Czy wierzę, że w kawałku chleba jest żywy i prawdziwy Bóg?
Uroczystość Bożego Ciała to w jakiś sposób wyjątkowy dzień. Dla wielu katolików jedyny w roku, gdy wychodzimy na ulicę, pokazując tym samym naszą wiarę. Choć sama do procesji Bożego Ciała mam wiele zastrzeżeń, to widzę w niej również ogromne piękno Kościoła. Dla mnie jednak jest to zachęta do refleksji i zadania sobie pytania: czy wierzę, że w kawałku chleba jest żywy, prawdziwy Bóg? Czy Mu ufam? Czy rzeczywiście chcę za Nim iść – nie tylko w procesji, ale i w codzienności?
Nie ma co ukrywać, że część osób uczestniczących w procesjach, nie do końca wie po co tam jest. Trochę z przyzwyczajenia, trochę dla rozrywki albo żeby córka mogła sypać kwiatki, bo będzie fajna focia na Fejsa. Motywacje mogą być różne. Czuć to idąc w tłumie, który czasem nie skupia się na modlitwie, ale na rozmowach... To moje główne zastrzeżenie do tego typu procesji, bo sama nie potrafię skupić się na modlitwie, gdy obok mnie ktoś gada o polityce, pogodzie, sąsiadach... Trudno wejść wtedy na taki poziom modlitwy, który skupia się na celu i sensie tej procesji. Z drugiej strony, wyjście z kościoła na ulice miasta za Jezusem, między nasze domy, ma dla mnie ogromne znaczenie duchowe.
Co roku pytam siebie o stan mojej wiary. O to czy i jak często przyjmuję Komunię świętą i czy jest ona dla mnie ważna? Co mogę zrobić, by o tę więź z Jezusem zadbać jeszcze uważniej? Czy czasem nie jest tak, że przyjmuję ją z automatu, mechanicznie, z przyzwyczajenia? Mając świadomość tego, że moje ludzkie możliwości skupienia się na Mszy są ograniczone (zmęczenie, stres, szybkie życie – no weźże skup się maksymalnie przez godzinę, nie da się!), staram się by moment Komunii był jak najbardziej świadomy, bo wiem Kogo przyjmuję.
Uwielbienie "Jestem!" na Rynku w Krakowie - fot. www.youtube.com / Archidiecezja KrakowskaRóżne mamy doświadczenia wiary i nie ma co przykładać do nich kalki i porównywać kto doświadczył obecności Jezusa lepiej, wyraźniej czy mocniej. Nie tędy droga, bo wiara to nie tylko doświadczenie Bożej miłości i obecności, ale też po prostu przekonanie i decyzja, z którymi nie wiążą się czasem żadne uczucia czy poruszenia... Moje doświadczenie jest dziś takie, że Bóg jest. Blisko, namacalnie, zawsze. Mam głębokie doświadczenie Jego prowadzenia, obecności i siły, która czasem przybiera nadludzkie rozmiary. Doświadczenie tak silne, że gdyby ktoś próbował mi wytłumaczyć, że Bóg nie istnieje, nie dałby rady mnie przekonać. Po prostu. Nie zmienia to tego, że pytam sama siebie: na ile Mu ufam? Nie czy wierzę w Boga, ale czy wierzę Jemu... W tym roku, podczas Bożego Ciała, nie wezmę udziału w procesji (gdy czytacie ten tekst, jestem w samym środku rekolekcji ignacjańskich w milczeniu) i bardzo cieszę się, że tak właśnie jest. Ten czas, gdy inni wychodzą za Jezusem na ulice, dla mnie jest momentem zatrzymania i pytania samej siebie jakie miejsce w moim życiu zajmuje zaufanie Bożemu prowadzeniu. Nie oszukujemy się – nie zadajemy sobie tych pytań zbyt często. Gdy padają np. w konfesjonale, nie bardzo wiemy co odpowiedzieć... Zaufanie? Przecież wierzę w Boga, więc po co takie durne pytania? Czy aby na pewno durne...
Jesteśmy w stanie iść w procesji, owczym pędem za monstrancją. Ale po co, skoro Mu nie ufamy i nie chcemy iść za Jego Słowem, przykazaniami, codziennym życiem, sakramentami, które nam dał w codzienności? Mamy wolną rękę i możliwość by przeżyć ten dzień, tak jak zdecydujemy. Stoi jednak przed nami szansa. Spojrzeć na kawałek chleba, który nie jest już tylko chlebem, ale żywym, realnie obecnym Bogiem, tuż obok... I powiedzieć Mu o tym, że chcemy zaufać, nawet jeśli nie wiemy jeszcze jak miałoby to wyglądać. Być może po to właśnie jest ten dzisiejszy dzień? By się zatrzymać. Spojrzeć. Podjąć decyzję. Spróbować zaufać, może kolejny już raz...


Skomentuj artykuł