabym nawet pracować zdalnie dla korporacji, w której byłam zatrudniona. Liczyłam na rychłe wypełnienie się obietnicy z Medziugorje, jednak najpierw trzeba nam było przejść "Hiobową próbę".

Po obumarciu trzeciego dzieciątka w moim łonie pierwszymi słowami, jakie przyszły mi na myśl w szpitalu, były właśnie te z Księgi Hioba: "Dał Pan i zabrał Pan…". Zrozumiałam, że dzieci są prawdziwie własnością Boga, nie rodziców. Dziś widzę, że ta próba była konieczna, aby odkryć zatajone błędy i zaniedbania w mojej rodzinie. Podjęłam Nowennę do Najświętszej Eucharystii wynagradzającą za grzechy aborcji moich ciotek sprzed ponad 20 lat. Dowiedziałam się także o potajemnym pochówku mojego wuja obumarłego w czwartym miesiącu życia płodowego, o którym nie wiedziało nawet najbliższe rodzeństwo. Zamówiłam wówczas mszę świętą w intencji dzieci utraconych z mojej rodziny. Ku mojemu zadowoleniu wzięli w niej udział wszyscy żyjący rodzice tych dzieci. W końcu odprawiłam Nowennę do Najświętszej Eucharystii za siebie i dopiero po jej zakończeniu otrzymałam upragnione zwolnienie lekarskie, dzięki czemu mogliśmy przeprowadzić się do nowego mieszkania w Lublinie, pozostając na dotychczasowych kontraktach w pracy. Mało tego, moja szefowa wynegocjowała mi podwyżkę, co było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem! Ernest również otrzymał większe wynagrodzenie w swojej pracy, zanim przeszedł do filii w Świdniku. Dopiero w trzecią rocznicę ślubu obietnica z Medziugorje zaczęła się urzeczywistniać. Kończyłam wówczas odprawianie wspomnianej wcześniej Nowenny do Najświętszej Eucharystii za siebie samą. Pół roku wcześniej naszym problemem nawykowych poronień zajął się wybitny lekarz naprotechnologii z Lublina, człowiek głębokiej wiary i pokory. Myślę, że gdyby nie okazja znalezienia mieszkania do kupna w Lublinie, nie trafilibyśmy do niego, bo wcześniej w ogóle o nim nie słyszeliśmy. To właśnie tam, w Przychodni "Macierzyństwo i Życie", przekonałam się, jak wielką moc ma posłuszeństwo, a nie własne widzimisię.

Kiedy na tzw. połówkowym USG mój mąż jako pierwszy poznał płeć naszego maleństwa, a ja domyśliłam się jej ze zdjęcia, nie miałam już wątpliwości, że obietnica św. Józefa staje się naszym udziałem. Co ciekawe, miesiąc wcześniej otrzymałam od wspomnianej organizatorki pielgrzymek i redaktorki naczelnej miesięcznika "Echo Maryi Królowej Pokoju" propozycję tłumaczenia z języka włoskiego dzieła mistycznego Cecylii Baij - Żywot Świętego Józefa, w związku z ustanowionym Nadzwyczajnym Rokiem Świętego Józefa, trwającym od 3 grudnia 2017 roku do 6 stycznia 2019 roku. Dzięki temu dziełu cały czas oczekiwania na narodziny synka był dla mnie prawdziwie błogosławiony, szczególnie Adwent - bo przeżywany z całą Świętą Rodziną. Co więcej, współpraca z redaktorem odpowiedzialnym za projekt o św. Józefie przełożyła się na dołączenie do Żywego Różańca Rodzin. Patronem naszej Róży jest Święta Rodzina.

Nie bez powodu św. Józef został patronem chrztu naszego synka. Można powiedzieć, że Święty wziął maleństwo w opiekę jeszcze przed jego poczęciem. W czasie oczekiwania na narodziny i tłumaczenia dzieła mistycznego o życiu św. Józefa zakiełkowało we mnie pragnienie, aby urodzić i wychować dziecię, które będzie podobne do Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Pragnęłam otoczyć je podobną miłością, jaką był otoczony św. Józef przez swoją matkę Rachelę oraz na wzór samej Matki Bożej.

Niedziela, 24 lutego 2019 roku, zapisała się jako wyjątkowo niezapomniany dzień dla nas, rodziców. Tuż przed południem, o godzinie 11.45, przyszedł na świat nasz długo wyczekiwany potomek. Zanim mąż zdecydował się, jakie nadać mu imię, ja obwieszczałam krewnym i znajomym, że narodził się nasz mały Jozo. Ostatecznie synek otrzymał imiona Albert Józef (św. Brat Albert, Adam Chmielowski, też jest mi bardzo bliski). Początkowo zamierzaliśmy przynieść go do świątyni w Poniedziałek Wielkanocny, 22 kwietnia, a następnie świętować z naszymi najbliższymi w karczmie tuż obok naszego bloku i pochwalić się przy okazji naszym mieszkaniem. Opatrzność chciała jednak inaczej.

Mniej więcej dwa tygodnie po narodzinach dziecko zagorączkowało w nocy i choć po dobie wyglądało na zdrowe, wyniki badań krwi i moczu wyszły przerażająco. Doszło do tzw. urosepsy, czyli zakażenia dróg moczowych w wyniku wrodzonej wady zastawek cewki moczowej. Gdy trafiliśmy do szpitala w piątek, 15 marca, rozesłałam wśród krewnych i znajomych prośbę o gorącą modlitwę za naszego synka. I tu znów dopomógł nam Anioł w osobie Ewy, która zasugerowała nam, by jak najszybciej ochrzcić maleństwo, oraz zamówiła mszę świętą. Została ona odprawiona w Medziugorje w niedzielę, 17 marca, o godzinie 11.00 (a więc niemal równo dwa lata po tym, jak odprawił ją w tym samym miejscu ks. Andrzej).

Dwie godziny później okazało się, że ponowione badania krwi i moczu wyszły nieporównywalnie lepiej niż te z piątku, sprzed ponad doby. Sama pani ordynator oddziału dziecięcego była tym zdziwiona, płakała razem z nami z powodu tak nagłej poprawy. Jeszcze większe zdumienie ogarnęło mnie, gdy z łatwością uzyskałam zgodę na udzielenie synkowi sakramentu chrztu w kaplicy szpitalnej - pomimo iż przebywaliśmy w izolatce - za dwa dni, tzn. we wtorek, 19 marca, w Uroczystość św. Józefa. Co więcej, niedługo po udzieleniu sakramentu jedna z pań lekarek, która przypadkiem przyszła do szpitala, choć była na zwolnieniu ze złamaną ręką, załatwiła nam błyskawicznie miejsce w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie udaliśmy się transportem medycznym zaraz na drugi dzień. Synek wprawdzie wiele wycierpiał, w dalszym ciągu pozostaje pod kontrolą Centrum Zdrowia Dziecka, niemniej ładnie rośnie i rozwija się prawidłowo. Osobiście dzień chrztu naszego synka był dla mnie jeszcze bardziej podniosły i wzruszający niż dzień narodzin... Przekonałam się, że św. Józef sam chciał zostać jego patronem, jeszcze zanim dziecko się urodziło.

Na koniec wspomnę o łaskach wyświadczonych przez św. Józefa znajomym mi osobom, które były bliskie agonii. Za każdym razem, kiedy prosiłam Świętego o dobrą śmierć dla nich, nieoczekiwanie dowiadywałam się o poprawie stanu ich zdrowia lub o przyjęciu przez nich wiatyku po uprzednio odbytej dobrowolnie spowiedzi. Przykładem jest mój śp. chrzestny, który za życia ziemskiego niechętnie wypowiadał się o duchownych, a jednak w trakcie pobytu w szpitalu poprosił o spowiedź i przyjął wiatyk przed swoją śmiercią. Święty Józef doprawdy jest niezawodnym adwokatem umierających. Obecnie stale odmawiam Różaniec ku czci Najświętszej Rodziny, podany w dziele Cecylii Baij, które tłumaczyłam. Ponadto w pierwsze czwartki miesiąca łączę się duchowo, za pośrednictwem Radia Maryja, z Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, w którym odprawia się nabożeństwo litanii, nowenny dziękczynno-błagalnej oraz mszę świętą poprzedzoną bardzo ciekawymi rozważaniami i świadectwami. To właśnie te świadectwa zachęciły mnie, żeby podzielić się własnym. Mimo iż nie mieliśmy jeszcze okazji udać się do kaliskiego Sanktuarium, mamy nadzieję, że wkrótce tam zawitamy, jak tylko podopieczny św. Józefa dojdzie do zdrowia.

***

Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Katarzyna Pytlarz
17,80 zł
25,42 zł

Święty Józef – nasz przemożny Opiekun

Każdego roku do Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu ze wszystkich stron kraju napływają świadectwa wysłuchanych próśb i otrzymanych łask. Publikujemy je w kolejnym, czwartym tomie Cudów św. Józefa....

Skomentuj artykuł

Wstawiennictwo świętego Józefa ocaliło mojego synka [ŚWIADECTWO]
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.