Czasem mam dość tych wszystkich kościelnych prób i przygotowań. I wtedy przypomina mi się coś ważnego
Jestem w kwartale sakramentów: była już komunia, był ślub, w najbliższych tygodniach – druga komunia, bierzmowanie, święcenia kapłańskie. Część ogarniam jako gość, część jako gospodarz imprezy. I wciąż chodzę z poczuciem, że listy zadań jakby się nie kończą.
Chciałabym czasem, żeby święta z okazji wiary niosły ze sobą mniej zamieszania. Mniej prób. Mniej technikaliów, mniej kwiatów, wierszyków, prasowania i skupienia na detalach. Gdy jestem tym już bardzo zmęczona, w głowie odzywa mi się pocieszające echo z Księgi Liczb. Jednej z najtrudniejszych do czytania ksiąg Pisma Świętego, bo zawiera spisy i wykazy, ciągnące się całymi stronami listy spraw do załatwienia przy budowie świątyni. Przez długi czas mnie zdumiewało, że taka księga trafiła do spisu świętych ksiąg: co chrześcijanie mają wziąć dla siebie z przydługich (sorry, autorze) i bardzo szczegółowych opisów wyposażenia, typów drewna i zdobień?
Teraz jednak myślę, że całe nasze życie duchowe może być czasem taką „księgą liczb”. Listą zadań do odhaczenia. Nieodłączną przy każdym większym duchowym wydarzeniu: niezależnie od tego, czy szykujesz wielkanocne śniadanie, czy przygotowujesz chrzciny dziecka albo jego pierwszą komunię, czy organizujesz rekolekcje, czy czuwanie za Zesłanie Ducha – zawsze jest ta lista. Nie da się bez niej. I to wcale nie jest źle. Bo nie da się skupić tylko na duchowej stronie rzeczywistości, choć czasem bardzo marzymy o tym, żeby przestała nam towarzyszyć lista stu obowiązków; wydrukować śpiewniki, kupić kwiaty, zdążyć na próbę, zamówić jedzenie, zapłacić fotografa, dokupić siedem łyżek z pasującym wzorkiem, nie zapomnieć o białej paście do butów...
W tym wszystkim, gdy się człowiek dobrze wsłucha, słychać łagodny głos Boga. Boga, który wie, że życie składa się z drobiazgów. Że z małych spraw wyłania się większy kształt. I czasem tak trudno jest wyjaśnić komuś, kto nie ma bliskiej relacji z Bogiem, że to tutaj można spotkać Go w podszewce codzienności. Że właśnie w drugim planie życia pełnego małych spraw do załatwienia, On jest w najbliższy i bardzo czuły sposób.
Czasem mówi przez listę piosenek do prześpiewania przed komunią. Czasem przez kilka słów czytania, które mam przeczytać na ślubie. A gdy dzień zapowiada się trudny, niemal zawsze jedno zdanie z czytań z dnia, nawet złapane rano w pośpiechu, jest wszystkim, czego potrzeba, żeby ten dzień mnie nie załamał i nie zostawił z pustym bakiem.
Mocno doświadczam, że Bóg jest tak samo obecny w kościele podczas próby dla dzieci pierwszokomunijnych, na której w ławkach gadają rodzice, a katechetka dyscyplinuje dzieci ustawiające się nie w tej kolejce, jak na tej uroczystej mszy, do której te próby prowadzą. Że nie chce być odległym obiektem czci, ale kimś swoim, kto jest tuż obok. Nie wielkim wizytatorem, dla którego liczy się wyłącznie jakość przygotowanej uroczystości i dla którego trzeba malować trawę serca na zielono, ale kimś, kto docenia te wszystkie listy zadań, zapiski z księgi liczb, starania o to, by było pięknie. Nawet jeśli wychodzi nam to, jak wychodzi. Bo one są nieuniknioną częścią naszego życia, które On tak zwyczajnie kocha. Jak dobry tata, przejęty wyzwaniami swoich dzieci. I dumny z tego, jak sobie radzą. Może dlatego tak trudno jest opowiedzieć światu, jak sens jest w byciu wierzącym: innym czasem naprawdę trudno takiego Boga zaakceptować.


Skomentuj artykuł