Katecheza w szkole. Dajemy ludziom, którym nie zależy, wiedzę, której nie chcą

Katecheza w szkole. Dajemy ludziom, którym nie zależy, wiedzę, której nie chcą
Fot. Depositphotos.com

To nie jest tekst przeciwko lekcjom religii ani tym bardziej przeciwko katechetom, których szczerze podziwiam za wytrwałość i determinację. Nie jest to też tekst przeciwko wierze i Kościołowi, co pewnie mi zaraz niektórzy zarzucą. To tekst o kilku głównych problemach, które mamy z lekcjami religii i które generują następne. Ale po kolei.

Gdyby dosadnie nazwać to, co się dzieje na lekcjach religii w ostatnich kilku latach, można by powiedzieć właśnie tak: pakujemy ludziom, którym nie zależy, wiedzę, której nie uważają za przydatną. Oczywiście, na tym polega nieszczęście polskiej szkoły – że uczy dzieci rzeczy w dużej mierze nieprzydatnych, jak słynna budowa pantofelka, i że jest oderwana od życia. Z lekcjami religii sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo wiedza przekazywana na lekcjach jest jak najbardziej praktyczna, ale tylko dla tych, którzy żyją życiem religijnym. No i biologia z pantofelkiem jest obowiązkowa. Religia nie jest. Siłą rzeczy jest przedmiotem dla chętnych. A problem w tym, że spora część „chętnych” to jednak niechętni.

Od kiedy Polacy wywalczyli sobie uczenie religii w szkole, czasy mocno się zmieniły: obecnie chodzenie (lub nie) na religię staje się rodzajem manifestu. Chodzi kilka głównych grup: ci, co chcą, bo to dla nich ważne, i to jest na ogół mniejszość. Potem ci, których rodzice uważają, że lepiej nie robić sobie problemów z ewentualnym przyjęciem sakramentów i starają się o to, by dzieci miały „czystą ścieżkę” do komunii, może bierzmowania, może i nawet ślubu kościelnego. Oraz ci, których rodzice są w religii rzymskokatolickiej osadzeni w tradycyjny sposób i niezależnie od poziomu swojej osobistej wiary uważają lekcje religii za pewien niezbywalny obowiązek. No i są jeszcze takie dzieciaki, które są poszukujące i ciekawe religijnych treści, nawet jeśli nie mają w rodzinie korzeni wiary.

Do tych bardzo różnych grup jeden nauczyciel w jednym czasie próbuje trafić z przekazem wiedzy religijnej. Nie może wymusić na uczniach uczenia się, bo przedmiot nie jest obowiązkowy i jak tylko nauczyciel mocniej przyciśnie, na przykład zażąda zdawania na oceny modlitw typu „Ojcze nasz” albo „Pod Twoją obronę”, może się okazać, że wkrótce nie będzie miał kogo uczyć. Ale największym kłopotem jest to, że religia w szkole to wciąż jest trochę ni pies, ni wydra. Ani nie jest to przedmiot stricte naukowy, na którym dzieci uczą się historii, faktów, poznają kulturę związaną z religią, jej założenia, dogmaty i prawdy wiary (nie mylić z sześcioma prawdami wiary!), ani nie jest to stricte przestrzeń do dzielenia się wiarą i wzrastania w niej, bo wiara potrzebuje innych warunków niż lekcje na dzwonek i niewybrane towarzystwo przeróżnych ludzi z klasy. Bardzo dużo zależy od nauczyciela i atmosfery, jaką potrafi stworzyć w konkretnej klasie.  

W ostatnich dniach obradowało zebranie plenarne KEP, a jednym z punktów obrad była kwestia katechezy przyparafialnej. W komunikacie wydanym po zakończeniu obrad czytamy, że biskupi „zapoznali się z głównymi założeniami projektu programu katechezy parafialnej. Podkreślili, że konieczne jest przejście od rozumienia katechezy jako drogi realizacji ustalonego programu do towarzyszenia człowiekowi w procesie osobistego rozwoju wiary, dokonującego się we wspólnocie Kościoła”.

To nie jest zły pomysł. Cały kłopot jednak w tym, że – z całym szacunkiem – to kolejna sprawa, w której biskupi są nieco odrealnieni. Od dawna nie ma pomysłów na strukturalnie dobre, a nie tylko zależne od jakości pracy danego nauczyciela przekazywanie wiedzy religijnej. Nasi liderzy religijni jako grupa nie wiedzą, jak głosić dzieciom i młodzieży, żeby ta młodzież i te dzieci miały w efekcie wiedzę i nie traciły wiary. Widać to w zatwierdzanych podręcznikach przedmiotowych, które – wybaczcie, ale z przyczyn życiowych jestem na bieżąco – są przedpotopowe. Gdy się je porówna z podręcznikami do innych przedmiotów, wyglądają, jakby przyleciały wehikułem czasu z końca lat 90-tych ubiegłego wieku i w konkursie na atrakcyjność przegrywają z absolutnie wszystkim, a konkurencja w czasach smartfonów jest potężna.  

W szkołach, w których nie trafił się zaangażowany, relacyjny nauczyciel religii, lekcje bywają przykrym przymusem, festiwalem nudy albo nieustanną wojną między klasą a pedagogiem. I nie można powiedzieć, że wszyscy uczący religii są świetni w tym, co robią; bo niektórzy chcą i lubią, a niektórzy muszą i ci drudzy nie zawsze są w stanie dać potrzebną uczniom jakość. I wtedy lekcje religii są niepociągające. Niezachęcające. A jednak są dla wielu wizytówką religii katolickiej…

Dlatego pomysł, by dodać religii w szkole „drugą nogę” i przy parafiach przestać „realizować program”, a zacząć „towarzyszyć człowiekowi”, nie jest zły. Boję się tylko o jego wykonanie. Bo jeśli finalnie okaże się, że pomysł jest taki, iż dzieci i młodzież mają obowiązkowo przychodzić na plebanię na kolejne lekcje ze znudzonym księdzem albo krzyczącą na ludzi siostrą zakonną (stereotypy, wiem, lecz jak często trafione…) – to nie będzie z tego nic. Jeśli za to taka katecheza byłaby zaprojektowana jak dobre zajęcia pozalekcyjne, skupione na Piśmie Świętym, nastawione na szukanie sensu, z mądrym, relacyjnym człowiekiem jako prowadzącym, mogłaby się obronić. I dać dzieciakom spróbować, czym jest wiara i relacja z Bogiem. Ale do tego trzeba zacząć pytać ludzi, czego potrzebują. Albo co by im pomogło wychować dzieci w wierze, a co w tym najbardziej przeszkadza. I ich słuchać, a nie wiedzieć lepiej... 

Zastanawiam się też nad wielkim lękiem przed sekularyzacją Polaków, który prześwituje przez różne decyzje hierarchów. Część narracji między wierszami mówi o tym, że mniej religii w szkole oznacza przyspieszoną sekularyzację społeczeństwa. A przecież ostatnie dziesięć lat, gdy lekcji religii wciąż były dwie godziny, przyniosło bardzo dużą zmianę w ludziach; zdecydowanie mniej osób deklaruje się jako wierzący i praktykujący rzymscy katolicy. Rozumiem prozaiczne powody, dla których duchowieństwo boi się „puścić” ludzi: że odejdą i już nie wrócą, że spowoduje to problemy finansowe i personalne. Ale dziwi mnie brak wiary w to, że relacja z Bogiem jest łaską, a nie realizacją programu. I w to, że Jezus jest w stanie odnaleźć każdego i dowolnym miejscu. Sekularyzacja wydarza się najpierw w sercu człowieka, a dopiero potem widać ją w jego decyzjach. Zadaniem nauczycieli Kościoła nie jest trzymać kurczowo ludzi na smyczy obowiązków religijnych, ale tak mówić o Bogu, by jasne, było, jak dobrym i wartościowym doświadczeniem życia może być wiara. I jak wiele ludzkiego bólu może w relacji z Bogiem znaleźć prawdziwe pocieszenie. Dlatego myślę, że w katechezie parafialnej i w Kościele w ogóle potrzebujemy bardziej ludzi, którzy są blisko Boga i potrafią zwyczajnie i blisko towarzyszyć innym ludziom, niż kolejnych prób łatania systemu, który już nie bardzo działa. 

DEON.PL POLECA



 

DEON.PL POLECA


Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Katecheza w szkole. Dajemy ludziom, którym nie zależy, wiedzę, której nie chcą
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.