Być światłością, czyli ukazywać Chrystusa
Okres zwykły w liturgii to nazwa szalenie myląca. Zwykłość kojarzy nam się z szarością, rutyną, czymś pozbawionym blasku, podczas gdy w rzeczywistości to właśnie „zwykłość” jest przestrzenią, w której rozgrywa się prawdziwy dramat i piękno naszego życia, a poza tym – większa część naszego życia. To tutaj, z dala od świątecznych fajerwerków, weryfikuje się nasza wiara.
Jeszcze tydzień temu, w święto Chrztu Pańskiego, dotykaliśmy fundamentu naszej tożsamości. Słyszeliśmy o byciu umiłowanym dzieckiem. To jest baza, to jest tożsamość, która rodzi misję. Wiedzieć, kim się jest, to jedno. Wiedzieć, co z tym zrobić – to drugie. I właśnie dzisiejsze czytania mszalne przynoszą nam odpowiedź, która wytrąca nas z błogiego spokoju bycia „zapisanym do Kościoła”. Spójrzmy na pierwsze czytanie z Księgi Izajasza. Bóg mówi do swojego Sługi słowa wstrząsające w swojej szczerości: „To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi” (Iz 49,6). Zastanawiające jest to sformułowanie: „to zbyt mało”. Dla Boga nie jest wystarczające, że czujesz się bezpiecznie w obrębie własnej wspólnoty, że masz uporządkowane życie religijne i dbasz o „swoich”. To za mało. Bycie chrześcijaninem to nieustanne wychodzenie poza strefę komfortu, by stać się „światłością dla pogan”.
Ale co to właściwie znaczy? Czy mamy teraz wyjść na ulice z megafonem i głosić Chrystusa? Ewangelia podsuwa nam postać Jana Chrzciciela, który widzi Jezusa i wypowiada zdanie powtarzane przez nas podczas każdej Eucharystii: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Całe życie Jana, cała jego surowość, asceza i charyzma, sprowadzają się do tego jednego gestu: wskazania palcem na Kogoś innego. Jan nie mówi: „Spójrzcie na mnie, jaki jestem prawy, jak dużo poszczę”. On staje się przezroczysty. Jego zadaniem jest ukazać Chrystusa, a potem – usunąć się w cień. I to jest właśnie nasze zadanie jako chrześcijan: ukazywać innym Chrystusa. Brzmi to wzniośle, ale w praktyce jest to niezwykle wymagające, czasem wręcz bolesne. Dlaczego? Ponieważ żyjemy w świecie, który często na to wskazanie reaguje alergicznie. Próba bycia światłem w środowisku pracy, w szkole, a czasem nawet przy rodzinnym stole, wiąże się z ryzykiem odrzucenia. Możemy zostać wyśmiani, potraktowani z pobłażaniem, a nierzadko wręcz odepchnięci.
Izajasz w dzisiejszym czytaniu doskonale oddaje ten stan ducha, który może towarzyszyć wielu z nas w chwilach zwątpienia: „Próżno się trudziłem, na darmo i na nic zużyłem me siły” (Iz 49,4). To jest krzyk człowieka, który stara się być wierny, ale nie widzi owoców. To głos kogoś, kto próbował mówić o Bogu, ale zderzył się z murem obojętności lub wrogości. Po co się starać, skoro nikt nie słucha? Po co żyć wartościami, skoro świat promuje coś odmiennego? I tutaj dochodzimy do sedna. Aby nie zgorzknieć w tym odrzuceniu, aby mieć odwagę wciąż wskazywać na Baranka, potrzebujemy czegoś więcej niż tylko wiedzy teologicznej czy przyzwyczajenia. Potrzebujemy głębokiej, intymnej więzi z Tym, którego głosimy. Zauważmy, co Jan Chrzciciel mówi o swojej relacji z Jezusem: „Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: «Ten, nad którym ujrzysz ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym»” (J 1,33). Jan przyznaje się do niewiedzy, ale jednocześnie wskazuje na doświadczenie. On „ujrzał”. Doświadczył obecności.
Jeślibyśmy nie mieli z Bogiem głębokiej więzi, nasze głoszenie stałoby się karykaturą. Byłoby jak reklamowanie produktu, którego sami nigdy nie używaliśmy. Nie chodzi o to, żeby o Bogu dużo wiedzieć – można przeczytać wiele opasłych tomów teologicznych wywodów i pozostać duchowym ateistą. Chodzi o to, by doświadczyć Jego bliskości. To właśnie ta bliskość staje się naszą tarczą w momencie odrzucenia. Kiedy świat mówi nam „nie”, kiedy czujemy się odepchnięci z powodu bycia osobą wierzącą, to właśnie ta intymna więź z Panem chroni nas przed rozpaczą. Ona daje poczucie bezpieczeństwa, które nie zależy od ludzkich lajków, oklasków czy akceptacji. Jeśli masz relację z Bogiem, to nawet gdy zostaniesz sam na placu boju, nigdy nie będziesz czuł się opuszczony.
W tym kontekście niezwykle ważna staje się pokora. Często mylimy ewangelizację z moralizatorstwem. Wydaje nam się, że „ukazywanie Chrystusa” polega na pouczaniu innych, jak mają żyć. Tymczasem św. Paweł w drugim czytaniu, zwracając się do Koryntian, używa bardzo precyzyjnych słów: „do Kościoła Bożego w Koryncie, do tych, którzy zostali uświęceni w Jezusie Chrystusie i powołani do świętości (…)” (1 Kor 1,2). Zwróćmy uwagę: „powołani do świętości”. To oznacza, że jesteśmy w drodze. Jesteśmy „in statu viae” – w trakcie stawania się. Nie głosimy Chrystusa dlatego, że jesteśmy lepsi od innych. Nie jesteśmy elitarnym klubem oświeconych, którzy z wyższością patrzą na pogrążony w mroku świat. Jesteśmy tacy sami jak ci, do których jesteśmy posłani – tak samo zranieni, tak samo podatni na grzech, tak samo potrzebujący ratunku. Różnica polega tylko na tym, że wiemy, gdzie ten ratunek znaleźć. Nasza pokora ma polegać na świadomości, że nie głoszę siebie, nie głoszę swojej mądrości, ale głoszę Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. I co najważniejsze – nie robię tego własnymi siłami.
To jest klucz do autentyczności. Ludzie są zmęczeni chrześcijanami, którzy udają doskonałych. Taka postawa buduje dystans. Jeśli staniesz przed drugim człowiekiem nie jako nauczyciel z linijką, ale jako brat, który też szuka, który też ma wątpliwości, ale który znalazł Perłę i chce się nią podzielić – wtedy twoje świadectwo nabiera mocy. Wówczas realizujesz wezwanie: „Głosiłem Twą sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu i nie powściągałem warg moich” (Ps 40,10). Nie powściągasz warg nie dlatego, że musisz, ale dlatego, że twoje serce jest przepełnione wdzięcznością za spotkanie z Żywym Bogiem.
Nie czytamy Pisma Świętego po to, by błysnąć cytatem w towarzystwie. Czytamy je, by poznać Tego, którego mamy pokazać światu. Im bardziej nasiąkniemy Słowem, tym bardziej nasze życie stanie się jego echem. Wtedy nie będziemy musieli silić się na wielkie mowy. Nasza obecność, nasz sposób traktowania drugiego człowieka, nasz spokój w obliczu trudności – to wszystko będzie krzyczeć: „Oto Baranek Boży!”. Nie bójmy się więc tego zadania. Tak, jest ono wymagające. Tak, wymaga odwagi, by nie zrażać się odrzuceniem. Tak, wymaga żmudnej pracy nad własną relacją z Bogiem. Ale nie ma piękniejszego zadania niż bycie, jak Jan Chrzciciel, drogowskazem prowadzącym do Miłości. Pamiętajmy jednak, że drogowskaz sam w sobie nie jest celem podróży. Mamy przyprowadzić ludzi do Jezusa, a nie do siebie. Mamy być towarzyszami w poszukiwaniu Boga, którego sami wciąż próbujemy lepiej zrozumieć.
Przestańmy więc traktować wiarę jako prywatne hobby. Spójrzmy na nasze środowiska – na te wszystkie miejsca, gdzie panuje ciemność braku nadziei, sensu i miłości. Tam właśnie masz być światłem. Nie reflektorem, który oślepia, ale lampką, która daje poczucie bezpieczeństwa i wskazuje drogę. I nawet jeśli nikt ci nie podziękuje, nawet jeśli usłyszysz gorzkie słowa – pamiętaj, że Twoja nagroda jest w Panu. Bo ostatecznie, jak mówi Izajasz, to Bóg jest naszą chwałą. W tym nowym tygodniu znajdź więc może kilkanaście minut na spotkanie ze Słowem Bożym i zadaj sobie pytanie: „W jakiej konkretnej sytuacji mojego życia, chowam się, zamiast wskazać na Chrystusa, i co muszę zmienić w mojej relacji z Nim, by nabrać odwagi?”.
Skomentuj artykuł