Tej dojrzałości matura nie sprawdza. A to ona decyduje o naszych relacjach

Tej dojrzałości matura nie sprawdza. A to ona decyduje o naszych relacjach
Fot. Priscilla du Preez / Unsplash

Trwają matury. Tysiące osiemnastolatków siada do egzaminu, który oficjalnie nazywa się egzaminem dojrzałości. Piękna nazwa. Sugeruje, że dojrzałość to coś, co można zdać, że jest jakiś próg, za którym człowiek wchodzi w dorosłość i zostaje w niej na zawsze. Tyle, że matura sprawdza wiele rzeczy... ale nie dojrzałość. Egzamin z dojrzałości zdaje się właściwie przez całe życie. I można być siedemdziesięciolatkiem i wciąż reagować jak rozkapryszone dziecko, a można mieć osiemnaście lat i umieć patrzeć na świat szeroko, dostrzegając, że kiedy ktoś obok ciebie potrzebuje pomocy, to bywa to ważniejsze niż własne plany.

W jednej z moich prac mam pewnego współpracownika. Uwaga, to nie będzie historia z cyklu jojczenia na nutę: „ach, to nowe pokolenie". To ktoś, kto maturę zdał już bardzo dawno temu. Jakiś czas temu poprosiłam go o przygotowanie raportu potrzebnego do wejścia w kolejny etap naszego projektu. Miał na to tydzień i zestaw narzędzi, które według wszelkiej dostępnej mi wiedzy skracają działania analityczne przynajmniej o połowę. W ustalonym terminie raportu jednak nie było. Uzasadnienie? Konieczność przygotowania wyjazdu rekreacyjnego dla jego własnej rodziny. Tak, tak. Planowanie prywatnego urlopu stanęło na przeszkodzie w terminowej realizacji zadania zawodowego, a powiedzenie o tym na głos na spotkaniu zespołu projektowego nie wiązało się z żadnym poczuciem wstydu czy dyskomfortu. W tygodniu, w którym zaczynają się tzw. egzaminy dojrzałości, właśnie ta historia z pracy wraca do mnie ze zdwojoną siłą. Widzę w niej bowiem działanie mechanizmu, który wciąż i wciąż wyłazi mi bokiem w rachunku sumienia. Mechanizmu, który polega na tym, że moje potrzeby, mój komfort, mój plan - wysuwają się przed zobowiązanie wobec kogoś innego i że bez trudu potrafię sobie to wewnętrznie usprawiedliwić.

Kiedy właściwie zaczyna się dojrzałość? Zanim Jezus zaczął działać publicznie, minęło trzydzieści lat. Trzydzieści lat ciszy, pracy, życia w rodzinie, w warsztacie, wśród bliskich ludzi. Ktoś mógłby powiedzieć: zmarnowane lata, ale Ewangelia zdaje się mówić: nieprawda, każdy człowiek potrzebuje czasu, by dojrzeć w miłości. Pierwsza scena z publicznego życia Jezusa - znane nam wszystkim „wesele w Kanie Galilejskiej” - podsuwa też kilka wskazówek, by odkryć Bożą podpowiedź dla pytania: kiedy zaczyna się dojrzałość. Maryja podchodzi do Jezusa i lakonicznie stwierdza: Nie mają już wina. Nie prosi. Nie rozkazuje. Po prostu pokazuje problem. Jezus najpierw się dystansuje: Czyż to moja lub twoja sprawa? - i po ludzku ma rację. To nie Jego wesele. Nie Jego wino. Nie Jego problem. A jednak koniec końców bierze odpowiedzialność za coś, co formalnie Go nie dotyczy. Działa bez fanfar - właściwie nikt na tej sali nie wie, skąd wino. Poza sługami, którzy nalewali wodę i poza Maryją, która wiedziała, że Jej Syn powie tak, gdy Go o coś poprosi.

Są w tej scenie trzy rzeczy, których matura nie sprawdza, a które decydują o tym, jak żyjemy z innymi ludźmi. Po pierwsze: umiejętność zobaczenia potrzeby, zanim ktoś zacznie krzyczeć. Maryja zauważa brak wina, zanim goście zdążą się poskarżyć. To jest rodzaj czujności na drugiego człowieka, która wymaga wyjścia z kręgu „JA-jowania” („ja, moje, o mnie”). Jezus też widzi ten brak: na stwierdzenie Maryi nie reaguje przecież żadnym zaskoczonym: „Osz kurczę, serio, Mamo?! Nie mają?!”.

Po drugie: Jezus potrafi przejść nad swoimi emocjami i zaangażować się na rzecz bliźniego, nawet jeśli formalnie nie musi. Mógł się przecież zatrzymać na swoim burkliwym: „Czy to moja lub twoja sprawa?”, popsioczyć na brak zaopatrzenia i złą organizację, obgadać gospodarzy, pomarudzić, jak fatalnie na tym weselu. Zamiast tego wzdycha z głębi serca (a przynajmniej tak to sobie wyobrażam) i zabiera się do pracy: pyta o stągwie, deleguje zadania, ogarnia brak po to, by młoda para nie musiała się martwić. Po trzecie: działa bez rozgłosu i bez wymówek. Nikt nie wiedział, nikt nie podziękował, nikt nie wyraził ochów i achów (choć – na nasze szczęście – ewangeliści zadbali, byśmy o tym początku działalności Jezusa się dowiedzieli). Starosta weselny pogratulował panu młodemu dobrego gustu, nie mając świadomości, że oto właśnie wydarzył się cud, z którym tamten nie miał nic wspólnego.

Dojrzałość psychiczna nie jest równoznaczna ani z wiekiem, ani z wykształceniem. Człowiek powołany jest do niej stale, niezależnie od tego, ile ma lat. Można być siedemdziesięciolatkiem i wciąż reagować jak rozkapryszone dziecko, które nie dostało swojego. Można mieć osiemnaście lat i umieć patrzeć na świat szeroko, dostrzegając, że kiedy ktoś obok ciebie potrzebuje pomocy, to bywa to ważniejsze niż nawet najmilsze własne plany. Ta myśl wróciła też do mnie w sobotę, gdy – przyznaję ze skruchą - pozłościłam się trochę na męża. Nie za coś wielkiego. On był na działce z synami - szlifowali drewno, impregnowali ławki, ogólnie panował twórczy chaos, który dla kogoś, kto, jak mój ukochany, uwielbia porządek i estetykę, jest każdorazowo karkołomnym wyzwaniem. Mąż angażował się w to dzielnie, za to ja stałam z moją siedmiostronicową Listą Rzeczy Do Ogarnięcia Podczas Majówkowego Urlopu i irytowałam się, że nie wykazuje należytego entuzjazmu wobec jej realizacji.

Wydawałoby się, że mając osiemnaście lat stażu małżeńskiego, powinnam być już ponad takie dziecinne zagrywki, a jednak uległam odruchowi myślenia najpierw o swojej liście i autorskich planach spędzania naszej rodzinnej majówki, w efekcie czego pałętałam się po działce z zaciętą miną. Potrzebowałam dłuższej chwili, by dostrzec, co właściwie mój mąż robi i ile go to kosztuje. I, że w tej sytuacji to on jest dojrzałym dorosłym, a ja naburmuszoną nastolatką.

Dojrzałość nie tyle jest metą, co kierunkiem. Dojrzałość nie jest progiem, za którym wchodzi się raz i zostaje na zawsze w oparach mądrości, rozsądku i altruizmu. Jest raczej azymutem, na który codziennie się kierujemy w podejmowanych decyzjach. W tym, czy najpierw zobaczę potrzebę drugiego człowieka, czy swoją listę zachcianek. Czy wezmę odpowiedzialność za coś, co formalnie mnie nie dotyczy. Czy będę mieć odwagę podejmować konkretne decyzje nie dlatego, że dostanę za nie brawa, tylko dlatego, że są słuszne i w efekcie pomnażają większe dobro.

Matura sprawdza wiele rzeczy, ale nie dojrzałość. Egzamin z niej zdaje się właściwie przez całe życie: przy stole, w pracy, na działce, w małżeństwie. W tym, jak reaguję, gdy czegoś nie ma na czas. W tym, czy potrafię odłożyć swoją listę i zobaczyć człowieka, który właśnie szlifuje drewno z kilkulatkami. Ja w każdym razie mam poczucie, że wciąż się uczę bycia dojrzałym człowiekiem. I tym bardziej cieszę się, że mój mentor: Jezus Chrystus – ma wobec ludzkości tyle cierpliwości, by nie organizować raz po raz matury z duchowości.

DEON.PL POLECA



DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Wojciech Czuba

Kim naprawdę jesteś i jak możesz to odkryć?
Skąd bierze się w tobie poczucie pustki i nienasycenia?
Jak możesz zmienić swoją codzienność, by czuć się szczęśliwym?
Co stracisz, a co zyskasz, idąc...

Skomentuj artykuł

Tej dojrzałości matura nie sprawdza. A to ona decyduje o naszych relacjach
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.