Nie chciałabym dożyć czasów, w których zabijamy się o łyk wody

Nie chciałabym dożyć czasów, w których zabijamy się o łyk wody
fot. CzujCzuj

W ośrodkach dla uchodźców słyszałam historie, w których to brak wody i susza, były powodem wojny. Czytam czasem na forach: "jak zacznie brakować wody, to trzeba będzie znaleźć swoje miejsce, gdzie jest do niej dostęp i nauczyć się obsługiwać broń, by bronić tego miejsca". Szczerze mówiąc, nie chciałabym dożyć takich czasów - mówi Olga Ślepowrońska, psychoterapeutka i aktywistka społeczna, organizująca spotkania grupy wsparcia dla osób zaniepokojonych zmianami klimatycznymi.

Magda Fijołek: Swoją działalność na rzecz osób wykluczonych zaczęłaś podobno jeszcze jako nastolatka?

Olga Ślepowrońska: To prawda. Działalność, która obecnie funkcjonuje jako projekt „CzujCzuj”, zaczęła się, gdy miałam 16 lat i interesowałam się psychologią i pedagogiką. Od zawsze miałam poczucie, że potencjał osób niepełnosprawnych jest w naszym społeczeństwie niewykorzystywany. Właśnie jako nastolatka dostałam propozycję, by być wolontariuszką na obozie hipoterapeutycznym.  Zaprosił mnie do tego Marian Jaroszewski, niesamowity pedagog i współzałożyciel Klubu Inteligencji Katolickiej. Pojechałam na dwa takie obozy i było fantastycznie. Jedyne, co mi tam nie pasowało to mocny podział na wolontariuszy i podopiecznych. Tymi drugimi były  były osoby często po 30-tce. Niepełnosprawni intelektualnie ale z ogromnym poczuciem humoru i sprawnymi rękami. A my oferowaliśmy im infantylne zajęcia, przeznaczone raczej dla dzieci, niż dorosłych. Zaczęłam więc szukać formuły, by ci ludzie poczuli się potrzebni światu. I by faktycznie byli. Miałam przy tym poczucie, że część ich trudnych zachowań wynika z tego, że po prostu się nudzą, i że nie mają sensu w życiu.

Ta pomoc nie była adekwatna do ich potrzeb?

Dokładnie - inaczej pracuje się z dziećmi, a inaczej z dorosłymi. Potrzebują wyzwań większych, niż zrobienie laurki. Myślałam, myślałam i wymyśliłam w końcu pracę na polu: już wcześniej słyszałam o tzw. „camphillach”, czyli wioskach, gdzie pełnosprawni i z niepełnosprawnością wspólnie prowadzą gospodarstwa. Jako szesnastolatka nie miałam narzędzi i możliwości, by taką wioskę założyć „na stałe”, ale zorganizować obóz - czemu nie! Powstał artykuł o naszych obozach i padło w nim, że mam pomysł, by stworzyć przestrzeń gdzie osoby z niepełnosprawnością intelektualną wraz ze zdrowymi będą mogły popracować na polu. Zgłosiło się do nas gospodarstwo agroturystyczne Sosnowe. Pojechaliśmy tam z Marianem z duszą na ramieniu. Myśleliśmy: "Jak zobaczą naszą ferajnę, to szybko się zniechęcą". 

Dlaczego miałoby się tak stać?

Bo uczestnicy obozów osoby z dużymi zaburzeniami, z różnym stopniem niepełnosprawności. A przecież nie każdy wie, jak podejść do takiej osoby, jak się odezwać, co zrobić. Na miejscu jednak okazało się, że właściciele tego gospodarstwa to osoby, o których w zasadzie mogliśmy powiedzieć, że znamy je od stu lat.

 

Mieli za sobą niesamowitą historię. Dostali w latach 80. mieszkanie „z niespodzianką”. Mieszkała w nim starsza osoba z zespołem Downa - i oni przyjęli ją. Mimo swoich pasji i własnych dzieci, to właśnie Grażynka zawładnęła ich sercami. Gdy Grażynka umarła, to właściciele wpadli w depresję i szukali czegoś nowego, a my... po prostu spadliśmy z nieba ze swoim pomysłem. My im, a oni nam. Robiliśmy tam przez dziesięć lat wspomniane obozy, a jako społeczność funkcjonujemy do dziś.

Swoją działalność praktykowałaś potem w wielu krajach na świecie.

Tak. Kiedy zdałam maturę, poszłam na psychologię i szukałam na świecie podobnych miejsc - wykorzystujących potencjał osób z niepełnosprawnością.  Okazało się, że faktycznie nie brakuje ośrodków czy fundacji, które patrzą na ten temat podobnie. Tam gdzie udało mi się dotrzeć działy się cuda, piękne rzeczy. To bardzo mnie ukształtowało. Aby nie być tylko obserwatorem organizowałam w tych miejscach warsztaty. Z czasem padł pomysł na zajęcia z edukacji. Emocje to coś co łączy wszystkich niezależnie od miejsca życia czy stopnia inteligencji.

Jakie to były kraje?

Indie, Ukraina, Mołdawia, Turcja, Rosja... Wiem, że to Zachód stawia się jako wzór pracy z niepełnosprawnymi, ale to podejście „wschodnie” uznałam za bardzo ciekawe. Na przykład w życiu nie spodziewałabym się, że w Turcji - wiele lat przed nami – jest cała sieć Down Caffe, w której pracują osoby z niepełnosprawnością intelektualną.

I to tak bez inspiracji ze strony systemu?

Dokładnie. Jeździłam też do Skandynawii, ale tam kraje mają więcej pieniędzy, więc łatwiej jest wdrożyć pewne projekty. Sama szukałam raczej inspiracji do projektów niewymagających wielkich nakładów finansowych. I pewnie dalej bym się tym wszystkim zajmowała, pracując jako terapeutka osób z autyzmem, a co jakiś czas wyjeżdżając, gdyby nie fakt, że pojechałam do Turcji, gdzie pracowałam przy projekcie Dream Academy. Natrafiłam tam na temat Kurdów. Szybko przekonałam się, że o ile osoby z niepełnosprawnością są tam traktowane bardzo dobrze, o tyle Kurdowie uchodzili za „gorszych” i zmagali się z poważnym wykluczeniem.

Z powodów politycznych?

Między innymi tak. Teraz i tak mówi się o tym dość głośno, a wtedy? Wtedy nikt nie kojarzył Kurdów.  Jedni Turkowie mówili, że są „głupi jak pszczoły”. Inni, że nie ma mowy o żadnym kurdyjskim narodzie. Poznałam oczywiście osoby, które nie miały uprzedzeń ale jednak większość moich znajomych bardzo się zaperzała gdy rozmowa schodziła na ten tajemniczy naród. Myślałam sobie jak Kurdom ciężko musi być tam żyć.  Ten dysonans był bardzo widoczny - z jednej strony szacunek do niepełnosprawnych, z drugiej taka pogarda dla współmieszkańców swojego kraju. Postanowiłam więc sprawdzić, kim są ci „tureccy górale” – jak ucinali temat niektórzy Turcy. Pojechałam z moją przyjaciółką Kingą Korczak - zupełnie „na spontanie” - do irackiego Kurdystanu. Na granicy poznałam rodzinę, która zaprosiła nas do siebie. Okazało się, że jeden z członków tej rodziny jest tamtejszą…gwiazdą pop. I zaprosił mnie, żebym zagrała w jego teledysku. 

To brzmi jak historia z filmu!

Ale tak było. (śmiech) W teledysku kurdyjska gwiazda gra pomnik, w którym ja się zakochuję i pod wpływem mojej miłości ten pomnik ożywa. Dla mnie to była przygoda życia. Po wszystkim zapytali mnie, jak mogą mi się odwdzięczyć. Zapytałam wtedy o współpracę z fundacjami, dla których mogłabym robić swoje warsztaty z edukacji emocjonalnej. Skierowali mnie do kurdyjskiej organizacji  związanej z prawami człowieka. Największej w całym Iraku! Zaczęłam organizować warsztaty w ośrodkach dla kurdyjskich uchodźców z Syrii. Miałam z tego ogromną satysfakcję, ale ten temat Kurdów nie dawał mi wciąż spokoju. Kiedy zapytałam, co mogę dla nich zrobić, mówiono mi: „mów o Kurdystanie w Polsce! Opowiedz o naszej historii swojemu prezydentowi!”.

Opowiedziałaś?

Podeszłam do tego po swojemu. Nie czułam się ekspertką od pomocy wykluczonym narodom, moją specjalnością była praca z niepełnosprawnymi. Ale założyłam bloga, na którym zaczęłam to wszystko opisywać: ich cierpienia, ale i kulturę. Przy okazji wspominałam o swojej pracy, o tym jak doszło, że w  ogóle tam trafiłam. Wkrótce posypały się kolejne propozycje i zaproszenia, by organizować takie warsztaty w kolejnych miejscach.

Zaczęli odzywać się ludzie - chcieli, żebym przyjechała do ich miejscowości, szkoły, domu dziecka: z różnych części Polski i świata. Wkrótce zaczęli zgłaszać się też sponsorzy i ludzie, którzy chcieli się przyłączyć do projektu, który dziś funkcjonuje jako CzujCzuj. Zgłaszali się ludzie, którzy mieli zupełnie inne umiejętności niż ja: np. piłkarski trener Tomek Stranc z Piasta Gliwice albo Natalka Nguyen z teatrzykiem cieni. Wtedy też narodziła się idea recyklingowych placów zabaw. I nagle CzujCzuj zaczął ewoluować na różne sposoby.

Ale trzonem Twojej działalności pozostaje edukacja emocjonalna. Co ona dla Ciebie oznacza? Uczysz ludzi czuć?

(śmiech) W skrócie można tak powiedzieć. Edukacja emocjonalna to dla mnie przede wszystkim nauka o tym jak radzić sobie z emocjami. Jak wyrażać je w najlepszy dla nas i otoczenia sposób. Czyli jak się samoregulować. Rozwijając temat to także poczucie własnej wartości, kreatywność, odpowiedzialność za to, co dzieje się wokół nas. Idąc jeszcze dalej -  wrażliwość społeczna. To tzw. „transakcja wiązana” - kiedy jesteśmy wrażliwi na innych, pomagamy komuś, to korzystają na tym obie strony. Może stąd wszelkiego rodzaju wolontariaty cieszą się taką popularnością i w pewnym sensie „uzależniają”. Ten wpływ na rzeczywistość identycznie działa w przypadku osób wykluczonych. Widziałam to w ośrodkach dla uchodźców. Gdy ci ludzie mają choćby namiot, w którym mogą coś zrobić - urządzić się jakoś, zająć rękodziełem, stworzyć swój „mikroświat” - to są w dużo lepszej sytuacji, niż na przykład panie z Czeczenii koczujące na dworcu w Brześciu, gdzie czują się jak intruzki. Poczucie wpływu na rzeczywistość, misji, celu, jest bardzo ważne.

Kolejną odsłoną działalności CzujCzuj jest pomoc mamom, zwłaszcza tym „uwięzionym” w domach ze względu na niepełnosprawność dziecka. Skąd pomysł, by zająć się właśnie nimi?

To już osobny projekt o nazwie SPA dla mam. Wspieramy mamy. Jak każdy pomysł, i ten narodził się z moich własnych doświadczeń i był konsekwencją zderzenia się z potrzebami konkretnych ludzi. Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie rodzina z gospodarstwa agroturystycznego w Beskidzie Niskim. Zaproponowali mi, bym poprowadziła edukację domową dla ich siedmiorga dzieci. Początkowo bardzo zapaliłam się do tego pomysłu. Wizja takiej pracy i przebywania w naturze bardzo mnie pociągała. Nie przerażała mnie nawet wizja mieszkania w miejscu oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od najbliższego sklepu.  Ostatecznie z powodu trudności zdrowotnych i rodzinnych musiałam przerwać po pierwszym semestrze. Spadała mi cierpliwość do moich własnych dzieci, byłam totalnie wyczerpana. Wtedy moja mama, chcąc o mnie jakoś zadbać, zabrała mnie do SPA. Kiedy tak leżałam rozanielona na stole do masażu, pomyślałam sobie, że każdej mamie przydałoby by się by raz na jakiś czas mogła pomyśleć tylko o sobie. A co dopiero mamom dzieci niepełnosprawnych! Zaplanowałam więc, że zrobię taką małą imprezę dla rodziców, których znam - zaproszę na nią masażystów i tak dalej…

Znając Twoje wcześniejsze przygody, domyślam się, że i tym razem nie skończyło się na jednej takiej imprezie.

Tak, bo odzew był niesamowity! Pod wpływem audycji radiowej, w której opowiedziałam o inicjatywie, dołączyły do nas trzy miasta. Wkrótce zostałyśmy włączone do projektu fundacji Ashoka w Polsce i spółki Magovox - „WzmocniONE” Posypały się kolejne propozycje - czułam, że w tym wszystkim czuwa nad nami Boża opatrzność. Z małej imprezki wyszło coś na czym skorzystało 150 mam a projekt wciąż się rozwija i rozwija.

Wielu ludzi, nawet jeśli ma świetne pomysły, boi się je realizować. Wydaje się, że by stworzyć jakiś projekt dobroczynny, czy fundację, trzeba przejść przez skomplikowaną machinę biurokracji, przekonać ludzi i dysponować jakimiś większymi środkami. Twój przykład obala ten mit - czasem wystarczy impuls.

Dokładnie tak! Jestem w szoku, że tak szybko przyłączały się kolejne osoby. Dziś misja CzujCzuj to przede wszystkim coś, co nazwałabym „tkaniem sieci społecznej”: niezależnie od tego, czy pracujemy z osobami z niepełnosprawnością, uchodźcami, czy zmęczonymi mamami. Zwłaszcza że problemem nie jest często sama choroba, czy trudne położenie, ale brak relacji. Przeważnie nie jesteśmy w stanie sprawić, by niepełnosprawność zniknęła, ale mamy wpływ właśnie na relacje i minimalizowanie wykluczenia społecznego. Nam strasznie zależy na tym, by wspomniane mamy nie były wykluczone, bo wypadają, siłą rzeczy, z takiej sieci wsparcia. Jak się trzecią noc czuwa przy dziecku, które ma ataki padaczki, trudno podtrzymywać relacje czy chodzić do kina. Tym kobietom często przy okazji spada odporność, pada zdrowie, nie mają pieniędzy, bo wszystko idzie na dzieci i muszą prosić o wsparcie. 

Co samo w sobie jest upokarzające.

Tak. A do tego zostają same, co niestety nie budzi już społecznego zdziwienia. 

No właśnie - pojawia się pytanie, gdzie są w tym wszystkim mężczyźni - mężowie, partnerzy, ojcowie? Ale to już temat na zupełnie inną rozmowę. Ciekawi mnie natomiast, czy nie spotkałaś się z zarzutami, że dużą część Twojej działalności odbywa się za granicą. Często spotykam się z podejściem „po co ratować dzieci w Afryce, skoro te w Polsce też cierpią” albo jest taki profil na Facebooku: „Zamiast imigranta, wolę repatrianta”.

Przede wszystkim to jest tak, że w Polsce też działaliśmy i nadal działamy. Zapraszają nas różne wsie, a z teatrzykiem cieni jeździliśmy po szpitalach. Dziś po świecie jeździmy też dużo mniej: powiedzmy, że z ekologicznych powodów. Nad czym zresztą nie boleję, bo Polska jest przepiękna, przeciekawa i w naszym kraju też jest mnóstwo do zrobienia. Kontynuując odpowiedź na Twoje pytanie - to nie jest w ogóle rozmowa o przyjmowaniu czy nieprzyjmowaniu uchodźców, ale jeśli ktoś nie chce uchodźców w Polsce, to powinien pomagać tam, gdzie oni są - w krajach, z których pochodzą.

W ogóle fajnie jest mniej narzekać i oceniać pracę innych, tylko samemu zacząć działać. Wszystkim by to wyszło na zdrowie! Jest mnóstwo badań mówiących o tym, że poziom szczęścia w społeczeństwie wzrasta, gdy wyrównany jest poziom życia. Tam, gdzie są duże kontrasty, wcale nie jest tak, że bogatsi są szczęśliwsi. To może wiązać się z poczuciem bezpieczeństwa i brakiem obaw, że nie spadniemy na dół drabiny, bo jest ona stosunkowo krótka. To wszystko, czym się zajmuje, robię zresztą rownież dla siebie.

To znaczy?

To znaczy, że nie pomagam, bo jestem taka dobra i wspaniała, ale dlatego, że każdy z nas w pewnym momencie może potrzebować pomocy. Chciałabym, byśmy się wspierali - żeby ci, którym jest na tym świecie „lepiej”, z wdzięczności dzielili się tym, co mają. Staram się więc tworzyć społeczeństwo, w którym tym, którym jest trudniej, oferuje się pomoc. To niewiarygodne, ile w takich ludziach drzemie ukrytego potencjału - czasem wystarczy im dać odrobinę wsparcia, a oni wręcz rozkwitają na naszych oczach.

Ważnym elementem Twojej aktywności jest ekologia. Wspomniałaś o recyklingowych placach zabaw. Na czym one polegają?

To są po prostu place zabaw zbudowane z opon, rzeczy niepotrzebnych, na przykład od firm budowlanych, które oferują nam jakieś deski i niewykorzystane resztki materiałów. Budujemy je i zostawiamy w miejscach, w których w sposób szczególny należy przypominać o tym, że zabawa w rozwoju dziecka jest bardzo istotna. Takimi miejscami są na przykład obozy dla uchodźców, w których często rodzice są w depresji, a przez to dzieci niejako wchodzą w role dorosłych. Tymczasem zabawa jest niezbędna, by człowiek w dorosłości mógł funkcjonować dobrze. Sama budowa takiego placu zabaw przez społeczność integruje ją i uczy kreatywności. Place zabaw budować tak by były bezpieczne i piękne nauczyłam się w Meksyku, gdzie jeżdżąc z teatrzykiem spotkałam fundację Rise Now, która się zajmuje tylko budowaniem.

Ograniczenie podróżowania i recykling to tylko część z proekologicznych działań CzujCzuj. Od pewnego czasu organizujesz w Warszawie spotkania grupy wsparcia dla osób zaniepokojonych zmianami klimatycznymi. Czy to nie jest „fanaberia”? Ludzie mają przecież tyle „poważniejszych” problemów: depresje, nerwice, nałogi…

Przede wszystkim zmiany klimatu dotyczą niestety wszystkich. Już teraz istnieją również osoby, które na serio niepokoją się tym, że w Polsce kolejny rok jest susza. To żadna fanaberia - tym bardziej, że spory odsetek osób, które przychodzą, to naukowcy z dostępem do obszernej i rzetelnej wiedzy na ten temat.  I to oni najbardziej w tym wszystkim cierpią.

Bo nikt nie przejmuje się ich apelami?

To też, ale głównie dlatego, że siedzą w tym temacie zawodowo i analizują zagrożenia klimatyczne na co dzień. Zresztą mój tata był biologiem, więc i ja od dzieciństwa słuchałam o skutkach niepohamowanej konsumpcji. Tymczasem sprawa dotyczy nas wszystkich  - osobiście przeraża mnie nie tyle fakt, że człowiek może przestać istnieć, ile to, co się może zacząć dziać między ludźmi.

To znaczy?

W ośrodkach dla uchodźców słyszałam historie, w których to brak wody i susza, były powodem wojny. Zobaczyłam, do czego może to wszystko doprowadzić. Boję się tego, że sam brak wody można jakoś obejść, ale jak obejść to, co dzieje się z ludźmi? Czytam czasem na forach: "jak zacznie brakować wody, to trzeba będzie znaleźć swoje miejsce i nauczyć się obsługiwać broń, by bronić tego miejsca z wodą". Szczerze mówiąc nie chciałabym dożyć takich czasów.

Na czym więc polega wsparcie podczas organizowanych przez Ciebie spotkań?

Nasza grupa nie ma na celu zatrzymania całego procesu - chociaż padają ważne i dobre pomysły, co można zrobić na własnym podwórku -  bardzo ważny jest ten kawałek wpływu. Przede wszystkim chodzi jednak o możliwość podzielenia się lękiem o bliskich, złością na obojętność i całą resztą trudnych lub wcale nie trudnych emocji. Słyszę czasem, że to „egzotyczne”, że właściwie „co to za problem”, ale prawda jest taka, że te kłopoty zaczynają dotykać literalnie każdego z nas. Choćbyśmy zamykali na to oczy i zaprzeczali z całych sił.

Jak funkcjonuje taka grupa? Czy zgłosić może się każdy?

Tak. Jedni przychodzą stale, inni się wymieniają, ale niemal zawsze są naukowcy. Są też aktywiści, ale i młodzi ludzie, którzy mierzą się z lękiem, czy przy obecnym stanie rzeczy w ogóle jest sens zakładać rodzinę…

No tak, wątek świadomej bezdzietności w kontekście zagrożeń klimatycznych pojawia się coraz częściej i budzi duże kontrowersje. Podobnie jest z czymś, co nazywamy ekościemą (tzw. „greenwashingiem”), która polega na suflowaniu ludziom rozwiązań pozornie „eko”, gdy tymczasem są to jedynie zabiegi marketingowe. Tym bardziej perfidne, że proponowane często przez wielkie firmy, które w kwestii kryzysu klimatycznego mają najwięcej za uszami.

To prawda, nawet widziałam gdzieś niedawno, na fali pożarów w Australii, posty na Facebooku pt. „jak wyjechać na wolontariat do Australii”, itp. Po pierwsze, lot do Australii powoduje więcej śladu węglowego, niż ta cała pomoc jest warta. Po drugie, mamy wiele do zrobienia tutaj - w Polsce. Mamy coraz większe problemy z dostępem do wody, Karpaty są wylesiane… A my chcemy wysyłać pieniądze do Australii, bo wzrusza nas słodkie zdjęcie misia koala. Strasznie mnie boli, że powstają „mody" na jakieś tematy: byli uchodźcy, teraz jest eko. Wiem, że w Syrii działy się straszne rzeczy, ale w tym samym czasie mieliśmy w Polsce uchodźców z Ukrainy, i tam też działy się dramaty. I nie chodzi o to, by odcinać się od tego, co dzieje się daleko, ale o to, by nie iść ślepo za modą. Mamy medialny temat, więc się wzruszamy. Trzeba myśleć szerzej. Gubimy się w tym wszystkim - ludzie rezygnują z mięsa i jedzą awokado, pod uprawę którego wylesia się lasy.

Serio? Już nawet niewinne guacamole niszczy naszą planetę?

Chodzi o to, by decyzje podejmować świadomie - i takich decyzji szukamy na tej grupie wsparcia. Z tego przykładu o awokado wziął się zresztą kolejny projekt - „Niech Się Nie Marnuje”, który od pewnego czasu prężnie działa w Warszawie. Chodzę często na bazary i obserwuję, jak wiele owoców się wyrzuca, w tym awokado. Brałam je tuż przed śmietnikiem i robiłam z tego fantastyczne rzeczy, guacamole i tak dalej. Jeździłam po tych bazarach, zbierałam kolejne warzywa i owoce, ale tego było tyle, że swobodnie mogłam się tym dzielić. Tak powstał pomysł na szersze działanie. Mamy grupę wolontariuszy, którzy zawożą  jedzenie (obecnie już nie uratowane w ostatniej chwili tylko przekazane nam przez bio bazar i piekarnie) do osób unieruchomionych w domu ze względu na niepełnosprawność swoją lub członka rodziny. To przeciwdziałanie wykluczeniu i marnowaniu żywności. Takie dwa w jednym. Zależy nam też na tym, by tworzyła się relacja między dostawcami a odbiorcami. By mogli wypić wspólnie herbatę, porozmawiać. 

A co z osobami „nieuprawnionymi”, które zgłaszają się po pomoc? Ostatnio na jednej z żoliborskich grup na Facebooku wybuchła dyskusja co do akcji „Wymiana ciepła”. Okazało się, że część osób zniechęciła się do akcji, widząc, że ubrania pozostawione dla osób potrzebujących, zabrał ktoś, kto potem sprzedawał je w second-handach…

To ważne, by konstruując jakąś pomoc, motywowała ona osoby, do których trafia, do rozwoju, a nie utrzymywała w takim stanie "brania" i korzystania z pomocy. Jasne, że zawsze będą nieuczciwe historie. Dlatego mamy specjalne ankiety, w których potrzebujący opisują swoją sytuację. My akurat stawiamy na osoby, które z różnych powodów nie mogą wyjść z domu albo mają bardzo utrudnione codzienne funkcjonowanie.

Tylko takie sytuacje jak ze słynną już „chytrą babą z Radomia” mogą część wolontariuszy zniechęcić do pomagania…

To oczywiste, że ludzie są bardzo różni. Niektórzy wykorzystują innych. Ale nie mnie oceniać do końca, kto i na ile tej pomocy potrzebuje. Wśród odbiorców „Niech Się Nie Marnuje” są zarówno osoby bardzo wdzięczne, jak i takie, które są trudne w kontakcie. Do tych drugich chcemy dotrzeć tym bardziej. Bo im będzie trudniej otrzymać wsparcie: obrosły pewnymi nawykami i reakcjami. Trudniej im o kontakt z drugim człowiekiem, o koleżeństwo, o przyjaźń. To, że ktoś jest niemiły, nie umniejsza potrzeb tego człowieka.

A czasem za tą „upierdliwością” jest potrzeba bycia zauważonym. 

Dokładnie tak. Jak dziecko, które woła o miłość i uwagę. Zdarzają się tacy biorcy, ale to nie zmienia faktu, że zasługują one na uwagę.  I to może nawet bardziej, niż ci, którzy są przesympatyczni.

Kiedy opowiadałaś o początkach projektu, który zaczął się formować jeszcze kiedy byłaś nastolatką, miałam skojarzenie z Gretą Thunberg. Jesteśmy świadkami coraz większych ataków pod jej adresem. Jak myślisz, skąd to wynika? Jak Ty sama oceniasz jej działalność?

Nie wzbudza we mnie większych emocji: to, co mówi o ekologii nie jest dla mnie niczym nowym. Na pewno jest świetną dziewczyną ale  zdumiewa mnie, że kogoś dziwi czy oburza, że ser jest żółty. Cieszy mnie natomiast to, że ona otwarcie mówi o swoim zespole Aspergera i szerzy wiedzę w tym temacie. Te silne emocje, które wywołuje, więcej mówią o tych, w których je wzbudza, a nie o samej Szwedce. Ekologia może być bardzo międzyludzka - nie tylko trzeba segregować śmieci, ale uważać na komunikację, myśleć o tym, co i komu robi krzywdę albo może sprawić przykrość. 

Jak można włączyć się we wsparcie Twoich projektów?

Zależy nam, by „usamodzielnić” SPA dla Mam. Jesteśmy na etapie zakładania fundacji. Na początku bardzo się przed tym wzbraniałam - właśnie ze względu na to, by nie wprowadzać sztywnych granic między tymi, którzy pomoc oferują, a tymi, którzy ją otrzymują. Jednak liczba tych projektów i inicjatyw urosła do takiego stopnia, że utworzenie fundacji wydaje się najsensowniejszym krokiem. Wymyśliłam nawet ostatnio, zrobić serial o „Latającym SPA”.

Dlaczego nazywasz je „latającym”?

Bo to „ruchoma” inicjatywa. Po prostu docieramy do mam, które nie mogą zostawić chorego dziecka tak po prostu i staramy się im urządzać takie małe SPA w ich domach. Historia tych mam jest na tyle fascynująca, że po prostu musi być opowiedziana. Wśród nich są kobiety w bardzo różnym wieku i z różnych środowisk. Pod tym względem choroba i niepełnosprawność są bardzo demokratyczne, mogą dotknąć każdego - niezależnie od tego, ile masz lat, jaką szkołę skończyłaś i ile wynosi twoja pensja.

Pomysł z serialem brzmi bardzo ambitnie. Czy myślałaś nad zaangażowaniem do tej inicjatywy którąś z popularnych platform streamingowych?

To na razie tajemnica. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Z mojego doświadczenia wynika, że trzeba mierzyć wysoko. Kiedy jeszcze rok temu mówiłam u Michała Olszańskiego w Trójce „SPA dla Mam”, projekt był w powijakach - teraz rozkręcił się tak bardzo, że za chwilę startujemy w kolejnym mieście - w Płocku.

Zarobić pieniądze na pomoc... pokazując tę pomoc. Perpetuum mobile, genialne.

Prawda? Ale to musi się udać!

Wracając do pytania - jak można włączyć się w Waszą działalność? Robicie tyle, że opcji jest naprawdę wiele.

Przyda nam się każda para rąk, chociażby w nadchodzącym „Ogrodowym SPA”, które ruszy w maju. Będziemy w jego ramach organizować przestrzeń relaksu dla mam dzieci z niepełnosprawnością. Podczas gdy mamy będą korzystać z usług masażystów i odpoczywać w hamakach, dzieciaki będą spędzać fantastyczny czas z opiekunami. Można  też przyłączyć się do „SPA latającego”, rozwozić jedzenie w ramach „Niech się nie marnuje”, albo wesprzeć nas materialnie - regularnie przeprowadzamy zbiórki na zarzutka.pl (https://zrzutka.pl/ay93cz). Jednak tym, na czym najbardziej mi zależy, jest uważność na drugiego człowieka. I to wcale nie musi być związane z działalnością CzujCzuja. Ja oczywiście chętnie przyjmę każdą pomoc i wesprę ciekawe pomysły, ale czasem wystarczy zapytać sąsiadkę, czy nie potrzebuje pomocy z zakupami.

Mam wrażenie, że Twoja postawa udowadnia, że coroczny spór o to, czy wpłacić datki na Caritas, czy WOŚP, są kompletnie bezsensowne.

Wychodzę z założenia, że pomoc to pomoc. Ostatecznie liczy się efekt w postaci uczynienia jakiegoś realnego dobra - niezależnie pod czyją banderą. Wszystko po to, aby tworzyć społeczeństwo, w którym jest miejsce na czułość i relację.

***

Olga Ślepowrońska - psycholożka, psychoterapeutka, aktywistka społeczna i promotorka ekologii w praktyce. Pomysłodawczyni i inicjatorka projektu „CzujCzuj”. Kontakt w sprawie współpracy: projekt.czujczuj@gmail.com.

Dziennikarka kulturalna, publicystka DEON.pl. Współpracowała m.in. z "Plusem Minusem", "Gościem Niedzielnym", Niezalezna.pl i TVP Kultura.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Nie chciałabym dożyć czasów, w których zabijamy się o łyk wody
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.