Masz tę moc! Tylko czy jej używasz?
Zbliża się koniec roku szkolnego i już teraz, na rodzicielskich komunikatorach, rozpoczynają się coroczne debaty o tym, czy kupować kwiatka nauczycielowi, a jeśli tak, to czy wspólnie, czy każdy osobno, czy może zamiast kwiatka bon na książki, a może wcale, bo przecież to nieważne. Niezależnie od tego, czym zakończą się te dyskusje, każdy z nas może spróbować samemu wyrazić wdzięczność. Podjąć wysiłek i - poza rzeczami, do których zawsze można się przyczepić - zobaczyć i nazwać dobro, które dziecko w tym roku dostało.
Na ogół sytuacja wygląda bardzo podobnie. Mówię: "Przepraszam, czy mogę z panią zamienić kilka słów?" i widzę, jak nauczycielka cała się spina. Jej mimika, postawa ciała i przyjęta poza "zimnej" profesjonalistki budują niewidzialny mur. Po 7 latach "w systemie szkolnym" znam go już całkiem nieźle - to mur obronny, który nauczyciele w ostatnich latach nauczyli się wznosić na potęgę, bo nasza, rodzicielska, roszczeniowość i tupet podszyty argumentem z ochrony własnego dziecka, momentami przypomina rzucanie granatami na oślep w cały gmach szkolny. Nauczyłam się już nie traktować tego muru jako całej historii o danym nauczycielu i jego relacji z moim dzieckiem.
Tym razem było podobnie. Nauczycielka odłożyła na bok teczkę i gestem zaprosiła mnie do sali klasowej. Oschle zapytała: "Tak, o co chodzi?". "Chciałam pani bardzo podziękować. Widzę, jakie postępy robi moje dziecko, i wiem, że bez pani wysiłków i kierunkowych wskazówek nie zrobiłoby ich w takim tempie" - zaczęłam. I po raz kolejny w podobnej sytuacji mogłam zaobserwować tę samą przemianę. Najpierw na twarzy widać zaskoczenie, potem radość, często pomieszaną z satysfakcją, a nierzadko ze wzruszeniem. Mur nie tyle upada, co traci rację bytu, a ja mam niebywałą okazję zajrzeć za prawdziwe kulisy pracy z moją pociechą.
Zastanawiam się, co tak naprawdę stoi nam na przeszkodzie, żeby faktycznie mówić drugiemu człowiekowi coś dobrego wprost, w oczy, bez owijania w bawełnę. Powodów jest pewnie więcej niż kilka, ale może paru z nich warto się choćby przez chwilę przyjrzeć.
Pierwszy to rodzaj asekuranctwa, który przybiera postać pozornej uczciwości: często widzę przecież nie tylko czyjeś zalety, widzę też wady, co niektórych prowadzi do wniosku, że jeśli powie się o dobrych rzeczach, to tak jakby przemilczeć zło. Logika ta jest dość pokrętna, jakby w tym kontekście dobre słowo było kłamstwem, a milczenie - uczciwością. Tymczasem powiedzenie komuś, że dobrze wykonał swoją pracę, to po prostu prawda (na dodatek warta wypowiedzenia na głos), a docenienie kogoś słowem nie musi oznaczać tego, że zabraknie przestrzeni na porozmawianie o tym, co trudniejsze, co jest do poprawy czy do zmiany.
Drugi powód jest jeszcze prostszy i jeszcze mniej chlubny: przekonanie, że za dobrze wykonane obowiązki nie ma co chwalić, skoro ktoś pobiera za nie wynagrodzenie. Nauczycielka dostaje pensję, piosenkarka bierze honorarium, kelnerka może jeszcze wzbogacić się napiwkami, więc dziękowanie im jest czymś w rodzaju nagradzania normalności. Tyle że ta logika konsekwentnie stosowana prowadzi do świata, w którym nikt nikomu niczego dobrego nie mówi, bo przecież wszyscy po prostu robią to, do czego są zobowiązani. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że wszystko łatwo sprowadzić do skrajności (o bezmyślnym chwaleniu za wszystko też już przecież tu pisałam). Próbuję jednak zasygnalizować, że dobre słowo nie musi oznaczać pustego frazesu, a docenianie wysiłku, zaangażowania czy realizowania czegoś z pasją zawsze warto dostrzec i nazwać.
W tym kontekście wyłania się trzeci powód, który - można tak powiedzieć - blokuje nasze budowanie bliźnich dobrym słowem. Można by go nazwać "społecznym" i powiązać go z tym, że we współczesnej kulturze dość szybko dezawuują się rozmaite oficjalne podziękowania/wyrazy uznania. Dyplomy, listy gratulacyjne i rozmaite laurki stały się czymś powszechnym, a nierzadko i memicznym (jako papierowy ekwiwalent "uścisku dłoni prezesa"), produkowanym na potęgę w Canvie i z użyciem ejajów, który można każdemu i za wszystko dziś wręczyć, ale którym ani nie zapełni się portfela, ani nie niesie on ze sobą treści wyrażającej realne zauważenie czyichś wysiłków. Inflacja słów (a może i gestów?) sprawiła, że przestaliśmy w nie wkładać serce i naszą rzeczywistą uwagę. W efekcie, otrzymując list gratulacyjny np. z okazji jakiegoś jubileuszu, jego odbiorca przelatuje oczami nagłówek i znajdując w nim te same wyświechtane frazesy, co na innych tego typu laurkach, po prostu odkłada go na stos makulatury.
Jest jeszcze warstwa, o której rzadko mówimy wprost: mianowicie ta, że technologia (zwłaszcza komunikatory) zabijają w nas dbałość o językowy bon ton. Nie chodzi o to, że jesteśmy mniej życzliwi niż dawniej, tylko o to, że sukcesywnie tracimy potrzebę wyrażania uprzejmości i tkania subtelnej nici relacji międzyludzkich za pomocą języka. Emotki są łatwiejsze niż sklecenie zdania. Reakcja serduszkiem szybsza niż wykonanie telefonu. Wiadomość grupowa wygodniejsza niż rozmowa w cztery oczy. W efekcie coraz rzadziej siadamy do pisania wiadomości (o papierowych listach już nawet nie wspominam!), które płynęłyby prosto z naszych serc i mówiłyby konkretnemu człowiekowi, co rzeczywiście w nim cenimy, dlaczego jest dla nas ważny itp. A już naprawdę rzadko mówimy komuś prosto w twarz: to, co zrobiłeś, było naprawdę dobre. I dlatego tym bardziej warto to robić!
W tej perspektywie ciągle kołacze mi się w głowie myśl, że wdzięczność/uznanie wypowiadane na głos to akt woli, a nie tylko uczucie. Można przecież kogoś podziwiać/czuć wdzięczność latami i nigdy jej nie wyrazić - i wtedy, z perspektywy obdarowanego, jest to dokładnie to samo co jej brak. Powiedzenie komuś dobrego słowa wymaga zatrzymania się, znalezienia właściwych słów i podjęcia decyzji, że powiem. To nie jest duży wysiłek, ale jednak każdorazowo coś, co od nas wymaga pewnego trudu, ot, choćby wyjścia ze swojej strefy komfortu.
Moje doświadczenie jest w tej kwestii jednoznaczne. Spersonalizowane dobre słowo - wyrażone wprost, w oczy albo w odręcznym liście skierowanym do konkretnej osoby - przynosi obu stronom coś, czego nie zastąpi żaden, nawet najpiękniejszy dyplom wyprodukowany przez chatGPT. Obdarowany utwierdza się w dobrych postawach i - co ważne - wie, że ktoś dostrzega jego wysiłki i je docenia. Obdarowujący z kolei może na własne oczy zobaczyć, jak dobre słowo buduje człowieka i umacnia wzajemną relację.
Wspomniana na początku nauczycielka przez chwilę stała z rękami złożonymi na teczce i nie mówiła nic. Potem powiedziała: "Dziękuję. To, co pani powiedziała, jest dla mnie niesłychanie miłe i … ma dla mnie ogromne znaczenie". Usłyszała ode mnie bardzo konkretne nazwanie wyświadczonego mojemu dziecku dobra i wiedziała, że nie mam żadnego interesu w tym, by ją docenić słowem. Jestem przekonana, że dzięki temu ta moja wdzięczność naprawdę ją zbudowała. Bardziej niż czekoladki, które dostanie od klasy już za kilkanaście dni.
Ano właśnie … Zbliża się koniec roku szkolnego i już teraz, na rodzicielskich komunikatorach, rozpoczynają się coroczne debaty o tym, czy kupować kwiatka nauczycielowi, a jeśli tak, to czy wspólnie, czy każdy osobno, czy może zamiast kwiatka bon na książki, a może wcale, bo przecież to nieważne. Niezależnie od tego, czym zakończą się te dyskusje, każdy z nas może spróbować samemu wyrazić wdzięczność. Podjąć wysiłek i - poza rzeczami, do których zawsze można się przyczepić - zobaczyć i nazwać dobro, które dziecko w tym roku dostało. Sama wybieram się jeszcze z osobistym podziękowaniem do jednego z wuefistów moich dzieci, którego praca, choć nie przyniosła żadnych spektakularnych efektów w kondycji dziecka, była naprawdę fantastycznym budowaniem w dzieciakach chęci do jakiegokolwiek ruchu.
Co więcej, zawsze można pójść o krok dalej i przygotować dla własnego dziecka (a jakże!) coś, co nazywam "świadectwem rodzicielskiej uwagi". Chodzi o to, żeby napisać dziecku - na kartce, w liście, na czymkolwiek trwałym - to, co my, rodzice, w nim widzimy i co szczególnie doceniamy. Że świetnie sprzątało pokój (hue hue). Że coraz lepiej panuje nad swoimi emocjami. Że jest punktualne, pracowite, oddane pasji komputerowej. Rodzic, który potrafi się zatrzymać i poświęcić czas, by swoje dziecko zbudować dobrym słowem, a nie frazesem wypromptowanym w ejaju, ma moc osłodzić brak czerwonego paska na tym zwykłym, uczniowskim świadectwie i wzmocnić to dobro, które nijak nie mieści się w skali 1-6.
"Błogosławcie" - wielokrotnie wzywa nas Pan Bóg w Piśmie Św. Więc błogosławmy dobrym słowem. To ciągle najprostsza szansa, by zobaczyć, że jako człowiek mam w sobie rzeczywiście moc uzdrawiania, uwalniania z niewoli złego i dawania życia drugiemu człowiekowi.
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł