Sumienie a dyscyplina partyjna

Zakończył się, przynajmniej na razie, serwowany nam przez większość mediów serial pt. "Co Tusk zrobi z Gowinem". Być może ma racje Rafał Ziemkiewicz  pisząc, że "premier rzucił swej medialnej psiarni Gowina jak kość" - kolejny zastępczy temat; być może dało się też przewidzieć, ze znów będzie z dużej chmury mały deszcz.

Jednak problem, jaki się przy okazji tego konfliktu ujawnia, wcale mały nie jest. Chodzi bowiem o fundamentalną kwestię wierności sumieniu w polityce i o coraz bardziej widoczną polityczną presję na wolność sumienia. Chodzi także o relację między wiernością zasadom a polityczną skutecznością.

Dobry polityk musi niewątpliwie posiadać trudną umiejętność łączenia idei i wartości, którym chce służyć i które stanowią najgłębszy sens jego politycznego zaangażowania, ze skutecznością w realizacji stawianych sobie celów  (włącznie ze zdobywaniem udziału we władzy). Polityk skuteczny, ale bez żadnej ideowości i aksjologicznego fundamentu, staje się cyniczny i bezwzględny. Polityk ideowy ale nieskuteczny może być nawet wzorem szlachetności, ale jego przydatność dla innych i dla dobra wspólnego, które jest celem uprawiania polityki, jest niewielka.

Konieczna jest więc jakaś synteza ideowości i pragmatyzmu, wierności wartościom i skuteczności. Droga do tej syntezy prowadzi często przez trudne kompromisy, w których nienaruszone muszą pozostać fundamentalne zasady, z których nigdy nie wolno zrezygnować, zaś wszystko inne może być dyskutowane, by osiągnąć najszerszy zakres dobra wspólnego możliwy do zaakceptowania przez demokratyczną większość. Bardzo często - jak stwierdził kard. Ratzinger, w sprawach politycznych nie bezkompromisowość lecz kompromis jest prawdziwą moralnością. W polityce niekiedy kompromis jest konieczny nawet w sprawach natury etycznej, w których poza polityką miejsca na żadem kompromis nie ma. Tak było np. na początku lat dziewięćdziesiątych z głosowaniem nad obecnym kształtem ustawy dotyczącej ochrony życia. Jest to przecież ustawa, która jednak w określonych przypadkach dopuszcza zabijanie dzieci nienarodzonych, a więc coś, na co zgodzić się absolutnie nie wolno. W ówczesnym kształcie parlamentu był to jednak jedyny możliwy do osiągnięcia kompromis, a głosowanie przeciw tej ustawie oznaczałoby w praktyce oddanie głosu za pozostawieniem poprzedniej, która nie stanowiła żadnej ochrony ludzkiego życia. Dokumenty Kościoła (encyklika Jana Pawła II "Ewangelium vitae" oraz Nota Doktrynalna Kongregacji Nauki Wiary z 2002 r.) wyraźnie pokazują, że w takiej sytuacji słuszne jest głosowanie za możliwie najkorzystniejszym kompromisem. Oto dosłowny cytat: "Jeśli nie byłoby możliwe odrzucenie lub całkowite zniesienie ustawy o przerywaniu ciąży, parlamentarzysta, którego osobisty absolutny sprzeciw wobec przerywania ciąży byłby jasny i znany wszystkim, postąpiłby słusznie, udzielając swego poparcia propozycjom, których celem jest ograniczenie szkodliwości takiej ustawy i zmierzających w ten sposób do zmniejszenia jej negatywnych skutków na płaszczyźnie kultury i moralności publicznej. Tak postępując bowiem, nie współdziała się w sposób niedozwolony w uchwalaniu niesprawiedliwego prawa, ale raczej podejmuje się słuszną i godziwą próbę ograniczenia jego szkodliwych aspektów" ("Evangelium vitae", 73).

Kompromis jednak ze swej natury ma nieprzekraczalne granice. Dochodząc do nich trzeba powiedzieć jasno: dalej pójść już nie wolno. "Non possumus". Jak znak nieprzekraczalności tych granic postawił Jan Paweł II św. Tomasza More`a, czyniąc go patronem polityków. Ten wielki umysł i wybitny polityk poświęcił nie tylko najwyższe stanowisko, posiadaną władzę, ale nawet własne życie, słusznie uznając sumienie za najwyższą miarę także w politycznej działalności. Oczywiście inna skala, inna cena, ale w imię tej samej zasady kilka lat temu zrezygnował ze stanowiska Marszałka Sejmu Marek Jurek, nie godząc się z głosowaniem swojego klubu parlamentarnego w kwestii ochrony życia i - jak przypuszczam - ta sama zasada kazała zagłosować konserwatywnym  posłom PO w sprawie związków partnerskich inaczej, niż większość ich partyjnych kolegów.

Te nieprzekraczalne granice dają się obiektywnie wytyczyć, ale ostatecznie przebiegają przez ludzkie sumienia, dlatego nikt nie ma prawa gwałcić sumień dyscypliną partyjną. Wprowadzanie dyscypliny partyjnej w sprawach sumienia, oprócz próby niedopuszczalnego łamania sumień posłów, ma też swoje bardzo konkretne konsekwencje dla wyborców. Dopóki bowiem partia polityczna posiada przynajmniej pluralistyczny charakter w sprawach aksjologicznych, i jest w niej znacząca reprezentacja polityków wiernych chrześcijańskim  zasadom etyki społecznej, chrześcijański wyborca ma prawo głosować na nich, oddając tym samym głos na partię. Jeśli jednak w partii zaczynałaby obowiązywać i była egzekwowana dyscyplina głosowań w sprawach sumienia w kierunku sprzecznym z zasadami chrześcijańskiej moralności, wówczas należałoby uznać, że partia ta realizuje program którego chrześcijanin nie może poprzeć, oddając na nią głos w wyborach. Dyspozycja pdpisanej przez kard. Ratzingera Noty Kongregacji Nauki Wiary jest w tym względzie jednoznaczna: "właściwie ukształtowane chrześcijańskie sumienie zabrania komukolwiek przyczyniać się do realizacji programu politycznego lub konkretnej ustawy, które podważają podstawowe zasady wiary i moralności".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Sumienie a dyscyplina partyjna
Komentarze (3)
MR
Maciej Roszkowski
7 marca 2013, 15:32
Problematyka "związków"jest stricte obyczajowa i ma podlegać ocenom moralnym. Tu musi być zachowane prawo do wolności sumienia
KS
krzysztof sylwester
7 marca 2013, 11:50
Dzięki za tę rozprawkę. Tutaj wyłania się też wtraźna różnica pomiędzy Sumieniem a Etyką. Dokładniej ujmując między ludźmi, na których głosujemy. Sumienie ponad wszystko - etyka - niekoniecznie. PS Nie spotkałem się w mediach aby ktoś pochwalił Tuska za decyzję o kierowaniu się sumieniem w trakcie głosowania. Była to trudna decyzja bo media generalnie uznały to za słabość i go "objechały". 
P
Platon-Państwo
6 marca 2013, 22:26
Dobrze powiedziane, choć też idealnie. Ale z treścią. Trzeba zauważyć kilka ważnych spraw. Po pierwsze w każdej partii, czy organizacji oprócz "idei wspólnego dobra" będzie istniało "partyjniactwo", które po części może prowadzić do naturalnego budowania i bronienia swoich lub interesów wyborców. Niestety, kiedy w partii bezideowej przeważą własne interesy lub wizerunek - rodzą się ludzie i tendencje, które samoistnie będą się zwalczać i tak się tam stało. Wtedy nie jest nawet najważniejsza kwestia "dyscypliny partyjnej" (której zgadzam się, że nie powinno być w żadnej partii w sprawach sumienia) - i tak po prostu pojawią ludzie "bezideowi", którzy chcą właśnie wtedy "zapunktować u władzy" nie martwiąc się o szukanie czy bronienie prawdy lub nawet "dokładając" tym co myślą i (za)głosują  zgodnie z sumieniem. Brutalna rzeczywistość, ale warto się przyjżeć tym mechanizmom. Z drugiej strony, niestety sam Gowin stanął trochę "pomiędzy" w tej partii, szczególnie w ważnych sprawach "sumienia" (np. jego ostatnie różne głosowania w sprawie poprawek antyaborcyjnych). Zresztą nie tylko on - warto spojrzeć na ostatnie głosowania wielu wydawałoby się kiedyś sztandarowo "katolickich" polityków PO (niektórych już nie ma w Sejmie, bo społeczeństwo nie lubi takiej niewyrazistości...). W pewnym momencie trzeba samemu sprecyzować swoje poglądy i zastanowić się czy lubiąc "koszykówkę" nie gra się z ludzmi, którzy nic o tym nie wiedzą, albo zawszę wolą "siatkówkę", a czasem jeszcze próbując w tym samym czasie zmieniać reguły gry do swoich umiejętności czy celów. Polityka ze swej natury powinna służyć "wspólnemu dobru" - "polis"+"tatto". Ktoś, kto wykorzystuje elementy władzy lub zaprzecza sumieniu w polityce, nie zrozumiał po co, dlaczego i komu ma służyć polityk wybrany przez społeczeństwo