Gdy myślę o nabożeństwach drogi krzyżowej dla dzieci, przypominają mi się artykuły, które czytałam na świeckich portalach i które były skierowane przeciwko lekcjom religii w szkole. Jednymi z głównych argumentów jakie się tam pojawiały były myśli w stylu: nie będę dziecka straszyć cierpieniem; nie będę pokazywać mu krzyża; nie dla promowania przemocy!
Obecność biskupa Andrzeja Jeża na sali rozpraw w charakterze oskarżonego to precedensowy proces. Kluczowym punktem sporu prawnego zdaje się być interpretacja pojęć „wiarygodna wiadomość” oraz „niezwłoczność” zgłoszenia. Sprawa ta może wyznaczyć granice między wewnętrznym dochodzeniem kanonicznym a obowiązkiem natychmiastowego współdziałania z państwowymi organami ścigania w sprawach dotyczących wykorzystywania małoletnich. To dopiero początek.
Bł. kard. Stefan Wyszyński przypominał: „jeśli w naszym narodzie ma nadal istnieć wiara, istnieć Kościół, jeśli ma istnieć sam naród, to musi zostać pokonana plaga pijaństwa”. Apele o trzeźwość brzmią jak wyuczony wierszyk, ale inaczej myślą osoby, których alkohol doprowadził na skraj przepaści. Tegoroczny Wielki Post to kolejna szansa, aby zmienić świat na lepszy - konkretnym czynem i osobistym przykładem.
Niedawno brałem udział w dwudniowym spotkaniu ewangelizacyjnym, podczas którego jeden z prelegentów podzielił się świadectwem. Opowiedział m.in. o tym, jak kilka lat temu otarł się o śmierć, a przed jego oczami przewinęło się życie. Opisał, że nie miał wtedy poczucia swojej grzeszności, a jedynie niesmak związany z tym, że nie potrafił bardziej odpowiadać na Bożą miłość. To piękne świadectwo podsumował jednak słowami, że "nasz grzech nie jest żadnym problemem", a jedyną rzeczą, która liczy się w życiu, jest miłość.
Jedną z fatalnych konsekwencji przebodźcowania ekranami jest coraz słabsze panowanie nad emocjami. I bardzo łatwo jest doprowadzić się do stanu, w którym stajemy się jednym wielkim, pulsującym uczuciem, a każda nasza łza i uśmiech musi mieć widownię, by zostać uznana. Stopniowo tracimy rozeznanie, które emocje są do przeżycia w intymności serca, a które powinny być wypowiedziane na głos, do kamery smartfona czy tej telewizyjnej. I nie jesteśmy gotowi na to, że naszą kruchość pokazaną światu ktoś celowo podepcze, wyszydzi i wykąpie w błocie obelg.
Nie od dziś wiadomo, że jednym z fundamentalnych problemów Kościoła w Polsce w ostatnich latach jest komunikacja, zarówno ta skierowana na zewnątrz, jak i ta wewnątrz wspólnoty. Pojawiają się jednak jaskółki wskazujące, że idą zmiany.
Żyjemy w świecie, który mało dba o to, co jest, ale bardziej zwraca uwagę na to, jak coś się prezentuje. Wszystko musi być odpowiednio przygotowane, podrasowane i zaprezentowane w przestrzeni publicznej. Ta presja zewnętrzna na ‘sukces’ jest tak duża, że zapomnieliśmy co to znaczy ‘być sobą, być naturalnym’.
Tytuł tego tekstu nie jest przypadkowy. Zdanie to jest fragmentem spontanicznej modlitwy starego kapucyna z Argentyny, o. Dri, którego pod koniec życia Papież Franciszek mianował kardynałem. Ojciec Dri był niestrudzonym spowiednikiem, który codziennie wiele godzin spędzał w konfesjonale i zasłynął z tego, że… wszystkich rozgrzeszał. Czy właśnie tak powinni się zachowywać wszyscy księża?
Ostatki i koniec karnawału, to bardzo dobry czas żeby przyjrzeć się temu w jaki sposób przeżywamy naszą relację z Bogiem w codzienności. Za chwilę w Wielkim Poście będziemy trwać w okresie pokuty za nasze grzechy, zdawać sobie sprawę ze słabości i towarzyszyć Jezusowi w cierpieniach podczas męki. Potem wraz z całym Kościołem świętować będziemy zwycięstwo nad śmiercią i szatanem. Radość podczas tego świętowania będzie bardzo wzniosła, niosąca w sobie teologiczną wagę Zmartwychwstania, sięgającą wieczności całego stworzenia. Tymczasem radość, którą przeżywamy w tych ostatnich dniach karnawału może wydawać się zbyt przyziemna, żeby zapraszać do niej Pana Boga.
Olena Tkaczuk
Gdyby miłość nie była wieczna, nie potrafiłabym jej zaufać. Codzienne doświadczenie uczy nas przecież, że wszystko w tym płynnym, zmieniającym się świecie ma swój kres. Kończą się zapasy kawy i mąki, kończą się pieniądze na karcie i lata studiów. Kończą się wojny i okresy zawieranego po nich pokoju. Przyjaźnie i relacje urywają się z tysiąca powodów. A co z miłością?
Gdzie Bóg szuka uczniów, gdy seminaria pustoszeją? Czy współczesne chrześcijaństwo imprezowe dla młodzieży jest adekwatną odpowiedzią na wezwanie Chrystusa: „Pójdź za Mną”? Czy grupy rekonstrukcyjne rozmiłowane w dawnej liturgii budują królestwo Boże na ziemi, czy mury wokół piaskownicy z zabawkami? Gdy widzę, jak ludzie bawią się w chrześcijaństwo, wydeptują ścieżki do miejsc prywatnych objawień albo uprawiają turystykę religijną, to cierpliwie czekam aż spotkają Chrystusa, który zapyta: Nie widzieliście moich owiec?
Obchodziliśmy wczoraj Światowy Dzień Chorego. To święto ustanowione przez papieża Jana Pawła II w 1992 roku, obchodzone co roku 11 lutego, w dzień liturgicznego wspomnienia Matki Bożej z Lourdes. Być może zwróciło naszą uwagę nietypowe ogłoszenie duszpasterskie, które padło z ambony w minioną niedzielę, że tego dnia można przyjść do kościoła i przyjąć sakrament namaszczenia chorych. Być może nawet pojawiło się w nas pytanie: ale po co? czy to nie jest sakrament dla umierających i tych, których uleczyć się już nie da?
Poniedziałkowy wieczór przyniósł miłą niespodziankę – srebro olimpijskie zdobył Kacper Tomasiak. W mgnieniu oka Internet obiegła informacja, że 19-latek z Bielska-Białej pełni posługę lektora w swojej parafii. Pytanie tylko, czy źródłem tej reakcji była sama radość, czy raczej zaskoczenie, że młody, odnoszący sukcesy sportowiec otwarcie żyje swoją wiarą.
„Nie oglądajmy się na wszystkie strony. Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. (…) Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulec pokusie «zbawiania świata» kosztem własnej ojczyzny”.
Trwa Tydzień Małżeństwa – międzynarodowa, świecka akcja promująca wartość wspólnego małżeńskiego życia. W wielu miastach Polski organizowane są rozmaite inicjatywy i propozycje, które mają zainspirować małżonków do wspólnego spędzenia wyjątkowego czasu. My w Kościele też możemy dobrze wykorzystać tę akcję, po to, by w natłoku informacji o rozwodach przypomnieć wiernym, co wyróżnia sakramentalne związki i jak wiara może je cementować. Bo przecież nie jest tak, że sakramentalne małżeństwa nie przeżywają trudności ani kryzysów. Mamy jednak w Kościele szereg praktyk, które bardzo konkretnie mogą nam pomóc przełamać relacyjne impasy i zbliżyć się do siebie, odkrywając pełnię piękna Miłości, do której zostaliśmy zaproszeni, decydując się na tę drogę powołania. Jedną z takich - w mojej opinii wyjątkowo skutecznych praktyk - jest wspólne czytanie Pisma Świętego.
Wygląda na to, że Kościół (nie tylko w Polsce) powoli dojrzewa do poważnej, spokojnej rozmowy nie tylko o roli i zadaniach tzw. księży influencerów, ale także o wykorzystaniu w duszpasterstwie internetu, a zwłaszcza tzw. mediów społecznościowych.
W ostatnich trzydziestu kilku latach świat dynamicznie rozwija się na wielu płaszczyznach. To tylko niespełna cztery dekady, a zmiany jakie nastąpiły wprawiają w osłupienie nawet wytrawnych analityków. Konia z rzędem temu, kto by przewidział rozwój wypadków na przełomie wieków i to, co się dzieje teraz.
Pisałam ostatnio o kurialnej komunikacji w sprawie ks. Sawielewicza; takiej, która stawia zwykłych, zaniepokojonych ludzi na drugim albo trzecim planie. Dziś do kompletu będzie o tym, jak bardzo inaczej może wyglądać taka komunikacja, na świeżutkim przykładzie z mojej własnej diecezji.
„Prawidłowa interpretacja tekstów świętych nie może pomijać kontekstu historycznego, w którym one powstały, ani form literackich, które zostały w nich użyte” – przypomniał papież Leon XIV w swojej katechezie z 4 lutego. Bóg przemawiając do człowieka posługuje się ludźmi, ich językiem i kulturą. Wciela się niejako w rzeczywistość bliską odbiorcy. Bierze pod uwagę jego mentalność i ograniczenia. Posługuje się obrazami, które interpretowane w oderwaniu od rzeczywistości historycznej bywają niezrozumiałe. I mogą wprowadzać w błąd.
Wielką siłę i sens widzę w zwykłych, często przypadkowych rozmowach tych bardziej zaangażowanych, świadomych katolików z osobami, które są na innym etapie swojej życiowej drogi. Jesteśmy na różnych etapach swojego życia duchowego, a drugi człowiek jest często kimś, kto nie pojawia się na naszej drodze by go oceniać, ale po to, byśmy wzajemnie mogli się ubogacać.
{{ article.description }}