Czy polska tradycja zabija żywą wiarę? Kościół to nie punkt usługowy
Znalazłem w Internecie listę najpopularniejszych prezentów komunijnych. Ostanie miejsce w tej klasyfikacji zajęły rowery i konsole, przedostatnie, piąte – złoto inwestycyjne, czwarte – tablety i telefony, trzecie – koperta z pieniędzmi, drugie – komputer stacjonarny i pierwsze – laptop. Dla fasonu, jako prezent „uzupełniający” można dorzucić złoty lub srebrny medalik, słodycze itp. Ostatecznie może być komiks biblijny. Nieodłączną częścią uroczystości jest oczywiście wystawny obiad najlepiej w restauracji, którego zachwycającym zwieńczeniem będzie „tiramisu gdyż dobrze wpisuje się w modę na desery z pistacjami. Zielony krem, orzechowy (…) Nie trzeba go kroić, równo porcjować” i tym podobne, i tak dalej…
Lata temu, nie pamiętam dokładnie ile, może dwadzieścia, może trzydzieści, do komunii podeszło dziecko. Łapki – jak mawiał papież Franciszek – pięknie „sklejone”, języczek wysunięty na całą długość, amen wyraźne, więc niemal automatycznie na ten języczek położyłem Hostię. W momencie, gdy tylko dzieciak zamknął usta, stojąca za nim babcia chwyciła je za buzię i wściekle warknęła: „Wypluj to! Już! Co ksiądz robi, on jeszcze nie był u pierwszej komunii!”. Wypaliłem: „No właśnie jest...”. Kobieta usłyszawszy to, cała w nerwach porwała chłopca i wyprowadziła z kościoła.
Oprzytomniawszy, pomyślałem że Duch Święty jednak istnieje i działa, bo takiej ryposty sam bym nie wymyślił. Po jakimś czasie, czytając Biblię, otrzymałem potwierdzenie: „Podeszli do Jezusa uczniowie i zapytali: Kto jest największy w królestwie niebieskim? A On przywołał dziecko, postawił je między nimi i powiedział: Zapewniam was: Jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto więc się stanie tak mały, jak to dziecko, ten będzie największy w królestwie niebieskim. I kto jedno takie dziecko przyjmuje w moje imię, Mnie przyjmuje. Ale jeśli ktoś byłby przyczyną upadku jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, lepiej byłoby dla niego, aby mu zawieszono kamień młyński na szyi i utopiono w głębinie morskiej. Biada światu, który stwarza okazje do upadku (…) Pamiętajcie, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych, bo mówię wam, że ich aniołowie niebiescy są ciągle przed obliczem Boga, który jest w niebie”. (por. Mt 18, 1-10).
Klerykalizm to najgorsza choroba
Czytając Biblię, czy też słuchając kazania, jak też je głosząc, najchętniej wszelkie zarzuty odnoszące się do faryzeuszy i saduceuszy, czy do uczonych w Piśmie, wykorzystujemy do pokazania, jacy to oni byli paskudni w porównaniu z nami, kiedy tymczasem to, za co Jezus ich krytykował, odnosi się również do nas. Cierpimy przecież na tę samą chorobę, która ich wyniszczała, a która po dzisiejszemu nazywa się klerykalizm, który – jak nam to uprzytomnił Papież Franciszek – jest grzechem uniemożliwiającym zrozumienie na czym polega chrześcijański styl życia: „Jezus powiedział: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś to przed mądrymi i uczonymi [w Prawie] a objawiłeś ludziom prostym” (Mt 11, 25). A podczas tryumfalnego wejścia Jezusa do Świątyni Jerozolimskiej, Jezus powiedział: „Napisano: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy robicie z niego jaskinię zbójców. W świątyni podeszli do Niego ślepi i kulawi. I uzdrowił ich. Arcykapłani zaś i nauczyciele Pisma ujrzawszy zdumiewające czyny, których dokonał, i dzieci wołające głośno: «Hosanna Synowi Dawidowemu», oburzyli się. I powiedzieli Mu: Czy słyszysz, co one wołają? I zostawiwszy ich wyszedł z miasta do Betanii, i tam zanocował (Mt 21, 13-17)”.
Skoro w domu Jego Ojca nie było dla Niego miejsca, zostawił święcie i śmiertelnie na Niego obrażonych i poszedł do Betanii, do domu przyjaciół, zapewne na późny obiad, lub kolację. „Bóg wybrał bowiem to, co głupie według świata, aby zawstydzić mądrych, i co słabe według świata wybrał Bóg, aby zawstydzić to, co mocne. Bóg wybrał również to, co świat ma za nic i uważa za nieszlachetnie urodzone oraz godne pogardy, aby unicestwić to, co czymś jest, w tym celu, aby nikt z ludzi nie chlubił się przed Bogiem” (1 Kor 1, 27 -29). Tacy byli ci Jego przyjaciele z Betanii, jak też wszyscy inni, którzy chcieli Go słuchać, w tym dzieci, które w naszym mniemaniu są jeszcze za małe, żeby odróżnić hostię konsekrowaną od niekonsekrowanej.
Zamiast gadać, warto posłuchać dzieci
Wróćmy zatem do naszego chłopca, któremu babcia, przerażona świętokradczym występkiem wnuka, uniesiona świętym gniewem, kazała wypluć Hostię – jak najbardziej konsekrowaną. A przecież w trzech Ewangeliach, u Mateusza, Marka, prawdopodobnie najstarszej, i u Łukasza czytamy: „Przynosili do Jezusa dzieci, aby ich dotknął, lecz uczniowie surowo im zabraniali. Gdy Jezus to zobaczył, oburzył się i powiedział do nich: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie zabraniajcie im, bo do takich jak one należy Królestwo Boga. Zapewniam was: Kto nie przyjmie Królestwa Boga jak dziecko, nie wejdzie do niego. I objął je, i błogosławił, kładąc na nie ręce”. Nie chcę potępiać owej babci. Wiem, że ten strach przed naruszeniem rytuału, niezmiennej doktryny, tradycji, nie wziął się w niej znikąd. Pojawił się za sprawą naszych katechez, kazań, audycji i programów katolickich mediów. To nasz wątpliwy sukces i nasze nieszczęście.
Do dziś pamiętam uśmiechniętą twarz wspomnianego chłopca i – za chwilę – tę samą twarz, przerażoną, z zaciskającą się na policzkach ręką babki. Ten uśmiech, a następnie bezradność i łzy w oczach, stały się dla mnie słowem Boga, Dobrą Nowiną. To mnie zmusiło do zrobienia duszpasterskiego rachunku sumienia. Bóg przemówił do mnie, „starszego Kościoła” (to właśnie oznacza słowo „prezbiter”), przez dziecko, a jednocześnie przez papieży, łącznie z obecnym. Papież Leon nawiązując do swoich poprzedników idzie dalej. Nie boi się narazić zwłaszcza wielkim tego świata, ale też tym najmniejszym przypomina, że tacy mali wcale nie są i wiele, jeśli zechcą, mogą dobrego zrobić.
A co się tyczy nas, starszych Kościoła, to warto by porównać nasz język, jakim mówimy o Jezusie na katechezie i z ambony, z językiem wspomnianych papieży. Mówimy mniej więcej tak: „Kochane dzieci, dzisiaj przyjmiecie do waszych serduszek, oczyszczonych z grzechów w spowiedzi, samego Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie, w Hostii. Jest to najpiękniejszy dzień w waszym życiu, waszych rodziców i nas, waszych duszpasterzy. Odtąd musicie pamiętać, żeby w każdą niedzielę chodzić do kościoła na mszę świętą, wtedy Pan Bóg będzie wam błogosławił, będzie wam i waszym rodzinom zsyłał potrzebne łaski…” itd. Może więc zamiast tracić czas na gadanie, co zrobić z pierwszą komunią, warto posłuchać dzieci.
Wystarczy chcieć
Celem katechezy nie może być przyzwyczajenie, wyrobienie u dzieci nawyku chodzenia do kościoła, na mszę i do sakramentów, szczególnie spowiedzi. Nawyk to bardzo słaba motywacja, o czym świadczą skutki epidemii koronawirusa. Jak zatem można sobie wyobrazić to pierwsze, pełne uczestnictwo w Eucharystii? Poniekąd odpowiedź podpowiada zachowanie owego chłopca i jego babki. Nie wiem, co działo się nie w „główce” i „serduszku”, ale w głowie i sercu, tego dziecka. Jedno można powiedzieć – chłopiec chciał być takim samym człowiekiem, jak wszyscy inni, a zwłaszcza dorośli. Czyli być w Kościele, nie w budynku, ale z ludźmi. I to powinno wystarczyć, żeby dziecko przystąpiło do Stołu Pańskiego, do komunii z Kościołem.
Jeśli trzeba kogoś przygotowywać do tego wydarzenia, to zwłaszcza rodziców i katechetów, zarówno świeckich jak duchownych. Natomiast decyzja powinna należeć do dziecka. Jeśli dziecko powie, że chce przystąpić do Stołu Pańskiego, niech w ustaloną niedzielę, podczas mszy, bez zbędnego blichtru, z rodziną poszerzoną o wspólnotę parafialną, przystąpi do tego wspólnego posiłku dzieci Bożych. A co, jeśli dziecko samo, podobnie jak wspomniany chłopiec, bez pytania kogokolwiek, przystąpi do Stołu Pańskiego, czyli do komunii z Bogiem i Kościołem? Nic, trzeba to zaakceptować i uszanować – żadna to nowość, skoro od wieków Kościoły wschodniej tradycji, w tym również będący w komunii z Kościołem tradycji rzymskiej, razem z sakramentem chrztu udzielają bierzmowania i Eucharystii. No tak, ale czy przez to nie stracimy nie tylko tradycyjnej, pięknej uroczystości, ale też tych, którzy są przyzwyczajeni do innego Kościoła? Pewnie tak, ale dla kogo, jak dla kogo, w naszym, polskim kościele winniśmy wiedzieć, że ilość wcale nie przechodzi w jakość. Wreszcie rzec ostatnia, przynajmniej w tym felietonie – spowiedź?
Spowiedź to nie pralka automatyczna, a człowiek to nie brudna koszula
Żaden problem, od nie wiem ilu lat kościelne przepisy proponują przebudowę konfesjonału tak, żeby spowiadający się mógł też usiąść, a nie tylko klęczeć. By mógł popatrzeć spowiednikowi w oczy, głośno wypowiedzieć, co go męczy, poradzić się i przegadać sprawę. Spowiedź to nie pralka automatyczna, a człowiek nie brudna koszula. To nas, starszych Kościoła, oduczyłoby zbywania spowiadającej się siostry czy brata paroma pobożnymi frazesami i uczyło współuczestniczenia w ich codziennym życiu. Zatem pytanie o pierwszą komunię, spowiedź i pozostałe sakramenty, w rzeczywistości jest pytaniem o Kościół.
Bodajże w „Ziemi obiecanej” jeden z bohaterów powieści chwali Kościół, jako porządną instytucję, która jako jedyna umie zająć się śmiercią, czyli zorganizować porządny pogrzeb. Komplement wart świeczki, ale od tamtego czasu Kościołowi tak rozumianemu, jako punkt usługowy ślubno-chrzcielno-pogrzebowy, wyrosła konkurencja, wcale dobrze, a nawet co raz lepiej radząca sobie z tego typu usługami, cieszącymi się coraz większym uznaniem i powodzeniem. Jeśli człowiek, jeszcze jako dziecko, nie poczuje się dobrze w Kościele i w kościele, z całą pewnością z jednego i drugiego odejdzie i to wcześniej, niż później.


Skomentuj artykuł