Możemy mieć w głowach pewien konkretny, niemal cukierkowy obrazek – kiedy słyszymy „Niedziela Dobrego Pasterza”, przed oczami staje nam Jezus w białej szacie, trzymający na ramionach wyjątkowo puszystą i czystą owieczkę. Jednym słowem: sielanka. Problem w tym, że taka wizja chrześcijaństwa jest nie tylko nieprawdziwa, ale przede wszystkim szkodliwa. Bo jeśli myślimy, że pójście za Jezusem to spacer po bezpiecznym, ogrodzonym wybiegu, to przy pierwszym lepszym życiowym tąpnięciu po prostu się rozbijemy. Chrześcijaństwo nie jest ofertą biura podróży „all inclusive” do krainy bezproblemowości. Jest propozycją wejścia w prawdę, która czasem boli, ale też daje życie.
Możemy mieć w głowach pewien konkretny, niemal cukierkowy obrazek – kiedy słyszymy „Niedziela Dobrego Pasterza”, przed oczami staje nam Jezus w białej szacie, trzymający na ramionach wyjątkowo puszystą i czystą owieczkę. Jednym słowem: sielanka. Problem w tym, że taka wizja chrześcijaństwa jest nie tylko nieprawdziwa, ale przede wszystkim szkodliwa. Bo jeśli myślimy, że pójście za Jezusem to spacer po bezpiecznym, ogrodzonym wybiegu, to przy pierwszym lepszym życiowym tąpnięciu po prostu się rozbijemy. Chrześcijaństwo nie jest ofertą biura podróży „all inclusive” do krainy bezproblemowości. Jest propozycją wejścia w prawdę, która czasem boli, ale też daje życie.
Czy zdarzyło ci się kiedyś uciekać? Nie tak fizycznie, przed jakimś niebezpieczeństwem, ale uciekać wewnętrznie od rzeczywistości, która okazała się zbyt trudna, by ją udźwignąć? Dwaj uczniowie, których spotykamy w dzisiejszej Ewangelii, właśnie to robią. Idą do Emaus. To nie jest po prostu wycieczka za miasto. To jest odwrót. Emaus to kierunek przeciwny do Jerozolimy. Jerozolima to miejsce, gdzie ich marzenia zostały przybite do krzyża i złożone w grobie. Każdy krok w stronę Choć Emaus to próba zostawienia za sobą tego bólu, to przecież przed sobą samym nie da się uciec. Można wyjść z miasta, ale miasto i to, co się w nim wydarzyło, zostaje w człowieku. I właśnie w ten środek ich ucieczki, w sam środek ich smutku, wchodzi Jezus.
Czy zdarzyło ci się kiedyś uciekać? Nie tak fizycznie, przed jakimś niebezpieczeństwem, ale uciekać wewnętrznie od rzeczywistości, która okazała się zbyt trudna, by ją udźwignąć? Dwaj uczniowie, których spotykamy w dzisiejszej Ewangelii, właśnie to robią. Idą do Emaus. To nie jest po prostu wycieczka za miasto. To jest odwrót. Emaus to kierunek przeciwny do Jerozolimy. Jerozolima to miejsce, gdzie ich marzenia zostały przybite do krzyża i złożone w grobie. Każdy krok w stronę Choć Emaus to próba zostawienia za sobą tego bólu, to przecież przed sobą samym nie da się uciec. Można wyjść z miasta, ale miasto i to, co się w nim wydarzyło, zostaje w człowieku. I właśnie w ten środek ich ucieczki, w sam środek ich smutku, wchodzi Jezus.
Zdarza nam się czasem, że wielkie słowa, które w Kościele odmieniamy przez wszystkie przypadki, z czasem tracą swój ciężar. Tak bywa z Miłosierdziem Bożym. Dla wielu z nas stało się być może synonimem pobożnego obrazka, krótkiego westchnienia albo „uspokajacza sumienia”. Zdarza się, że mówimy o Miłosierdziu w sposób nieprawdopodobnie płytki, niemal infantylny. Robimy z niego duchowy puder, który ma przykryć nasze niedoskonałości, żebyśmy poczuli się odrobinę lepiej po tym, jak na kogoś nakrzyczeliśmy albo zapomnieliśmy o wieczornej modlitwie. Sprowadzamy je do poziomu Boga, która z uśmiechem mówi: „Nic takiego się nie stało”.
Zdarza nam się czasem, że wielkie słowa, które w Kościele odmieniamy przez wszystkie przypadki, z czasem tracą swój ciężar. Tak bywa z Miłosierdziem Bożym. Dla wielu z nas stało się być może synonimem pobożnego obrazka, krótkiego westchnienia albo „uspokajacza sumienia”. Zdarza się, że mówimy o Miłosierdziu w sposób nieprawdopodobnie płytki, niemal infantylny. Robimy z niego duchowy puder, który ma przykryć nasze niedoskonałości, żebyśmy poczuli się odrobinę lepiej po tym, jak na kogoś nakrzyczeliśmy albo zapomnieliśmy o wieczornej modlitwie. Sprowadzamy je do poziomu Boga, która z uśmiechem mówi: „Nic takiego się nie stało”.
Zdarza się nam czasem, że słuchamy kogoś bardzo uważnie, ze zrozumieniem kiwamy głową, ale potem, gdy przychodzi co do czego, stoimy jak wryci, zupełnie nie wiedząc, o co temu człowiekowi chodziło. To jest dokładnie właśnie ten moment, w którym znaleźli się uczniowie w poranek wielkanocny. Przecież Jezus im o tym mówił. Powtarzał im wielokrotnie, że Syn Człowieczy musi cierpieć, zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Słyszeli to, ale ich serca i umysły nie były w stanie tego pomieścić. Kiedy więc Maria Magdalena przybiega z wiadomością, że zabrano Pana z grobu, reakcją nie jest radosne „no przecież mówił!”, ale lęk i dezorientacja. Piotr i „ów drugi uczeń”, o którym czytamy w Ewangelii Jana, biegną do grobu. Ten bieg jest fascynujący – to nie jest dostojna procesja, to jest sprint człowieka, któremu na Golgocie zawalił się świat i który desperacko szuka jakiegokolwiek punktu oparcia.
Zdarza się nam czasem, że słuchamy kogoś bardzo uważnie, ze zrozumieniem kiwamy głową, ale potem, gdy przychodzi co do czego, stoimy jak wryci, zupełnie nie wiedząc, o co temu człowiekowi chodziło. To jest dokładnie właśnie ten moment, w którym znaleźli się uczniowie w poranek wielkanocny. Przecież Jezus im o tym mówił. Powtarzał im wielokrotnie, że Syn Człowieczy musi cierpieć, zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Słyszeli to, ale ich serca i umysły nie były w stanie tego pomieścić. Kiedy więc Maria Magdalena przybiega z wiadomością, że zabrano Pana z grobu, reakcją nie jest radosne „no przecież mówił!”, ale lęk i dezorientacja. Piotr i „ów drugi uczeń”, o którym czytamy w Ewangelii Jana, biegną do grobu. Ten bieg jest fascynujący – to nie jest dostojna procesja, to jest sprint człowieka, któremu na Golgocie zawalił się świat i który desperacko szuka jakiegokolwiek punktu oparcia.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
Można, słuchając opisu Męki Pańskiej, wpaść w specyficzny rodzaj pobożności – taki, który każe nam współczuć Jezusowi, litować się nad Jego bólem, niemalże z przerażeniem analizować każdą ranę i każde uderzenie bicza. To oczywiście jest ludzkie i dość zrozumiałe, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy sensem tych świętych dni jest „katowanie się” drastycznymi scenami z Golgoty? Wielki Tydzień nie jest jedynie pochyleniem się nad cierpieniem. Nie jest też lekcją anatomii bólu ani festiwalem smutku. To szczególny moment, w którym mamy zderzyć się z Miłością, która nie jest teoretyczna, ale jest realna, trudna i aż do bólu konkretna.
W historii wskrzeszenia Łazarza wcale nie chodzi o Łazarza. To on choruje, on umiera i to on ostatecznie wychodzi z grobu owinięty w płótna – to wszystko prawda. Jednak kiedy przyjrzymy się uważnie słowom Jezusa i dynamice tego wydarzenia, zrozumiemy, że Łazarz jest tutaj tłem, znakiem, niemym świadkiem czegoś o wiele większego. Cała ta scena jest wielką manifestacją mocy Jezusa, Jego absolutnej kontroli nad rzeczywistością i Jego ostatecznej przewagi nad śmiercią. Jezus nie przychodzi do Betanii, żeby po prostu naprawić czyjeś życie, żeby cofnąć zegar o kilka dni. On przychodzi, żeby objawić swoją chwałę: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” (J 11,4). To nie jest opowieść o medycznym ewenemencie, ale o Królestwie Bożym, które w osobie Jezusa wdarło się w naszą beznadzieję.
W historii wskrzeszenia Łazarza wcale nie chodzi o Łazarza. To on choruje, on umiera i to on ostatecznie wychodzi z grobu owinięty w płótna – to wszystko prawda. Jednak kiedy przyjrzymy się uważnie słowom Jezusa i dynamice tego wydarzenia, zrozumiemy, że Łazarz jest tutaj tłem, znakiem, niemym świadkiem czegoś o wiele większego. Cała ta scena jest wielką manifestacją mocy Jezusa, Jego absolutnej kontroli nad rzeczywistością i Jego ostatecznej przewagi nad śmiercią. Jezus nie przychodzi do Betanii, żeby po prostu naprawić czyjeś życie, żeby cofnąć zegar o kilka dni. On przychodzi, żeby objawić swoją chwałę: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” (J 11,4). To nie jest opowieść o medycznym ewenemencie, ale o Królestwie Bożym, które w osobie Jezusa wdarło się w naszą beznadzieję.
Ewangelia o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia jest jedną z najbardziej dojmujących scen w Nowym Testamencie. Często czytamy te teksty tak pobożnie i gładko, jakby to była miła bajka o tym, że Jezus zrobił coś dobrego i wszyscy byli szczęśliwi. Ale tam jest trzęsienie ziemi! Wyobraźmy sobie człowieka, który od pierwszej sekundy swojego istnienia nie znał koloru nieba, nie wiedział, jak wygląda twarz matki, nie miał pojęcia, czym jest cień.
Ewangelia o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia jest jedną z najbardziej dojmujących scen w Nowym Testamencie. Często czytamy te teksty tak pobożnie i gładko, jakby to była miła bajka o tym, że Jezus zrobił coś dobrego i wszyscy byli szczęśliwi. Ale tam jest trzęsienie ziemi! Wyobraźmy sobie człowieka, który od pierwszej sekundy swojego istnienia nie znał koloru nieba, nie wiedział, jak wygląda twarz matki, nie miał pojęcia, czym jest cień.
Południe, sam środek dnia, słońce pali tak mocno, że jedynym pragnieniem jest odrobina cienia i łyk czegoś zimnego. To jest godzina szósta według czasu biblijnego. Właśnie wtedy, w największym upale, Jezus siada przy studni Jakuba. Jest zmęczony drogą. To Bóg, który nie boi się ludzkiego znużenia, kurzu na sandałach i potu na czole. I wtedy pojawia się ona – Samarytanka. Przychodzi po wodę w porze, w której nikt normalny nie idzie do studni. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że nie chce nikogo spotkać. Chce uniknąć spojrzeń, szeptów za plecami i oceniania. Jej życie jest skomplikowane, a studnia to miejsce towarzyskie, gdzie łatwo o zranienie.
Południe, sam środek dnia, słońce pali tak mocno, że jedynym pragnieniem jest odrobina cienia i łyk czegoś zimnego. To jest godzina szósta według czasu biblijnego. Właśnie wtedy, w największym upale, Jezus siada przy studni Jakuba. Jest zmęczony drogą. To Bóg, który nie boi się ludzkiego znużenia, kurzu na sandałach i potu na czole. I wtedy pojawia się ona – Samarytanka. Przychodzi po wodę w porze, w której nikt normalny nie idzie do studni. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że nie chce nikogo spotkać. Chce uniknąć spojrzeń, szeptów za plecami i oceniania. Jej życie jest skomplikowane, a studnia to miejsce towarzyskie, gdzie łatwo o zranienie.
Scena, którą dzisiaj widzimy w Ewangelii, jest jedną z tych, które niosą dla mnie znacznie więcej pytań niż gotowych, gładkich odpowiedzi. Stajemy razem z Piotrem, Jakubem i Janem na wysokiej górze. Widzimy Jezusa, którego postać nagle się zmienia: „(…) twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło” (Mt 17,2). To jest moment, w którym rzeczywistość nieba na chwilę przebija się przez szarą codzienność. Ale zaraz potem pojawia się pytanie: po co to wszystko? Dlaczego to się właściwie wydarzyło? Co to miało wnieść w życie tych trzech konkretnych facetów, którzy za chwilę będą musieli z tej góry zejść prosto w mrok nadchodzącej męki Nauczyciela?
Scena, którą dzisiaj widzimy w Ewangelii, jest jedną z tych, które niosą dla mnie znacznie więcej pytań niż gotowych, gładkich odpowiedzi. Stajemy razem z Piotrem, Jakubem i Janem na wysokiej górze. Widzimy Jezusa, którego postać nagle się zmienia: „(…) twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło” (Mt 17,2). To jest moment, w którym rzeczywistość nieba na chwilę przebija się przez szarą codzienność. Ale zaraz potem pojawia się pytanie: po co to wszystko? Dlaczego to się właściwie wydarzyło? Co to miało wnieść w życie tych trzech konkretnych facetów, którzy za chwilę będą musieli z tej góry zejść prosto w mrok nadchodzącej męki Nauczyciela?
Możemy niekiedy myśleć o Wielkim Poście jako o duchowym poligonie, na którym musimy udowodnić Bogu i sobie, jak silną mamy wolę. Narzucamy sobie dyscyplinę, robimy listy postanowień, planujemy posty, które przypominają raczej dietę niż duchowe doświadczenie. Tymczasem dzisiejsza liturgia słowa uderza w zupełnie inne tony. Ona nie pyta nas o to, co potrafimy „zrobić” dla Boga, ale o to, kim w ogóle jesteśmy. Czas Wielkiego Postu to powrót do pytania o tożsamość chrześcijanina.
Możemy niekiedy myśleć o Wielkim Poście jako o duchowym poligonie, na którym musimy udowodnić Bogu i sobie, jak silną mamy wolę. Narzucamy sobie dyscyplinę, robimy listy postanowień, planujemy posty, które przypominają raczej dietę niż duchowe doświadczenie. Tymczasem dzisiejsza liturgia słowa uderza w zupełnie inne tony. Ona nie pyta nas o to, co potrafimy „zrobić” dla Boga, ale o to, kim w ogóle jesteśmy. Czas Wielkiego Postu to powrót do pytania o tożsamość chrześcijanina.
Gdy myślimy o chrześcijaństwie, w naszych głowach może pojawiać się obraz pewnego systemu moralnego, który ma swoje paragrafy, swoje nakazy i zakazy. Być może patrzymy na Dekalog jak na listę rzeczy, których nie wolno nam robić, żeby „nie podpaść” Bogu. Być może traktujemy przykazania jak barierki na autostradzie – mają nas tylko pilnować, żebyśmy nie wypadli z trasy i nie zrobili sobie krzywdy. To po części prawda, ale jeśli tylko na tym zatrzymalibyśmy naszą wiarę, to stalibyśmy się jedynie poprawnymi wykonawcami norm, a nie ludźmi, którzy żyją pełnią życia. Dzisiejsza liturgia słowa zaprasza do czegoś więcej niż bycie jedynie „poprawnym”.
Gdy myślimy o chrześcijaństwie, w naszych głowach może pojawiać się obraz pewnego systemu moralnego, który ma swoje paragrafy, swoje nakazy i zakazy. Być może patrzymy na Dekalog jak na listę rzeczy, których nie wolno nam robić, żeby „nie podpaść” Bogu. Być może traktujemy przykazania jak barierki na autostradzie – mają nas tylko pilnować, żebyśmy nie wypadli z trasy i nie zrobili sobie krzywdy. To po części prawda, ale jeśli tylko na tym zatrzymalibyśmy naszą wiarę, to stalibyśmy się jedynie poprawnymi wykonawcami norm, a nie ludźmi, którzy żyją pełnią życia. Dzisiejsza liturgia słowa zaprasza do czegoś więcej niż bycie jedynie „poprawnym”.
Bycie chrześcijaninem nie może być przez nas widziane jako bezpieczna przystań, w której możemy się schować przed brutalnością świata. Wiara to nie jest nasz prywatny ogródek, w którym uprawiamy kwiatki modlitwy, a od czasu do czasu idziemy do kościoła, żeby poczuć się po prostu lepiej.
Bycie chrześcijaninem nie może być przez nas widziane jako bezpieczna przystań, w której możemy się schować przed brutalnością świata. Wiara to nie jest nasz prywatny ogródek, w którym uprawiamy kwiatki modlitwy, a od czasu do czasu idziemy do kościoła, żeby poczuć się po prostu lepiej.
Czasami może się komuś wydawać, że chrześcijaństwo to religia ludzi, którzy przegrali życie. Kiedy słyszymy o pokorze, w głowie pojawia się jedno słowo: słabość. Żyjemy w świecie, który promuje zupełnie inny model człowieka. Wygrywa ten, kto głośniej krzyczy, kto jest bardziej pewny siebie, kto ma gotową odpowiedź na każde pytanie, nawet jeśli ta odpowiedź jest płytka. Promuje się ludzi, którzy potrafią się „sprzedać”, którzy kreują swój wizerunek jako osób nieomylnych i samowystarczalnych. W takim kontekście pokorny jawi się jako ktoś, kto zawsze chodzi ze spuszczoną głową, kto przeprasza, że żyje, i przytakuje każdemu, bo nie ma własnego zdania. Możemy myśleć o człowieku pokornym jako o życiowym nieudaczniku, który daje sobą pomiatać i któremu brakuje kręgosłupa.
Czasami może się komuś wydawać, że chrześcijaństwo to religia ludzi, którzy przegrali życie. Kiedy słyszymy o pokorze, w głowie pojawia się jedno słowo: słabość. Żyjemy w świecie, który promuje zupełnie inny model człowieka. Wygrywa ten, kto głośniej krzyczy, kto jest bardziej pewny siebie, kto ma gotową odpowiedź na każde pytanie, nawet jeśli ta odpowiedź jest płytka. Promuje się ludzi, którzy potrafią się „sprzedać”, którzy kreują swój wizerunek jako osób nieomylnych i samowystarczalnych. W takim kontekście pokorny jawi się jako ktoś, kto zawsze chodzi ze spuszczoną głową, kto przeprasza, że żyje, i przytakuje każdemu, bo nie ma własnego zdania. Możemy myśleć o człowieku pokornym jako o życiowym nieudaczniku, który daje sobą pomiatać i któremu brakuje kręgosłupa.
Mamy w naszym społeczeństwie – i co gorsza, także wewnątrz Kościoła – pewną niebezpieczną tendencję do życia według kalendarza sporów. To swego rodzaju liturgia konfliktów, która toczy się równolegle do roku liturgicznego. Mamy swoje „tematy dyżurne”, które wracają jak bumerang, dokładnie w tych samych momentach roku, wywołując te same emocje, te same podziały i te same, często jałowe, dyskusje.
Mamy w naszym społeczeństwie – i co gorsza, także wewnątrz Kościoła – pewną niebezpieczną tendencję do życia według kalendarza sporów. To swego rodzaju liturgia konfliktów, która toczy się równolegle do roku liturgicznego. Mamy swoje „tematy dyżurne”, które wracają jak bumerang, dokładnie w tych samych momentach roku, wywołując te same emocje, te same podziały i te same, często jałowe, dyskusje.
Okres zwykły w liturgii to nazwa szalenie myląca. Zwykłość kojarzy nam się z szarością, rutyną, czymś pozbawionym blasku, podczas gdy w rzeczywistości to właśnie „zwykłość” jest przestrzenią, w której rozgrywa się prawdziwy dramat i piękno naszego życia, a poza tym – większa część naszego życia. To tutaj, z dala od świątecznych fajerwerków, weryfikuje się nasza wiara.
Okres zwykły w liturgii to nazwa szalenie myląca. Zwykłość kojarzy nam się z szarością, rutyną, czymś pozbawionym blasku, podczas gdy w rzeczywistości to właśnie „zwykłość” jest przestrzenią, w której rozgrywa się prawdziwy dramat i piękno naszego życia, a poza tym – większa część naszego życia. To tutaj, z dala od świątecznych fajerwerków, weryfikuje się nasza wiara.
Stajemy dziś nad brzegiem Jordanu. Scena, którą maluje przed nami Ewangelista Mateusz, jest w gruncie rzeczy sceną konsternacji. Jan Chrzciciel, surowy prorok, który nie wahał się wytykać grzechów faryzeuszom, nagle traci pewność siebie. Widzi Jezusa wchodzącego do wody – do tej samej wody, w której przed chwilą obmywali się grzesznicy, zmywając z siebie brud swoich upadków, zdrad i kłamstw. Jezus wchodzi w ten nurt bez wahania, staje ramię w ramię z każdym człowiekiem.
Stajemy dziś nad brzegiem Jordanu. Scena, którą maluje przed nami Ewangelista Mateusz, jest w gruncie rzeczy sceną konsternacji. Jan Chrzciciel, surowy prorok, który nie wahał się wytykać grzechów faryzeuszom, nagle traci pewność siebie. Widzi Jezusa wchodzącego do wody – do tej samej wody, w której przed chwilą obmywali się grzesznicy, zmywając z siebie brud swoich upadków, zdrad i kłamstw. Jezus wchodzi w ten nurt bez wahania, staje ramię w ramię z każdym człowiekiem.
Może, słysząc dzisiejszą Ewangelię, pomyślałeś: „Znowu?”. Przecież dopiero co, zaledwie kilka dni temu, w uroczystość Narodzenia Pańskiego, słuchaliśmy dokładnie tych samych słów. Prolog Ewangelii wg św. Jana powraca do nas jak refren, jak echo, które nie chce ucichnąć: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo” (J 1, 1). Znamy to niemal na pamięć. A jednak Kościół kładzie przed nami ten tekst ponownie. Dlaczego? Żeby nie umknęło nam sedno. A sednem jest Fakt, który zmienia wszystko.
Może, słysząc dzisiejszą Ewangelię, pomyślałeś: „Znowu?”. Przecież dopiero co, zaledwie kilka dni temu, w uroczystość Narodzenia Pańskiego, słuchaliśmy dokładnie tych samych słów. Prolog Ewangelii wg św. Jana powraca do nas jak refren, jak echo, które nie chce ucichnąć: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo” (J 1, 1). Znamy to niemal na pamięć. A jednak Kościół kładzie przed nami ten tekst ponownie. Dlaczego? Żeby nie umknęło nam sedno. A sednem jest Fakt, który zmienia wszystko.
Patrząc na obrazy Świętej Rodziny, które znamy chociażby z bożonarodzeniowych kartek czy żłóbków, łatwo ulec pewnemu złudzeniu. Widzimy spokój, harmonię, ciepłe światło i cichą obecność. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, poukładane i bezpieczne. Jednak dzisiejsza liturgia słowa brutalnie konfrontuje ten sielankowy obraz z rzeczywistością.
Patrząc na obrazy Świętej Rodziny, które znamy chociażby z bożonarodzeniowych kartek czy żłóbków, łatwo ulec pewnemu złudzeniu. Widzimy spokój, harmonię, ciepłe światło i cichą obecność. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, poukładane i bezpieczne. Jednak dzisiejsza liturgia słowa brutalnie konfrontuje ten sielankowy obraz z rzeczywistością.
Zdaje się, że im bliżej świąt, tym szybciej biegnie czas. Dni przelatują nam przez palce, a lista spraw do załatwienia zamiast maleć – pęcznieje. Zastanawiamy się, co jeszcze powinniśmy przygotować, co jeszcze zrobić, żeby potem, gdy już usiądziemy do stołu, móc naprawdę świętować i mieć z tego radość. Sprzątanie, zakupy, dopinanie ostatnich projektów w pracy, prezenty, które wciąż nie dotarły – to wszystko tworzy niesamowity szum, w którym łatwo zgubić istotę. Ale w tym całym zabieganiu, gdzieś na dnie serca, trzeba postawić sobie zasadnicze, może nawet nieco niewygodne pytanie: czy do Bożego Narodzenia w ogóle można się przygotować?
Zdaje się, że im bliżej świąt, tym szybciej biegnie czas. Dni przelatują nam przez palce, a lista spraw do załatwienia zamiast maleć – pęcznieje. Zastanawiamy się, co jeszcze powinniśmy przygotować, co jeszcze zrobić, żeby potem, gdy już usiądziemy do stołu, móc naprawdę świętować i mieć z tego radość. Sprzątanie, zakupy, dopinanie ostatnich projektów w pracy, prezenty, które wciąż nie dotarły – to wszystko tworzy niesamowity szum, w którym łatwo zgubić istotę. Ale w tym całym zabieganiu, gdzieś na dnie serca, trzeba postawić sobie zasadnicze, może nawet nieco niewygodne pytanie: czy do Bożego Narodzenia w ogóle można się przygotować?