Chwalimy dziecięce laurki nawet, gdy są brzydkie. Tylko co to robi dzieciom?
Czy kultura, w której oklaskujemy każdą kropkę i każdą plamkę podarowaną nam przez potomstwo, rzeczywiście jest kulturą, która buduje poczucie własnej wartości? A może jednak, przy całej swojej życzliwości, po cichu coś w naszych dzieciach psuje?
Miniony tydzień upłynął nam pod znakiem rozmaitych "występów ku czci". Jako rodzice czwórki dzieci w różnym wieku pielgrzymowaliśmy od szkolnych auli przez sale parafialne po przedszkolne sceny, zbierając wzruszenia na Dzień Mamy i Taty w dawkach iście hurtowych. Były teatrzyki, były kabarety, były popisy przyszłych Chopinów - i był aplauz, gęsty i nieprzerwany jak majowy deszcz, którym nagradzano absolutnie wszystko: każde wejście na scenę, każde zejście, każdy dźwięk wydobyty z instrumentu niezależnie od tego, czy dźwięk ten miał cokolwiek wspólnego z nutą, na którą wskazywały zapisy w podręczniku. Nie powiem, że to było złe. Wiem doskonale, że dużo łatwiej jest zdmuchnąć tlący się knotek niż rozpalić go w płomień, i że dziecko skrytykowane za publiczny występ może już nigdy więcej nie wyjść na scenę. To wszystko rozumiem i w pełni popieram entuzjastyczne okazywanie naszego zachwytu.
A jednak, wychodząc z jednego z tych popisów, poczułam się bardzo nieswojo, gdy zorientowałam się, że w mojej głowie huczy tylko jedna, właściwie dość ponura, myśl: „Bogu dzięki, że ta kakofonia się wreszcie skończyła, bo jeszcze jeden utwór, a moje uszy zaczęłyby szlochać”. I tak chodzę sobie od tamtej pory z pewną wątpliwością: czy nieustanny, niezróżnicowany aplauz dla każdego i za wszystko naprawdę służy dzieciom? Czy kultura, w której oklaskujemy każdą kropkę i każdą plamkę podarowaną nam przez potomstwo, rzeczywiście jest kulturą, która buduje poczucie własnej wartości - czy może jednak, przy całej swojej życzliwości, po cichu coś psuje?
Przypomina mi się przy okazji scena sprzed kilku lat. Jedno z naszych dzieci, ówcześnie chyba w zerówce, podarowało mi na Dzień Mamy laurkę - kwiatek narysowany długopisem na pośpiesznie wyrwanej z zeszytu kartce. Bazgroł, szczerze mówiąc. Tymczasem dokładnie wiedziałam, że to samo dziecko potrafi godzinami malować fortece o architektonicznej złożoności godnej średniowiecznych zamków. Zrobiło mi się przykro. I - ku własnemu zaskoczeniu, bo jako rodzic od lat „wychowywana” jestem w parentingowej bańce przekonaniu, że laurka to laurka i należy się za nią wylewna wdzięczność niezależnie od okoliczności - powiedziałam mu o tym.
Że tak po ludzku jest mi smutno i że gdy ktoś daje prezent byle jak, to i radość z prezentu jest byle jaka. Mieliśmy potem długą, ale naprawdę owocną rozmowę. Dowiedziałam się z niej czegoś zaskakującego: mojemu dziecku w ogóle nie przyszło do głowy, że może postarać się dla mnie, swojej mamy! Było tak szczelnie otoczone pochwałami i afirmacjami dotyczącymi tego, co robi (ze strony naszej, rodziców, ale także w przedszkolu), że nie widział potrzeby starania się dla kogoś ważnego dla siebie. Przecież cokolwiek nie zrobi, mama będzie zachwycona. Dotarło wtedy do mnie, że w pewnym sensie miłość wydała mu się domeną beztroski, a nie starania.
I tu wkraczamy na cienki lód, po którym jako matka stąpam od lat bardzo niepewnie. Z jednej strony wiem - i psychologowie od dawna to potwierdzają - że chwalenie dziecka za talent i efekt zamiast za wysiłek i proces robi mu niedźwiedzią przysługę. Carol Dweck, profesor psychologii ze Stanfordu, której badania nad tzw. growth mindset przewróciły do góry nogami sporo pedagogicznych pewników, pokazała, że dzieci chwalone za to, jakie są zdolne, z czasem zaczynają unikać trudnych wyzwań - bo porażka oznaczałaby zakwestionowanie tej tożsamości. Dzieci chwalone za staranie i wytrwałość reagują zupełnie inaczej: traktują trudność jak zadanie, a nie jak zagrożenie. Chwalić więc, owszem, można i warto, ale chwalić mądrze.
Z drugiej strony jest jednak pytanie głębsze, które nurtuje mnie jako wierzącą mamę, a które wykracza poza psychologię. Czy nie mylimy - i to nagminnie - dwóch rzeczy, które powinny pozostać wyraźnie rozróżnione? Miłość bezwarunkowa i bezwarunkowa pochwała to nie są przecież synonimy. Kochać dziecko niezależnie od tego, co zrobi, i jednocześnie mówić mu prawdę o tym, co zrobiło - to nie jest sprzeczność. To jest właśnie miłość dojrzała. Ta, której uczył nas Jezus, Ktoś, kto zna człowieka na wskroś, wie o nim wszystko i mimo to nie chwali za bylejakość. On zawsze zaprasza do wzrostu. „Idź i już nie grzesz" - powiedział cudzołożnicy (por. J 8,11), a nie: „Wszystko jest w porządku, rozumiem, trudne życie".
Pracowitość, wysiłek, staranie, rozwijanie talentów w tradycji chrześcijańskiej nie jest kwestią ambicji czy prestiżu. Jest cnotą. Czymś, co się kształtuje, co wyraża szacunek dla daru, który się otrzymało, i dla osoby, dla której się go używa. Dziecko, które dowiaduje się, że wysiłek ma sens moralny - nie tylko praktyczny - dostaje coś, czego żadne brawa za występ nie są w stanie mu dać: rozumienie, że to, jak się staram, mówi coś o tym, kim jestem.
Szukam więc tej złotej zasady i myślę, że wygląda mniej więcej tak: oklaskiwać obecność i odwagę - zawsze. Doceniać wysiłek - szczerze i konkretnie. A kiedy trzeba powiedzieć prawdę, mówić ją tak, jak mówiłam synowi przy tej nieszczęsnej laurce: nie z wyższością, nie z przekreślającym rozczarowaniem, lecz z miłością, która zakłada, że stać go na więcej - i że wierzę, iż on sam o tym wie. Bo dziecko, które dorasta w przekonaniu, że każdy jego gest jest arcydziełem, pewnego dnia zetknie się ze światem, który tak nie uważa. I to zderzenie może być naprawdę bolesne - szczególnie wtedy, gdy nikt wcześniej nie pokazał mu, że porażka to nie koniec, lecz punkt wyjścia, i że trud włożony w coś pięknego jest sam w sobie rodzajem modlitwy wartej odmawiania. Często myślę sobie, że właśnie o to chodzi z rozwijaniem talentów, o którym mówił Jezus w przypowieści (Mt 25, 14-30). Nie o to, żeby mieć ich dużo, ale żeby ich nie zakopywać i traktować jako pomoc w kształtowaniu rozmaitych relacji. Tych z ludźmi i tych z Panem Bogiem.


Skomentuj artykuł