Można zaryzykować stwierdzenie, że żyjemy w czasach kultu natychmiastowości. I tak, chcemy szybkich efektów, ekspresowych zmian w życiu i, co chyba najbardziej niebezpieczne, błyskawicznych i czarno-białych ocen i wyroków. A to skutkuje niekiedy tym, że gdy widzimy wokół siebie jakieś zło, uruchamiać się może w nas mechanizm sprawiedliwego mściciela. Chcielibyśmy wyrwać to zło z korzeniami, zaprowadzić idealny (przynajmniej według nas) porządek i oddzielić ludzi porządnych od tych zepsutych, żeby świat stał się lepszy, bezpieczniejszy i prostszy.
Można zaryzykować stwierdzenie, że żyjemy w czasach kultu natychmiastowości. I tak, chcemy szybkich efektów, ekspresowych zmian w życiu i, co chyba najbardziej niebezpieczne, błyskawicznych i czarno-białych ocen i wyroków. A to skutkuje niekiedy tym, że gdy widzimy wokół siebie jakieś zło, uruchamiać się może w nas mechanizm sprawiedliwego mściciela. Chcielibyśmy wyrwać to zło z korzeniami, zaprowadzić idealny (przynajmniej według nas) porządek i oddzielić ludzi porządnych od tych zepsutych, żeby świat stał się lepszy, bezpieczniejszy i prostszy.
Wyobraźmy sobie rolnika, który wychodzi na pole z workiem drogocennego ziarna, i zamiast siać je ostrożnie, w równych rządkach, tam gdzie ziemia jest żyzna, zaczyna po prostu rozrzucać je na oślep. Rzuca na ubitą ścieżkę, w kępy ostrych cierni, na skały. Powiemy: szaleniec, marnotrawca. A jednak Jezus w dzisiejszej Ewangelii maluje przed nami dokładnie taki obraz, mówiąc: „Oto siewca wyszedł siać” (Mt 13,3). I w tym jednym zdaniu kryje się najwspanialsza nowina o tym, jaki jest Bóg i jaka jest Jego miłość.
Wyobraźmy sobie rolnika, który wychodzi na pole z workiem drogocennego ziarna, i zamiast siać je ostrożnie, w równych rządkach, tam gdzie ziemia jest żyzna, zaczyna po prostu rozrzucać je na oślep. Rzuca na ubitą ścieżkę, w kępy ostrych cierni, na skały. Powiemy: szaleniec, marnotrawca. A jednak Jezus w dzisiejszej Ewangelii maluje przed nami dokładnie taki obraz, mówiąc: „Oto siewca wyszedł siać” (Mt 13,3). I w tym jednym zdaniu kryje się najwspanialsza nowina o tym, jaki jest Bóg i jaka jest Jego miłość.
Niekiedy można się poczuć wycieńczonym tym, jak bardzo skomplikowany stał się nasz świat. Nie chodzi tylko o nadmiar codziennych obowiązków, o te setki wiadomości, powiadomień i spraw, które trzeba załatwić „na wczoraj”. Mam na myśli coś znacznie głębszego – zmęczenie ciągłą koniecznością dopasowywania się do narzuconych standardów, ciągłym wchodzeniem w role i noszeniem masek. Mamy być idealnymi pracownikami, świetnymi rodzicami, ludźmi sukcesu, którzy nigdy się nie potykają i nie okazują słabości. Niestety, niekiedy ten sam mechanizm przenosimy w sferę wiary. I wydaje nam się wtedy, że przed Bogiem też musimy stanąć w idealnie skrojonym garniturze naszych zasług, z naręczem pięknych deklaracji i nienaganną teologiczną poprawnością. Budujemy wówczas wokół siebie pobożną fasadę, za którą skrzętnie chowamy to, co w nas prawdziwe, kruche i bolesne.
Niekiedy można się poczuć wycieńczonym tym, jak bardzo skomplikowany stał się nasz świat. Nie chodzi tylko o nadmiar codziennych obowiązków, o te setki wiadomości, powiadomień i spraw, które trzeba załatwić „na wczoraj”. Mam na myśli coś znacznie głębszego – zmęczenie ciągłą koniecznością dopasowywania się do narzuconych standardów, ciągłym wchodzeniem w role i noszeniem masek. Mamy być idealnymi pracownikami, świetnymi rodzicami, ludźmi sukcesu, którzy nigdy się nie potykają i nie okazują słabości. Niestety, niekiedy ten sam mechanizm przenosimy w sferę wiary. I wydaje nam się wtedy, że przed Bogiem też musimy stanąć w idealnie skrojonym garniturze naszych zasług, z naręczem pięknych deklaracji i nienaganną teologiczną poprawnością. Budujemy wówczas wokół siebie pobożną fasadę, za którą skrzętnie chowamy to, co w nas prawdziwe, kruche i bolesne.
Zdarza ci się czasem, że otwierasz Pismo Święte i czujesz, jakbyś dostał obuchem w głowę? Szczerze przyznam, że mi się to zdarza regularnie, a dzisiejsza niedziela jest dokładnie takim momentem. Słowo Boże, które dzisiaj dostaliśmy, nie próbuje nas głaskać po głowie i pocieszać na tym łez padole. Jezus nie bawi się w dyplomację, nie stosuje marketingowych sztuczek, żeby przyciągnąć do siebie tłumy, ani też nie próbuje nikomu na siłę słodzić. Wręcz przeciwnie. Ewangelia jest do bólu wymagająca i uderzająco konkretna.
Zdarza ci się czasem, że otwierasz Pismo Święte i czujesz, jakbyś dostał obuchem w głowę? Szczerze przyznam, że mi się to zdarza regularnie, a dzisiejsza niedziela jest dokładnie takim momentem. Słowo Boże, które dzisiaj dostaliśmy, nie próbuje nas głaskać po głowie i pocieszać na tym łez padole. Jezus nie bawi się w dyplomację, nie stosuje marketingowych sztuczek, żeby przyciągnąć do siebie tłumy, ani też nie próbuje nikomu na siłę słodzić. Wręcz przeciwnie. Ewangelia jest do bólu wymagająca i uderzająco konkretna.
Słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią niezwykle kategorycznie: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32-33). Kiedy słyszymy te zdania, może rodzić się w nas pewien wewnętrzny niepokój. Próbujemy sobie wyobrazić, co to właściwie dzisiaj znaczy „przyznać się do Jezusa”.
Słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią niezwykle kategorycznie: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32-33). Kiedy słyszymy te zdania, może rodzić się w nas pewien wewnętrzny niepokój. Próbujemy sobie wyobrazić, co to właściwie dzisiaj znaczy „przyznać się do Jezusa”.
Tydzień temu przyglądaliśmy się z jednej z najbardziej poruszających scen w Ewangelii – powołaniu celnika Mateusza, człowieka uwikłanego w nieuczciwy system, pogardzanego przez rodaków, noszącego w sobie poczucie głębokiej izolacji. I w to ludzkie pogmatwanie wszedł Jezus ze swoim pełnym miłości spojrzeniem i słowami, które zmieniły wszystko: „Pójdź za Mną!”. Dzisiaj widzimy, jak Jezus gromadzi wokół siebie wspólnotę Dwunastu, których wysyła w świat.
Tydzień temu przyglądaliśmy się z jednej z najbardziej poruszających scen w Ewangelii – powołaniu celnika Mateusza, człowieka uwikłanego w nieuczciwy system, pogardzanego przez rodaków, noszącego w sobie poczucie głębokiej izolacji. I w to ludzkie pogmatwanie wszedł Jezus ze swoim pełnym miłości spojrzeniem i słowami, które zmieniły wszystko: „Pójdź za Mną!”. Dzisiaj widzimy, jak Jezus gromadzi wokół siebie wspólnotę Dwunastu, których wysyła w świat.
„Jezus, wychodząc z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». A on wstał i poszedł za Nim” (Mt 9, 9). Ta scena odsłania prawdę o Bogu: dla niego nie ma ludzi definitywnie skreślonych ani życiorysów tak pokręconych, żeby nie potrafił ich wyprostować i poprowadzić człowieka do świętości.
„Jezus, wychodząc z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». A on wstał i poszedł za Nim” (Mt 9, 9). Ta scena odsłania prawdę o Bogu: dla niego nie ma ludzi definitywnie skreślonych ani życiorysów tak pokręconych, żeby nie potrafił ich wyprostować i poprowadzić człowieka do świętości.
Każdy kolejny dzień naszego życia wygląda zazwyczaj bardzo podobnie. Trzeba rano wstać, zrobić śniadanie, przygotować dzieci do szkoły albo samemu w pośpiechu wybiec do pracy. Trzeba zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie, a potem, jeśli w ogóle zostanie jeszcze jakaś wolna chwila wieczorem, po prostu odpocząć i zadbać o własne zdrowie. Proza życia. Nasza codzienność bywa niezwykle praktyczna, momentami wręcz mechaniczna i bezwzględna. Wszystko kręci się wokół konkretnych obowiązków, przyziemnych zadań i spraw do załatwienia. I właśnie pośród tego wszystkiego pojawia się nagle niedziela, w którą świętujemy Uroczystość Najświętszej Trójcy.
Każdy kolejny dzień naszego życia wygląda zazwyczaj bardzo podobnie. Trzeba rano wstać, zrobić śniadanie, przygotować dzieci do szkoły albo samemu w pośpiechu wybiec do pracy. Trzeba zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie, a potem, jeśli w ogóle zostanie jeszcze jakaś wolna chwila wieczorem, po prostu odpocząć i zadbać o własne zdrowie. Proza życia. Nasza codzienność bywa niezwykle praktyczna, momentami wręcz mechaniczna i bezwzględna. Wszystko kręci się wokół konkretnych obowiązków, przyziemnych zadań i spraw do załatwienia. I właśnie pośród tego wszystkiego pojawia się nagle niedziela, w którą świętujemy Uroczystość Najświętszej Trójcy.
Ilu z nas żyje dzisiaj w zatrzaśniętych pokojach swojego „ja”? Grodzimy się od innych z lęku przed zranieniem. Budujemy wysokie mury z uprzedzeń lub też niekiedy jesteśmy po prostu zmęczeni drugim człowiekiem. Patrzymy na świat wokół i czujemy bezradność, bo zamiast wolności i pokoju, widać wokół coraz większe pęknięcia i niepewność – w naszych rodzinach, w społeczeństwie, również w Kościele. Czasami próbujemy naprawiać te pęknięcia na własną rękę, ale nasze czysto ludzkie metody zawodzą. I właśnie w takim kontekście przeżywamy Zesłanie Ducha Świętego. On może wywrócić wszystko do góry nogami, jak przemienił życie Apostołów. Nie robi tego jednak po to, żeby niszczyć, lecz by poskładać na nowo w spójną całość.
Ilu z nas żyje dzisiaj w zatrzaśniętych pokojach swojego „ja”? Grodzimy się od innych z lęku przed zranieniem. Budujemy wysokie mury z uprzedzeń lub też niekiedy jesteśmy po prostu zmęczeni drugim człowiekiem. Patrzymy na świat wokół i czujemy bezradność, bo zamiast wolności i pokoju, widać wokół coraz większe pęknięcia i niepewność – w naszych rodzinach, w społeczeństwie, również w Kościele. Czasami próbujemy naprawiać te pęknięcia na własną rękę, ale nasze czysto ludzkie metody zawodzą. I właśnie w takim kontekście przeżywamy Zesłanie Ducha Świętego. On może wywrócić wszystko do góry nogami, jak przemienił życie Apostołów. Nie robi tego jednak po to, żeby niszczyć, lecz by poskładać na nowo w spójną całość.
Kiedy patrzymy na ten moment, w którym Jezus unosi się i znika w obłoku, możemy poczuć pewien rodzaj duchowej pustki. Po ludzku to wygląda jak pożegnanie. Mistrz odchodzi, uczniowie zostają. On idzie do nieba, oni zostają na ziemi. Można by pomyśleć, że Jezus zostawia im po prostu swój testament, kilka ostatnich wskazówek, deleguje zadania i mówi: „Teraz wasza kolej, radźcie sobie, a Ja będę na was czekał tam, gdzie jest już spokojniej. Powodzenia!”. Ale jeśli tak myślimy o Wniebowstąpieniu, to znaczy, że kompletnie nie zrozumieliśmy tego, co tam się wydarzyło.
Kiedy patrzymy na ten moment, w którym Jezus unosi się i znika w obłoku, możemy poczuć pewien rodzaj duchowej pustki. Po ludzku to wygląda jak pożegnanie. Mistrz odchodzi, uczniowie zostają. On idzie do nieba, oni zostają na ziemi. Można by pomyśleć, że Jezus zostawia im po prostu swój testament, kilka ostatnich wskazówek, deleguje zadania i mówi: „Teraz wasza kolej, radźcie sobie, a Ja będę na was czekał tam, gdzie jest już spokojniej. Powodzenia!”. Ale jeśli tak myślimy o Wniebowstąpieniu, to znaczy, że kompletnie nie zrozumieliśmy tego, co tam się wydarzyło.
Myśląc o wierze, można wpaść w pułapkę traktowania jej jako zestawu poglądów, które trzeba wyznawać, albo listy obowiązków, które należy sumiennie wypełniać (albo po prostu odhaczać). Tymczasem chrześcijaństwo to relacja. Wiara to nie są deklaracje, to nie są wzniosłe hasła wypisywane na sztandarach, ale żywa, pulsująca więź z Osobą. A relacja ma to do siebie, że nie opiera się na teoretyzowaniu, tylko na dostrzeganiu działania tej drugiej strony i na zaufaniu wobec niej, nawet jeśli to działanie nie zawsze wpisuje się w nasz przemyślany już wcześniej scenariusz.
Myśląc o wierze, można wpaść w pułapkę traktowania jej jako zestawu poglądów, które trzeba wyznawać, albo listy obowiązków, które należy sumiennie wypełniać (albo po prostu odhaczać). Tymczasem chrześcijaństwo to relacja. Wiara to nie są deklaracje, to nie są wzniosłe hasła wypisywane na sztandarach, ale żywa, pulsująca więź z Osobą. A relacja ma to do siebie, że nie opiera się na teoretyzowaniu, tylko na dostrzeganiu działania tej drugiej strony i na zaufaniu wobec niej, nawet jeśli to działanie nie zawsze wpisuje się w nasz przemyślany już wcześniej scenariusz.
Zdarza się, że niektórzy w swoim życiu duchowym szukają jakichś skomplikowanych instrukcji obsługi Pana Boga. Wydaje im się, że wiara to zestaw niełatwych do ogarnięcia procedur, które mają ostatecznie doprowadzić człowieka do jakiegoś bezpiecznego portu. Tymczasem dzisiejsza liturgia słowa uderza prostotą, która – paradoksalnie – jest najtrudniejsza do przyjęcia.
Zdarza się, że niektórzy w swoim życiu duchowym szukają jakichś skomplikowanych instrukcji obsługi Pana Boga. Wydaje im się, że wiara to zestaw niełatwych do ogarnięcia procedur, które mają ostatecznie doprowadzić człowieka do jakiegoś bezpiecznego portu. Tymczasem dzisiejsza liturgia słowa uderza prostotą, która – paradoksalnie – jest najtrudniejsza do przyjęcia.
Możemy mieć w głowach pewien konkretny, niemal cukierkowy obrazek – kiedy słyszymy „Niedziela Dobrego Pasterza”, przed oczami staje nam Jezus w białej szacie, trzymający na ramionach wyjątkowo puszystą i czystą owieczkę. Jednym słowem: sielanka. Problem w tym, że taka wizja chrześcijaństwa jest nie tylko nieprawdziwa, ale przede wszystkim szkodliwa. Bo jeśli myślimy, że pójście za Jezusem to spacer po bezpiecznym, ogrodzonym wybiegu, to przy pierwszym lepszym życiowym tąpnięciu po prostu się rozbijemy. Chrześcijaństwo nie jest ofertą biura podróży „all inclusive” do krainy bezproblemowości. Jest propozycją wejścia w prawdę, która czasem boli, ale też daje życie.
Możemy mieć w głowach pewien konkretny, niemal cukierkowy obrazek – kiedy słyszymy „Niedziela Dobrego Pasterza”, przed oczami staje nam Jezus w białej szacie, trzymający na ramionach wyjątkowo puszystą i czystą owieczkę. Jednym słowem: sielanka. Problem w tym, że taka wizja chrześcijaństwa jest nie tylko nieprawdziwa, ale przede wszystkim szkodliwa. Bo jeśli myślimy, że pójście za Jezusem to spacer po bezpiecznym, ogrodzonym wybiegu, to przy pierwszym lepszym życiowym tąpnięciu po prostu się rozbijemy. Chrześcijaństwo nie jest ofertą biura podróży „all inclusive” do krainy bezproblemowości. Jest propozycją wejścia w prawdę, która czasem boli, ale też daje życie.
Czy zdarzyło ci się kiedyś uciekać? Nie tak fizycznie, przed jakimś niebezpieczeństwem, ale uciekać wewnętrznie od rzeczywistości, która okazała się zbyt trudna, by ją udźwignąć? Dwaj uczniowie, których spotykamy w dzisiejszej Ewangelii, właśnie to robią. Idą do Emaus. To nie jest po prostu wycieczka za miasto. To jest odwrót. Emaus to kierunek przeciwny do Jerozolimy. Jerozolima to miejsce, gdzie ich marzenia zostały przybite do krzyża i złożone w grobie. Każdy krok w stronę Choć Emaus to próba zostawienia za sobą tego bólu, to przecież przed sobą samym nie da się uciec. Można wyjść z miasta, ale miasto i to, co się w nim wydarzyło, zostaje w człowieku. I właśnie w ten środek ich ucieczki, w sam środek ich smutku, wchodzi Jezus.
Czy zdarzyło ci się kiedyś uciekać? Nie tak fizycznie, przed jakimś niebezpieczeństwem, ale uciekać wewnętrznie od rzeczywistości, która okazała się zbyt trudna, by ją udźwignąć? Dwaj uczniowie, których spotykamy w dzisiejszej Ewangelii, właśnie to robią. Idą do Emaus. To nie jest po prostu wycieczka za miasto. To jest odwrót. Emaus to kierunek przeciwny do Jerozolimy. Jerozolima to miejsce, gdzie ich marzenia zostały przybite do krzyża i złożone w grobie. Każdy krok w stronę Choć Emaus to próba zostawienia za sobą tego bólu, to przecież przed sobą samym nie da się uciec. Można wyjść z miasta, ale miasto i to, co się w nim wydarzyło, zostaje w człowieku. I właśnie w ten środek ich ucieczki, w sam środek ich smutku, wchodzi Jezus.
Zdarza nam się czasem, że wielkie słowa, które w Kościele odmieniamy przez wszystkie przypadki, z czasem tracą swój ciężar. Tak bywa z Miłosierdziem Bożym. Dla wielu z nas stało się być może synonimem pobożnego obrazka, krótkiego westchnienia albo „uspokajacza sumienia”. Zdarza się, że mówimy o Miłosierdziu w sposób nieprawdopodobnie płytki, niemal infantylny. Robimy z niego duchowy puder, który ma przykryć nasze niedoskonałości, żebyśmy poczuli się odrobinę lepiej po tym, jak na kogoś nakrzyczeliśmy albo zapomnieliśmy o wieczornej modlitwie. Sprowadzamy je do poziomu Boga, która z uśmiechem mówi: „Nic takiego się nie stało”.
Zdarza nam się czasem, że wielkie słowa, które w Kościele odmieniamy przez wszystkie przypadki, z czasem tracą swój ciężar. Tak bywa z Miłosierdziem Bożym. Dla wielu z nas stało się być może synonimem pobożnego obrazka, krótkiego westchnienia albo „uspokajacza sumienia”. Zdarza się, że mówimy o Miłosierdziu w sposób nieprawdopodobnie płytki, niemal infantylny. Robimy z niego duchowy puder, który ma przykryć nasze niedoskonałości, żebyśmy poczuli się odrobinę lepiej po tym, jak na kogoś nakrzyczeliśmy albo zapomnieliśmy o wieczornej modlitwie. Sprowadzamy je do poziomu Boga, która z uśmiechem mówi: „Nic takiego się nie stało”.
Zdarza się nam czasem, że słuchamy kogoś bardzo uważnie, ze zrozumieniem kiwamy głową, ale potem, gdy przychodzi co do czego, stoimy jak wryci, zupełnie nie wiedząc, o co temu człowiekowi chodziło. To jest dokładnie właśnie ten moment, w którym znaleźli się uczniowie w poranek wielkanocny. Przecież Jezus im o tym mówił. Powtarzał im wielokrotnie, że Syn Człowieczy musi cierpieć, zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Słyszeli to, ale ich serca i umysły nie były w stanie tego pomieścić. Kiedy więc Maria Magdalena przybiega z wiadomością, że zabrano Pana z grobu, reakcją nie jest radosne „no przecież mówił!”, ale lęk i dezorientacja. Piotr i „ów drugi uczeń”, o którym czytamy w Ewangelii Jana, biegną do grobu. Ten bieg jest fascynujący – to nie jest dostojna procesja, to jest sprint człowieka, któremu na Golgocie zawalił się świat i który desperacko szuka jakiegokolwiek punktu oparcia.
Zdarza się nam czasem, że słuchamy kogoś bardzo uważnie, ze zrozumieniem kiwamy głową, ale potem, gdy przychodzi co do czego, stoimy jak wryci, zupełnie nie wiedząc, o co temu człowiekowi chodziło. To jest dokładnie właśnie ten moment, w którym znaleźli się uczniowie w poranek wielkanocny. Przecież Jezus im o tym mówił. Powtarzał im wielokrotnie, że Syn Człowieczy musi cierpieć, zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Słyszeli to, ale ich serca i umysły nie były w stanie tego pomieścić. Kiedy więc Maria Magdalena przybiega z wiadomością, że zabrano Pana z grobu, reakcją nie jest radosne „no przecież mówił!”, ale lęk i dezorientacja. Piotr i „ów drugi uczeń”, o którym czytamy w Ewangelii Jana, biegną do grobu. Ten bieg jest fascynujący – to nie jest dostojna procesja, to jest sprint człowieka, któremu na Golgocie zawalił się świat i który desperacko szuka jakiegokolwiek punktu oparcia.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
W historii wskrzeszenia Łazarza wcale nie chodzi o Łazarza. To on choruje, on umiera i to on ostatecznie wychodzi z grobu owinięty w płótna – to wszystko prawda. Jednak kiedy przyjrzymy się uważnie słowom Jezusa i dynamice tego wydarzenia, zrozumiemy, że Łazarz jest tutaj tłem, znakiem, niemym świadkiem czegoś o wiele większego. Cała ta scena jest wielką manifestacją mocy Jezusa, Jego absolutnej kontroli nad rzeczywistością i Jego ostatecznej przewagi nad śmiercią. Jezus nie przychodzi do Betanii, żeby po prostu naprawić czyjeś życie, żeby cofnąć zegar o kilka dni. On przychodzi, żeby objawić swoją chwałę: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” (J 11,4). To nie jest opowieść o medycznym ewenemencie, ale o Królestwie Bożym, które w osobie Jezusa wdarło się w naszą beznadzieję.
W historii wskrzeszenia Łazarza wcale nie chodzi o Łazarza. To on choruje, on umiera i to on ostatecznie wychodzi z grobu owinięty w płótna – to wszystko prawda. Jednak kiedy przyjrzymy się uważnie słowom Jezusa i dynamice tego wydarzenia, zrozumiemy, że Łazarz jest tutaj tłem, znakiem, niemym świadkiem czegoś o wiele większego. Cała ta scena jest wielką manifestacją mocy Jezusa, Jego absolutnej kontroli nad rzeczywistością i Jego ostatecznej przewagi nad śmiercią. Jezus nie przychodzi do Betanii, żeby po prostu naprawić czyjeś życie, żeby cofnąć zegar o kilka dni. On przychodzi, żeby objawić swoją chwałę: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” (J 11,4). To nie jest opowieść o medycznym ewenemencie, ale o Królestwie Bożym, które w osobie Jezusa wdarło się w naszą beznadzieję.
Ewangelia o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia jest jedną z najbardziej dojmujących scen w Nowym Testamencie. Często czytamy te teksty tak pobożnie i gładko, jakby to była miła bajka o tym, że Jezus zrobił coś dobrego i wszyscy byli szczęśliwi. Ale tam jest trzęsienie ziemi! Wyobraźmy sobie człowieka, który od pierwszej sekundy swojego istnienia nie znał koloru nieba, nie wiedział, jak wygląda twarz matki, nie miał pojęcia, czym jest cień.
Ewangelia o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia jest jedną z najbardziej dojmujących scen w Nowym Testamencie. Często czytamy te teksty tak pobożnie i gładko, jakby to była miła bajka o tym, że Jezus zrobił coś dobrego i wszyscy byli szczęśliwi. Ale tam jest trzęsienie ziemi! Wyobraźmy sobie człowieka, który od pierwszej sekundy swojego istnienia nie znał koloru nieba, nie wiedział, jak wygląda twarz matki, nie miał pojęcia, czym jest cień.