Pięć lat po wybuchu wojny w Ukrainie polskie społeczeństwo stoi wobec trudnego testu. Z jednej strony wciąż pomagamy uchodźcom i wspieramy organizacje niosące pomoc ofiarom wojny. Z drugiej – coraz częściej słychać głosy niechęci, lęku i wzajemnych oskarżeń. Jak rozmawiać o realnych problemach i interesach Polski, nie ulegając jednocześnie pokusie wykluczenia i nienawiści? To pytanie staje się dziś jednym z najważniejszych wyzwań dla naszej wspólnoty.
Rozpoczyna się piłkarskie święto dla całego sportowego świata. Przez ponad miesiąc kibice będą żyć rozgrywkami mistrzostw świata 2026. Dla jednych będzie to najważniejsze wydarzenie najbliższych tygodni, inni tradycyjnie będą ironizować, że to tylko bieganie za piłką. Warto jednak spojrzeć na ten sport szerzej i dostrzec w nim coś więcej niż samo siedzenie przed telewizorem. O jego wartości przypominają także papieże.
Nie zestawiam relacji polsko-niemieckich z czasów drugiej wojny światowej z obecnymi relacjami polsko-ukraińskimi, gdyż jest to z oczywistych względów niemożliwe. Nie o zawiłości polityczne mi chodzi, nie znam się na tym, ale o coś znacznie bardziej zasadniczego – o wymiar religijno-moralny działalności już nie tylko władz państwowych, ale nas, obywateli, narodu. O ten wymiar mi chodzi, jako że to nie etyka ma się kłaniać polityce, ale odwrotnie – polityka etyce. Dla chrześcijanina ta logika jest czymś oczywistym.
Przez ostatnie dwa tygodnie medialna Polska żyła kilkoma sprawami naraz. Wisienką na torcie była pszczyńska lodziarnia „Pod Dębem”, która ogłosiła ze smutkiem, że po ćwierć wieku kończy tradycję rozdawania darmowych lodów dzieciom ze świadectwem z czerwonym paskiem, ponieważ Rzeczniczka Praw Dziecka zainterweniowała, że może to być formą dyskryminacji.
To, co Leon XIV mówi w Hiszpanii, równie dobrze mogłyby zostać wygłoszone w Polsce, w Warszawie, Gnieźnie, Krakowie czy Gdańsku. Brzmiałoby tak samo aktualnie.
Kiedy spojrzymy na dokonania papieża Leona XIII, który zainspirował obecnego papieża Prevosta do wyboru tego właśnie imienia, aż chciałoby się powiedzieć: Santo subito! – choć od jego śmierci minęły już prawie 123 lata. Ale wydaje mi się, że ‘co się odwlecze, to nie uciecze’ – jak mówi nasze przysłowie, więc postaram się w kilku punktach uzasadnić to przekonanie.
Moje dzieci przyjmowały ostatnio sakramenty. Z tej przyczyny miałam wiele okazji do ćwiczenia rozmaitych cnót, na czele z pokorą i łagodnością. I równie wiele okazji do doświadczenia zwykłego, normalnego gniewu.
Nie będę bronił przykazań kościelnych. Moim zdaniem nie mają żadnego wpływu na rozwój duchowy chrześcijanina. Pełnią jedynie rolę porządkową, ujednolicają pewne zwyczaje i wprowadzają zewnętrzną dyscyplinę. Nie wpływają na jakość chrześcijańskiego życia i nie pogłębiają relacji z Bogiem. W Kościele są lepsze propozycje.
Dlaczego wciąż czujemy niedosyt, nawet gdy mamy wszystko? Przyjrzymy się dzisiaj fascynującej teologii ludzkiego pragnienia – od św. Augustyna i św. Tomasza, po współczesną filozofię. Może się okazać, że dręczący nas brak i tęsknota to nie deficyty prowadzące do rozpaczy, ale „brak, który przeczuwa dobro” i najgłębiej otwiera serce na spotkanie z Bogiem.
Uroczystość Bożego Ciała to w jakiś sposób wyjątkowy dzień. Dla wielu katolików jedyny w roku, gdy wychodzimy na ulicę, pokazując tym samym naszą wiarę. Choć sama do procesji Bożego Ciała mam wiele zastrzeżeń, to widzę w niej również ogromne piękno Kościoła. Dla mnie jednak jest to zachęta do refleksji i zadania sobie pytania: czy wierzę, że w kawałku chleba jest żywy, prawdziwy Bóg? Czy Mu ufam? Czy rzeczywiście chcę za Nim iść – nie tylko w procesji, ale i w codzienności?
Papież Leon XIV mianował dr Marię Montserrat Alvarado prefektem Dykasterii ds. Komunikacji. Jej nominacja nie jest jedynie personalną zmianą w Watykanie. To kolejny sygnał, że rozpoczęta przez Franciszka reforma Kurii Rzymskiej nabiera trwałego charakteru. Leon XIV potwierdza, że kierowanie kościelnymi instytucjami coraz częściej będzie zależało od kompetencji, a nie od stanu duchownego.
Czas podsumowań roku szkolnego trwa w najlepsze. Zostały ostatnie zaliczenia, sprawdziany i oceny do wystawienia. To moment, w którym wielu młodych ludzi żyje pod większą presją niż zwykle. Dlatego właśnie teraz najmocniej powinno wybrzmiewać przesłanie, że oceny nie są w życiu najważniejsze.
Nie chodzi o to, by przestać nazywać grzech grzechem, lecz o to, by zrobić wszystko, aby do takich dramatów dochodziło jak najrzadziej.
Czy kultura, w której oklaskujemy każdą kropkę i każdą plamkę podarowaną nam przez potomstwo, rzeczywiście jest kulturą, która buduje poczucie własnej wartości? A może jednak, przy całej swojej życzliwości, po cichu coś w naszych dzieciach psuje?
Zapewne nie wszystkim spodobały oceny, jakie urodzony w węgierskiej rodzinie serbski hierarcha wystawił trzem największym wspólnotom chrześcijańskim na Węgrzech. W czym widzi problem?
Świat jest pełen kontrastów. Możemy w czasie rzeczywistym spotykać się, rozmawiać, świętować z kimś, kto jest na drugim końcu globu, a jednocześnie nie spotykamy się i nie rozumiemy z tym, kto żyje tuż obok nas, w tym samym bloku czy na tej samej ulicy. Przeżywamy i martwimy się sprawami, które dzieją się na drugim końcu świata, a nie wiemy, co dzieje się u sąsiada. Coraz więcej mamy gadżetów do komunikacji, a tym bardziej jesteśmy powierzchowni, zdawkowi i przelotni.
Wystarczy otworzyć jakikolwiek portal ślubny, wejść na grupę dla panien młodych albo posłuchać przedweselnych dramatów w gronie znajomych, by odnieść wrażenie, że przygotowania do ślubu przypominają logistyczną operację wojskową połączoną z festiwalem próżności. Dziś, kiedy bierzemy ślub, musimy pomyśleć o wszystkim. I mam na myśli o każdej, wręcz abstrakcyjnej głupocie.
We wtorek, gdy media społecznościowe zalały zdjęcia bukietów kwiatów i uśmiechniętych kobiet, pomyślałam o tym, że to już kolejny rok, gdy nie zadzwonię do mojej mamy z życzeniami. Została tylko modlitwa i znicz postawiony na cmentarzu. Z drugiej strony poczułam jak wielką łaską jest to, że sama mogę być mamą i że mogłam świętować ten dzień razem z moimi dziećmi. Miałam szansę przyjąć laurki, kwiaty, kawę, uśmiech i przytulenie.
Od wrogów publicznych do strażników kościelnego sumienia – nowa encyklika papieża Leona XIV oficjalnie pieczętuje historyczny przełom w relacjach Watykanu z mediami. Choć droga od wzajemnej nieufności do sojuszu w poszukiwaniu prawdy trwała dekady, słowa „Magnifica humanitas” nie pozostawiają złudzeń: bez dociekliwych dziennikarzy Kościół nie wygrałby walki z własnymi kryzysami. Nawet jeśli lokalni biskupi wciąż wolą patrzeć na prasę z bezpiecznego dystansu.
Narracja o ciemnych stronach mediów społecznościowych bardzo często kończy się stwierdzeniem, że zbyt mocno kształtują współczesnego człowieka. Nadajemy im wręcz osobowy charakter, jakby były samodzielnym bytem wpływającym na nasze życie. Tymczasem łatwo zapominamy, że są one przestrzenią tworzoną również przez nas samych. To właśnie my przenosimy do niej swoją codzienność, relacje i najbardziej prywatne momenty życia.
{{ article.description }}