Czy stać cię na detoks od smartfona?
Jakiś czas temu opowiadałam znajomej z parafii o rekolekcjach ignacjańskich, na które niebawem się wybieram. Miała dużo – ciekawych dla mnie – pytań, choć na dłużej zatrzymałyśmy się obie nad ciszą. Jednak nie tą, gdy przez osiem dni zachowujesz milczenie. Obie stwierdziłyśmy, że wyłączenie telefonu na przeszło tydzień może być w tym wszystkim dużo trudniejsze…
Mój mąż zapomniał ostatnio z domu telefonu, gdy jechał z jednym z synów na zawody. Młodsza latorośl rzuciła: spoko, telefon nie będzie tacie potrzebny. Na co zaczęłam wyliczać to, do czego może być on jednak bardzo przydatny. Począwszy od GPSa by dojechać na miejsce zawodów, po aplikację bankową żeby zapłacić za obiad (zamówiony internetowo, też przez telefon), po zwykłe robienie zdjęć czy filmików z zawodów. To z ilu funkcji i aplikacji smartfona korzystamy, doświadczamy najmocniej, gdy go zgubimy... Czy jest więc łatwo wyłączyć go w trakcie rekolekcji? To zależy…
Sama nie mam z tym większych problemów, bo detoks od telefonu od dłuższego czasu praktykuję weekendami, gdy wyjeżdżam odpocząć. Wiem, że mój mąż „ogarnie” wtedy wszystko co jest potrzebne, że na wiadomości mogę odpisać po powrocie i że świat się nie zawali. Wiem, bo tego doświadczyłam. Rozumiem jednak ludzi, którzy nie mając takiego doświadczenia – choćby jednodniowego „detoksu” – nie potrafią tego pojąć…
Po co ograniczać coś, co ma tyle przydatnych funkcji? Telefon, dzięki któremu mamy na wyciągnięcie ręki bilet na pociąg, BLIK w sklepie, informacje z AI (choćby przepis na szybki i prosty obiad!), media społecznościowe, podcasty, muzykę, komunikatory… Jednak to wszystko jest dość wysoką ceną za nasze „uwiązanie”. To, że bez tego wszystkiego nie wyobrażamy już sobie życia.
Podczas wspomnianej wyżej rozmowy ze znajomą, obie stwierdziłyśmy, że znamy bardzo wiele matek, które walczą z tym przywiązaniem, a i tak ciągle upadają. Wiedzą, że scrollowanie kolejnych rolek na Instagramie nic im nie da, ale i tak to robią. By choć na chwilę się odciąć, nie czuć, zresetować. Po czasie jednak widać – często kolejny już raz – że to wcale nie przyniosło pozytywnych rezultatów, jedynie gorycz, że znowu straciliśmy pół godziny na przeglądaniu głupot.
Może by tak spróbować inaczej? Zamiast telefonu w zasięgu ręki, położyć tam książkę? Scrollowanie zastąpić kolorowanką, spacerem, kawą wypitą w ciszy na balkonie? I nie poddawać się temu, że udało się raz, a pięć razy nie. Ważny jest ten jeden raz! Tworzenie nowych nawyków, w miejsce tych utrwalanych przez ostatnie lata, ma prawo długo trwać…
To, czy warto okaże się z czasem. Sama widzę, że dla mnie te momenty z wyłączonym telefonem to zupełnie inny rodzaj odpoczynku. Nie zatrzymuję się w miejscu, gdzie można pstryknąć ładne zdjęcie, bo nie mam czym go zrobić. A ten, komu rzeczywiście udało się zrobić zdjęcie, nie otwierając powiadomień – wielkie brawa, ja tego nie potrafię! Kiedy zostawiam telefon w domu, idąc do kościoła czy na zakupy w ciągu tygodnia – czuję podobnie. Nic mnie nie goni, nie uwiązuje. Mogę wpatrywać się w to, co mijam po drodze, nie w migające na ekranie obrazki, które tak naprawdę nie są mi do niczego potrzebne.
Warto przyjrzeć się swoim nawykom. Tylko wtedy możemy zobaczyć ile i na co tracimy czasu w ciągu dnia. Efekt tego „sprawdzenia” może nas bardzo mocno zaskoczyć… Co z tym dalej zrobimy, zależy już tylko od nas, bo choć życie całkowicie bez telefonu jest trudne, to jednak nie zawsze korzystanie z niego w danej chwili jest koniecznie. Korzystajmy o tyle, o ile nam służy – jak mawiał św. Ignacy, ten od rekolekcji, które dały mi przestrzeń do fajnej, życiodajnej rozmowy ze znajomą…


Skomentuj artykuł