Trudno zrozumieć ludzi z dzisiejszej Ewangelii. Król zaprasza ich na wesele swojego syna, wszystko jest przygotowane, a oni mają ważniejsze sprawy. Może jednak ich zachowanie wcale nie jest nam takie obce? Ile razy odkładamy modlitwę, bo najpierw trzeba skończyć coś pilnego? Ile razy słyszymy Ewangelię i uznajemy, że zajmiemy się nią kiedy indziej? Oczywiście, nazywamy Jezusa Panem. Pozostaje jednak pytanie, ile do powiedzenia ma On w naszym życiu.
Trudno zrozumieć ludzi z dzisiejszej Ewangelii. Król zaprasza ich na wesele swojego syna, wszystko jest przygotowane, a oni mają ważniejsze sprawy. Może jednak ich zachowanie wcale nie jest nam takie obce? Ile razy odkładamy modlitwę, bo najpierw trzeba skończyć coś pilnego? Ile razy słyszymy Ewangelię i uznajemy, że zajmiemy się nią kiedy indziej? Oczywiście, nazywamy Jezusa Panem. Pozostaje jednak pytanie, ile do powiedzenia ma On w naszym życiu.
O tym, co jest nie tak z Kościołem, potrafię rozmawiać długo. Przykłady, nazwiska, pomysły na zmiany. Zdaje mi się niekiedy, że dobrze wiem, kto powinien się nawrócić i co powinno być inaczej. Dzisiejsze słowo też pyta o Kościół. Ale nie pozwala mi zatrzymać się wyłącznie na cudzym życiu, lecz pyta o moje. Co zrobiłem z tym, co Bóg mi powierzył? Co stało się ze słowami Jezusa, którego tyle razy słuchałem? Czy cokolwiek się we mnie zmieniło?
O tym, co jest nie tak z Kościołem, potrafię rozmawiać długo. Przykłady, nazwiska, pomysły na zmiany. Zdaje mi się niekiedy, że dobrze wiem, kto powinien się nawrócić i co powinno być inaczej. Dzisiejsze słowo też pyta o Kościół. Ale nie pozwala mi zatrzymać się wyłącznie na cudzym życiu, lecz pyta o moje. Co zrobiłem z tym, co Bóg mi powierzył? Co stało się ze słowami Jezusa, którego tyle razy słuchałem? Czy cokolwiek się we mnie zmieniło?
Ktoś prosi mnie o pomoc, a ja odpowiadam szybko, prawie odruchowo: „Jasne, zrobię to”. I szczerze w tym momencie tak myślę. A potem mija dzień, mija tydzień… i okazuje się, że to „zrobię” było tylko słowem rzuconym na wiatr, bo znalazły się ważniejsze sprawy – moje sprawy. Czasami jednak zachowuję się dokładnie odwrotnie: najpierw warczę, że nie mam czasu, że nie dam rady, że to nie moje zmartwienie, a potem – po namyśle, na chłodno – po prostu to robię. Jezus w dzisiejszej Ewangelii stawia przed nami właśnie takie dwie postawy i pyta: „Co myślicie?” (Mt 21,28).
Ktoś prosi mnie o pomoc, a ja odpowiadam szybko, prawie odruchowo: „Jasne, zrobię to”. I szczerze w tym momencie tak myślę. A potem mija dzień, mija tydzień… i okazuje się, że to „zrobię” było tylko słowem rzuconym na wiatr, bo znalazły się ważniejsze sprawy – moje sprawy. Czasami jednak zachowuję się dokładnie odwrotnie: najpierw warczę, że nie mam czasu, że nie dam rady, że to nie moje zmartwienie, a potem – po namyśle, na chłodno – po prostu to robię. Jezus w dzisiejszej Ewangelii stawia przed nami właśnie takie dwie postawy i pyta: „Co myślicie?” (Mt 21,28).
Gdyby odczytywana dziś w kościołach przypowieść wydarzyła się naprawdę w jakiejś firmie, kolejnego dnia rano dyrektor pewnie znalazłby na biurku wezwanie z inspekcji pracy, a związki zawodowe zwołałyby pilne zebranie. Łatwo nam wczuć się w tych, którzy przyszli do pracy o świcie. Cały dzień w upale, a wieczorem dostają tyle samo, co ktoś, kto pojawił się na godzinę przed końcem.
Gdyby odczytywana dziś w kościołach przypowieść wydarzyła się naprawdę w jakiejś firmie, kolejnego dnia rano dyrektor pewnie znalazłby na biurku wezwanie z inspekcji pracy, a związki zawodowe zwołałyby pilne zebranie. Łatwo nam wczuć się w tych, którzy przyszli do pracy o świcie. Cały dzień w upale, a wieczorem dostają tyle samo, co ktoś, kto pojawił się na godzinę przed końcem.
Przebaczenie brzmi pięknie, dopóki nie trzeba przebaczyć naprawdę. Dopóki mówimy o nim ogólnie, łatwo się zgodzić, że chrześcijanin powinien być miłosierny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przed oczami staje konkretna twarz, kiedy mierzymy się z konkretnym raniącym słowem czy z konkretną krzywdą. Kiedy przypominamy sobie coś, co ktoś powiedział lub zrobił pięć lat temu, i nadal na samo wspomnienie rośnie nam ciśnienie. Kiedy nie potrafimy się odezwać, bo „to on powinien pierwszy”. Kiedy karzemy kogoś ciszą, chłodem albo obojętnością za rzeczy, które po kilku dniach trudno już nawet sensownie opowiedzieć.
Przebaczenie brzmi pięknie, dopóki nie trzeba przebaczyć naprawdę. Dopóki mówimy o nim ogólnie, łatwo się zgodzić, że chrześcijanin powinien być miłosierny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przed oczami staje konkretna twarz, kiedy mierzymy się z konkretnym raniącym słowem czy z konkretną krzywdą. Kiedy przypominamy sobie coś, co ktoś powiedział lub zrobił pięć lat temu, i nadal na samo wspomnienie rośnie nam ciśnienie. Kiedy nie potrafimy się odezwać, bo „to on powinien pierwszy”. Kiedy karzemy kogoś ciszą, chłodem albo obojętnością za rzeczy, które po kilku dniach trudno już nawet sensownie opowiedzieć.
Kiedy ktoś nas zrani, chcemy coś z tym zrobić. Bronimy się, mówimy drugiemu, co o nim myślimy, albo opowiadamy o wszystkim komuś trzeciemu, licząc, że przyzna nam rację. Czasem milczymy, choć układamy w głowie całe przemówienia, których nigdy nie wygłosimy. Jezus proponuje inną drogę: „Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” (Mt 18,15). To zdanie może zabrzmieć jak instrukcja zwracania uwagi. Ważne jest jednak także to, co Jezus dodaje chwilę później: „Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata” (Mt 18,15).
Kiedy ktoś nas zrani, chcemy coś z tym zrobić. Bronimy się, mówimy drugiemu, co o nim myślimy, albo opowiadamy o wszystkim komuś trzeciemu, licząc, że przyzna nam rację. Czasem milczymy, choć układamy w głowie całe przemówienia, których nigdy nie wygłosimy. Jezus proponuje inną drogę: „Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” (Mt 18,15). To zdanie może zabrzmieć jak instrukcja zwracania uwagi. Ważne jest jednak także to, co Jezus dodaje chwilę później: „Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata” (Mt 18,15).
Piotr musiał przeżyć w ciągu kilku minut niezły emocjonalny rollercoaster. Dopiero co usłyszał od Jezusa: „Ty jesteś Piotr, czyli Opoka” (Mt 16,18), a chwilę później słyszy: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku” (Mt 16,23). Najpierw Opoka, potem zawada. Najpierw człowiek, któremu Ojciec objawił prawdę o Mesjaszu, a za moment uczeń, który próbuje swojego Mistrza pouczać. Można chyba przypuszczać, że Piotr długo układał sobie w głowie te dwa zdania.
Piotr musiał przeżyć w ciągu kilku minut niezły emocjonalny rollercoaster. Dopiero co usłyszał od Jezusa: „Ty jesteś Piotr, czyli Opoka” (Mt 16,18), a chwilę później słyszy: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku” (Mt 16,23). Najpierw Opoka, potem zawada. Najpierw człowiek, któremu Ojciec objawił prawdę o Mesjaszu, a za moment uczeń, który próbuje swojego Mistrza pouczać. Można chyba przypuszczać, że Piotr długo układał sobie w głowie te dwa zdania.
Czasami mówimy: „To przecież tylko słowa”. Ktoś rzucił coś w złości, ktoś coś obiecał i obietnicy nie dotrzymał, ktoś zapewniał o miłości, ale jego postępowanie mówiło coś zupełnie odwrotnego. To właśnie słowa potrafią zdecydować o tym, czy w jakiejś relacji człowiek poczuje się bezpieczny, czy też na lata zamknie się w sobie. Dzisiejsze czytania mszalne pokazują nam, że Bóg nasze ludzkie słowa traktuje poważniej niż my sami jesteśmy gotowi je potraktować.
Czasami mówimy: „To przecież tylko słowa”. Ktoś rzucił coś w złości, ktoś coś obiecał i obietnicy nie dotrzymał, ktoś zapewniał o miłości, ale jego postępowanie mówiło coś zupełnie odwrotnego. To właśnie słowa potrafią zdecydować o tym, czy w jakiejś relacji człowiek poczuje się bezpieczny, czy też na lata zamknie się w sobie. Dzisiejsze czytania mszalne pokazują nam, że Bóg nasze ludzkie słowa traktuje poważniej niż my sami jesteśmy gotowi je potraktować.
Są takie zdania w Piśmie Świętym, które bardzo łatwo przyjąć, dopóki nie dotyczą konkretnych ludzi. Jednym z nich jest to, które dziś wybrzmiewa w kościołach: „dom mój będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów” (Iz 56, 7). Wszystkich. To słowo brzmi pięknie, dopóki nie postawimy obok siebie tych, których sami, w naszym subiektywnym osądzie, ustawilibyśmy trochę dalej od Boga – ludzi niewierzących lub żyjących inaczej niż my. Kogoś, kto Kościół odrzuca, wyśmiewa albo otwarcie krytykuje. Kogoś, kto ma poglądy, które nas drażnią. Właśnie wtedy okazuje się, czy naprawdę wierzymy w Boga, który chce zbawić człowieka, czy raczej w Boga, którego próbujemy urządzić według własnych kategorii.
Są takie zdania w Piśmie Świętym, które bardzo łatwo przyjąć, dopóki nie dotyczą konkretnych ludzi. Jednym z nich jest to, które dziś wybrzmiewa w kościołach: „dom mój będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów” (Iz 56, 7). Wszystkich. To słowo brzmi pięknie, dopóki nie postawimy obok siebie tych, których sami, w naszym subiektywnym osądzie, ustawilibyśmy trochę dalej od Boga – ludzi niewierzących lub żyjących inaczej niż my. Kogoś, kto Kościół odrzuca, wyśmiewa albo otwarcie krytykuje. Kogoś, kto ma poglądy, które nas drażnią. Właśnie wtedy okazuje się, czy naprawdę wierzymy w Boga, który chce zbawić człowieka, czy raczej w Boga, którego próbujemy urządzić według własnych kategorii.
Niekiedy mamy bardzo sprecyzowane wyobrażenia o tym, jak Bóg powinien działać. Chcielibyśmy, żeby Jego obecność była jednoznaczna, mocna, najlepiej niemalże fizycznie odczuwalna i zauważalna – żeby coś się wydarzyło, żeby przyszło wzruszenie, jakiś znak, odpowiedź na dręczące pytanie, rozwiązanie palącego problemu. Dzisiejsze słowo prowadzi nas inną drogą, pokazując „miejsca” spotkania z Bogiem i podając ważną do przemyślenia kwestię, że Bóg nie zawsze działa według naszych oczekiwań.
Niekiedy mamy bardzo sprecyzowane wyobrażenia o tym, jak Bóg powinien działać. Chcielibyśmy, żeby Jego obecność była jednoznaczna, mocna, najlepiej niemalże fizycznie odczuwalna i zauważalna – żeby coś się wydarzyło, żeby przyszło wzruszenie, jakiś znak, odpowiedź na dręczące pytanie, rozwiązanie palącego problemu. Dzisiejsze słowo prowadzi nas inną drogą, pokazując „miejsca” spotkania z Bogiem i podając ważną do przemyślenia kwestię, że Bóg nie zawsze działa według naszych oczekiwań.
Dzisiejsza Ewangelia przynosi historię, którą być może znamy na pamięć, więc istnieje ryzyko, że przejdziemy obok niej, myśląc, że już niczego nowego nie wniesie do naszego życia. Widzimy Jezusa na pustkowiu, wokół Niego wielotysięczny tłum, a w dłoniach uczniów zaledwie pięć chlebów i dwie ryby. I nagle dzieje się coś nieprawdopodobnego: z tego „niewiele” powstaje uczta dla „pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci” (Mt 14, 21).
Dzisiejsza Ewangelia przynosi historię, którą być może znamy na pamięć, więc istnieje ryzyko, że przejdziemy obok niej, myśląc, że już niczego nowego nie wniesie do naszego życia. Widzimy Jezusa na pustkowiu, wokół Niego wielotysięczny tłum, a w dłoniach uczniów zaledwie pięć chlebów i dwie ryby. I nagle dzieje się coś nieprawdopodobnego: z tego „niewiele” powstaje uczta dla „pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci” (Mt 14, 21).
Gdyby Bóg stanął dzisiaj przed nami i powiedział dokładnie to samo, co usłyszał niegdyś król Salomon: „Proś o to, co mam ci dać” (1 Krl 3, 5), co byśmy odpowiedzieli?
Gdyby Bóg stanął dzisiaj przed nami i powiedział dokładnie to samo, co usłyszał niegdyś król Salomon: „Proś o to, co mam ci dać” (1 Krl 3, 5), co byśmy odpowiedzieli?
Można zaryzykować stwierdzenie, że żyjemy w czasach kultu natychmiastowości. I tak, chcemy szybkich efektów, ekspresowych zmian w życiu i, co chyba najbardziej niebezpieczne, błyskawicznych i czarno-białych ocen i wyroków. A to skutkuje niekiedy tym, że gdy widzimy wokół siebie jakieś zło, uruchamiać się może w nas mechanizm sprawiedliwego mściciela. Chcielibyśmy wyrwać to zło z korzeniami, zaprowadzić idealny (przynajmniej według nas) porządek i oddzielić ludzi porządnych od tych zepsutych, żeby świat stał się lepszy, bezpieczniejszy i prostszy.
Można zaryzykować stwierdzenie, że żyjemy w czasach kultu natychmiastowości. I tak, chcemy szybkich efektów, ekspresowych zmian w życiu i, co chyba najbardziej niebezpieczne, błyskawicznych i czarno-białych ocen i wyroków. A to skutkuje niekiedy tym, że gdy widzimy wokół siebie jakieś zło, uruchamiać się może w nas mechanizm sprawiedliwego mściciela. Chcielibyśmy wyrwać to zło z korzeniami, zaprowadzić idealny (przynajmniej według nas) porządek i oddzielić ludzi porządnych od tych zepsutych, żeby świat stał się lepszy, bezpieczniejszy i prostszy.
Wyobraźmy sobie rolnika, który wychodzi na pole z workiem drogocennego ziarna, i zamiast siać je ostrożnie, w równych rządkach, tam gdzie ziemia jest żyzna, zaczyna po prostu rozrzucać je na oślep. Rzuca na ubitą ścieżkę, w kępy ostrych cierni, na skały. Powiemy: szaleniec, marnotrawca. A jednak Jezus w dzisiejszej Ewangelii maluje przed nami dokładnie taki obraz, mówiąc: „Oto siewca wyszedł siać” (Mt 13,3). I w tym jednym zdaniu kryje się najwspanialsza nowina o tym, jaki jest Bóg i jaka jest Jego miłość.
Wyobraźmy sobie rolnika, który wychodzi na pole z workiem drogocennego ziarna, i zamiast siać je ostrożnie, w równych rządkach, tam gdzie ziemia jest żyzna, zaczyna po prostu rozrzucać je na oślep. Rzuca na ubitą ścieżkę, w kępy ostrych cierni, na skały. Powiemy: szaleniec, marnotrawca. A jednak Jezus w dzisiejszej Ewangelii maluje przed nami dokładnie taki obraz, mówiąc: „Oto siewca wyszedł siać” (Mt 13,3). I w tym jednym zdaniu kryje się najwspanialsza nowina o tym, jaki jest Bóg i jaka jest Jego miłość.
Niekiedy można się poczuć wycieńczonym tym, jak bardzo skomplikowany stał się nasz świat. Nie chodzi tylko o nadmiar codziennych obowiązków, o te setki wiadomości, powiadomień i spraw, które trzeba załatwić „na wczoraj”. Mam na myśli coś znacznie głębszego – zmęczenie ciągłą koniecznością dopasowywania się do narzuconych standardów, ciągłym wchodzeniem w role i noszeniem masek. Mamy być idealnymi pracownikami, świetnymi rodzicami, ludźmi sukcesu, którzy nigdy się nie potykają i nie okazują słabości. Niestety, niekiedy ten sam mechanizm przenosimy w sferę wiary. I wydaje nam się wtedy, że przed Bogiem też musimy stanąć w idealnie skrojonym garniturze naszych zasług, z naręczem pięknych deklaracji i nienaganną teologiczną poprawnością. Budujemy wówczas wokół siebie pobożną fasadę, za którą skrzętnie chowamy to, co w nas prawdziwe, kruche i bolesne.
Niekiedy można się poczuć wycieńczonym tym, jak bardzo skomplikowany stał się nasz świat. Nie chodzi tylko o nadmiar codziennych obowiązków, o te setki wiadomości, powiadomień i spraw, które trzeba załatwić „na wczoraj”. Mam na myśli coś znacznie głębszego – zmęczenie ciągłą koniecznością dopasowywania się do narzuconych standardów, ciągłym wchodzeniem w role i noszeniem masek. Mamy być idealnymi pracownikami, świetnymi rodzicami, ludźmi sukcesu, którzy nigdy się nie potykają i nie okazują słabości. Niestety, niekiedy ten sam mechanizm przenosimy w sferę wiary. I wydaje nam się wtedy, że przed Bogiem też musimy stanąć w idealnie skrojonym garniturze naszych zasług, z naręczem pięknych deklaracji i nienaganną teologiczną poprawnością. Budujemy wówczas wokół siebie pobożną fasadę, za którą skrzętnie chowamy to, co w nas prawdziwe, kruche i bolesne.
Zdarza ci się czasem, że otwierasz Pismo Święte i czujesz, jakbyś dostał obuchem w głowę? Szczerze przyznam, że mi się to zdarza regularnie, a dzisiejsza niedziela jest dokładnie takim momentem. Słowo Boże, które dzisiaj dostaliśmy, nie próbuje nas głaskać po głowie i pocieszać na tym łez padole. Jezus nie bawi się w dyplomację, nie stosuje marketingowych sztuczek, żeby przyciągnąć do siebie tłumy, ani też nie próbuje nikomu na siłę słodzić. Wręcz przeciwnie. Ewangelia jest do bólu wymagająca i uderzająco konkretna.
Zdarza ci się czasem, że otwierasz Pismo Święte i czujesz, jakbyś dostał obuchem w głowę? Szczerze przyznam, że mi się to zdarza regularnie, a dzisiejsza niedziela jest dokładnie takim momentem. Słowo Boże, które dzisiaj dostaliśmy, nie próbuje nas głaskać po głowie i pocieszać na tym łez padole. Jezus nie bawi się w dyplomację, nie stosuje marketingowych sztuczek, żeby przyciągnąć do siebie tłumy, ani też nie próbuje nikomu na siłę słodzić. Wręcz przeciwnie. Ewangelia jest do bólu wymagająca i uderzająco konkretna.
Słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią niezwykle kategorycznie: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32-33). Kiedy słyszymy te zdania, może rodzić się w nas pewien wewnętrzny niepokój. Próbujemy sobie wyobrazić, co to właściwie dzisiaj znaczy „przyznać się do Jezusa”.
Słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią niezwykle kategorycznie: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32-33). Kiedy słyszymy te zdania, może rodzić się w nas pewien wewnętrzny niepokój. Próbujemy sobie wyobrazić, co to właściwie dzisiaj znaczy „przyznać się do Jezusa”.
Tydzień temu przyglądaliśmy się z jednej z najbardziej poruszających scen w Ewangelii – powołaniu celnika Mateusza, człowieka uwikłanego w nieuczciwy system, pogardzanego przez rodaków, noszącego w sobie poczucie głębokiej izolacji. I w to ludzkie pogmatwanie wszedł Jezus ze swoim pełnym miłości spojrzeniem i słowami, które zmieniły wszystko: „Pójdź za Mną!”. Dzisiaj widzimy, jak Jezus gromadzi wokół siebie wspólnotę Dwunastu, których wysyła w świat.
Tydzień temu przyglądaliśmy się z jednej z najbardziej poruszających scen w Ewangelii – powołaniu celnika Mateusza, człowieka uwikłanego w nieuczciwy system, pogardzanego przez rodaków, noszącego w sobie poczucie głębokiej izolacji. I w to ludzkie pogmatwanie wszedł Jezus ze swoim pełnym miłości spojrzeniem i słowami, które zmieniły wszystko: „Pójdź za Mną!”. Dzisiaj widzimy, jak Jezus gromadzi wokół siebie wspólnotę Dwunastu, których wysyła w świat.
„Jezus, wychodząc z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». A on wstał i poszedł za Nim” (Mt 9, 9). Ta scena odsłania prawdę o Bogu: dla niego nie ma ludzi definitywnie skreślonych ani życiorysów tak pokręconych, żeby nie potrafił ich wyprostować i poprowadzić człowieka do świętości.
„Jezus, wychodząc z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». A on wstał i poszedł za Nim” (Mt 9, 9). Ta scena odsłania prawdę o Bogu: dla niego nie ma ludzi definitywnie skreślonych ani życiorysów tak pokręconych, żeby nie potrafił ich wyprostować i poprowadzić człowieka do świętości.
Każdy kolejny dzień naszego życia wygląda zazwyczaj bardzo podobnie. Trzeba rano wstać, zrobić śniadanie, przygotować dzieci do szkoły albo samemu w pośpiechu wybiec do pracy. Trzeba zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie, a potem, jeśli w ogóle zostanie jeszcze jakaś wolna chwila wieczorem, po prostu odpocząć i zadbać o własne zdrowie. Proza życia. Nasza codzienność bywa niezwykle praktyczna, momentami wręcz mechaniczna i bezwzględna. Wszystko kręci się wokół konkretnych obowiązków, przyziemnych zadań i spraw do załatwienia. I właśnie pośród tego wszystkiego pojawia się nagle niedziela, w którą świętujemy Uroczystość Najświętszej Trójcy.
Każdy kolejny dzień naszego życia wygląda zazwyczaj bardzo podobnie. Trzeba rano wstać, zrobić śniadanie, przygotować dzieci do szkoły albo samemu w pośpiechu wybiec do pracy. Trzeba zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie, a potem, jeśli w ogóle zostanie jeszcze jakaś wolna chwila wieczorem, po prostu odpocząć i zadbać o własne zdrowie. Proza życia. Nasza codzienność bywa niezwykle praktyczna, momentami wręcz mechaniczna i bezwzględna. Wszystko kręci się wokół konkretnych obowiązków, przyziemnych zadań i spraw do załatwienia. I właśnie pośród tego wszystkiego pojawia się nagle niedziela, w którą świętujemy Uroczystość Najświętszej Trójcy.