Rok po śmierci papieża Franciszka. Dlaczego pamięć o nim jest tak chłodna?
Kilka dni temu minęła pierwsza rocznica śmierci papieża Franciszka. Wydaje mi się, choć może się mylę, że nie wspominano go z jakimś wielkim entuzjazmem. Oczywiście o rocznicy wspomniał papież Leon, paru biskupów, tu i ówdzie pojawiły się jakieś okolicznościowe teksty.
Ale mam wrażenie, że Jana Pawła II, czy Benedykta XVI wspominało i wspomina się jakoś cieplej. Co prawda o. Alfonso Bruno, włoski duchowny, dziennikarz i watykanista, redaktor naczelny magazynu „Mediafighter - La sfida dei media” wyraził niedawno opinię, że Franciszek mógłby zostać błogosławionym, ale jakoś więcej tego typu głosów nie słychać.
Być może dlatego, że Franciszek zaskakiwał niemal na każdym kroku, uważano go za człowieka kontrowersyjnego. Ale on wymykał się schematom, nie był człowiekiem, którego dałoby się zaszufladkować. Kochał Kościół, żył Ewangelią. Uruchomił wiele procesów, których efekty zobaczymy dopiero za kilka, może nawet kilkadziesiąt lat. Niektórzy twierdzą, że za mocno rozkołysał „łódź Piotrową” i trzeba czasu, by „ochłonąć” po jego pontyfikacie. Zdecydowanie początek, pierwszy rok Leona XIV jest dużo bardziej spokojny – nie licząc rzecz jasna pewnego sporu z Donaldem Trumpem.
Cały, nieco ponad dwunastoletni, pontyfikat Franiszka obfitował w zaskoczenia. Argentyński papież działał szybko. Na samym początku w jednej z rozmów wyznał, że ma przeczucie, że jego pontyfikat będzie krótki. Więc działał. Już 5 lipca 2013 r. opublikował pierwszą encyklikę „Lumen fidei”. Jej zręby stworzył Benedykt XVI, wykończył Franciszek – zatem dokument okrzyknięto „encykliką na cztery ręce”. Potem były jeszcze trzy. Siedem adhortacji apostolskich. Bodaj najbardziej znane to „Evangelii gaudium”, swoisty program pontyfikatu oraz „Amoris Laetitia”. Ta ostatnia, budząca spore kontrowersje, wskazywała m.in. na to, że osoby będące po rozwodach i żyjące w nowych związkach wcale nie muszą być odłączone od Eucharystii. Tego typu wątpliwości doktrynalnych było więcej. Franciszek zwołał w sumie pięć synodów i każdy budził jakieś kontrowersje. Spodziewano się zatem zniesienia celibatu, umożliwienia kobietom przyjmowania święceń kapłańskich lub chociażby święceń diakonatu. A Franciszek niby działał szybko, ale jednak wskazywał, że wszystko należy rozeznać.
Z pewnością przejdzie do historii jako wielki reformator. Nowy styl rządzenia zaprowadzono w Kurii Rzymskiej. Pewnym widocznym efektem reformy jest dopuszczenie osób świeckich – w tym kobiet – do pełnienia ważnych urzędów. Świecki najpierw zaczął kierować Dykasterią ds. Komunikacji, potem siostra zakonna objęła urząd prefekta Dykasterii ds. Instytutów Życia Zakonnego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, wreszcie jedna z ostatnich decyzji, to postawienie kobiety na czele Gubernatoratu Państwa Watykańskiego.
Franciszek przejdzie też do historii jako ten, który z odwagą podjął walkę z przestępcami w sutannach. O wykorzystywaniu seksualnym małoletnich mówił dużo i robił dużo. Kontynuował prace podjęte jeszcze przez Jana Pawła II i Benedykta XVI, ale swoje reformy wdrażał dość szybko. Najpierw w 2016 roku postanowił, że biskup dopuszczający się zaniedbań w tym zakresie może zostać usunięty z urzędu, potem znacząco zmodyfikował normy dotyczące przestępstw zastrzeżonych do rozstrzygnięcia przez Dykasterię Nauki Wiary, potem nastąpiło zniesienie tajemnicy papieskiej w odniesieniu do przestępstw seksualnych, później pojawiło się motu proprio „Vos estis lux mundi” regulujące postępowania w odniesieniu do hierarchów, którzy tuszowali pedofilię, i wreszcie duża reforma kanonicznego prawa karnego. Po drodze jeszcze tygodniowe spotkanie na temat pedofilii z przewodniczącymi episkopatów z całego świata, liczne spotkania z osobami pokrzywdzonymi.
Nie można tu nie zaznaczyć, że nie było pobłażania w tym względzie. Papież, owszem, popełniał błędy – jak te w odniesieniu do Chile, ale potrafił się do nich przyznać. Potrafił też wyrzucić z kapłaństwa kardynałów, którzy bądź sami dopuszczali się wykorzystywania małoletnich, bądź ukrywali sprawców. Myślę, że powinien być zapamiętany jako papież skrzywdzonych.
Z tym papieżem były kłopoty… Interesował się ubogimi, kapelusze kardynalskie słał tam, gdzie mu się podobało, zupełnie nie szanując tradycji. Nawoływał do wstawania z kanapy, rzucał jakieś hasła, że Kościół jest szpitalem polowym, a księża mają „pachnąć owcami”. Mawiał, że naszą obsesją jest oczekiwanie natychmiastowych rezultatów, tu i teraz. A namawiał raczej do uruchamiania procesów, których efekty być może pojawią się w przyszłości, być może już po naszej śmierci. Sam tych procesów uruchomił bez liku. I chyba bardziej zależałoby mu na tym, by przyniosły one jakieś owoce aniżeli na tym, by szybko ogłoszono go błogosławionym.


Skomentuj artykuł