Żyjemy w epoce „lifehacków”. Wszyscy chcą być sprytniejsi, bardziej wydajni, zoptymalizowani. Szukamy sposobów, jak oszczędzić pięć minut na dojeździe do pracy, jak taniej kupić bilet na wakacje, jak ugotować obiad w kwadrans. Chcemy zabezpieczyć swoją przyszłość – odkładamy na emeryturę, wykupujemy polisy, inwestujemy. Myślimy o tym, co będzie za 10, 20 czy 40 lat. Chcemy mieć pewność, że gdy przyjdzie starość, choroba bądź jakiś życiowy kryzys, to będziemy mieli gdzie mieszkać i za co kupić chleb. I to jest mądre, to jest roztropne. Nikt o zdrowych zmysłach nie powie inaczej. To jest po prostu zaradność, dbanie o siebie i o swoich bliskich.
Żyjemy w epoce „lifehacków”. Wszyscy chcą być sprytniejsi, bardziej wydajni, zoptymalizowani. Szukamy sposobów, jak oszczędzić pięć minut na dojeździe do pracy, jak taniej kupić bilet na wakacje, jak ugotować obiad w kwadrans. Chcemy zabezpieczyć swoją przyszłość – odkładamy na emeryturę, wykupujemy polisy, inwestujemy. Myślimy o tym, co będzie za 10, 20 czy 40 lat. Chcemy mieć pewność, że gdy przyjdzie starość, choroba bądź jakiś życiowy kryzys, to będziemy mieli gdzie mieszkać i za co kupić chleb. I to jest mądre, to jest roztropne. Nikt o zdrowych zmysłach nie powie inaczej. To jest po prostu zaradność, dbanie o siebie i o swoich bliskich.
Dziś Kościół zaprasza nas do spojrzenia na Krzyż. I nie chodzi tu o zwykłe patrzenie na symbol religijny, który wisi nad ołtarzem, albo na wisiorek na szyi. Chodzi o spojrzenie głębokie, pełne prawdy. Chodzi o spotkanie z rzeczywistością, która nas przerasta, boli, a może nawet i przeraża. Bo Krzyż nie jest wygodny. Nie jest lekki. Krzyż to śmierć. To cierpienie i wszystko to, od czego tak bardzo chcielibyśmy uciec.
Dziś Kościół zaprasza nas do spojrzenia na Krzyż. I nie chodzi tu o zwykłe patrzenie na symbol religijny, który wisi nad ołtarzem, albo na wisiorek na szyi. Chodzi o spojrzenie głębokie, pełne prawdy. Chodzi o spotkanie z rzeczywistością, która nas przerasta, boli, a może nawet i przeraża. Bo Krzyż nie jest wygodny. Nie jest lekki. Krzyż to śmierć. To cierpienie i wszystko to, od czego tak bardzo chcielibyśmy uciec.
Przewidziane na dzisiejszą niedzielę słowo stawia nas wobec mocnego stwierdzenia Jezusa. Towarzyszą Mu tłumy, a On – znając płytkość motywacji wielu podążających za Nim osób – odwraca się i mówi bez ogródek: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). I dodaje jeszcze: „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (Łk 14, 27).
Przewidziane na dzisiejszą niedzielę słowo stawia nas wobec mocnego stwierdzenia Jezusa. Towarzyszą Mu tłumy, a On – znając płytkość motywacji wielu podążających za Nim osób – odwraca się i mówi bez ogródek: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). I dodaje jeszcze: „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (Łk 14, 27).
Dzisiejsza liturgia słowa zaprasza nas do tego, by wyjść poza swoje „ja” i wejść w przestrzeń, gdzie liczy się Bóg i drugi człowiek. Mamy w sobie naturalne napięcie: z jednej strony chcielibyśmy być zauważeni i docenieni, a z drugiej czujemy, że prawdziwa radość rodzi się wtedy, gdy rezygnujemy z patrzenia tylko na siebie.
Dzisiejsza liturgia słowa zaprasza nas do tego, by wyjść poza swoje „ja” i wejść w przestrzeń, gdzie liczy się Bóg i drugi człowiek. Mamy w sobie naturalne napięcie: z jednej strony chcielibyśmy być zauważeni i docenieni, a z drugiej czujemy, że prawdziwa radość rodzi się wtedy, gdy rezygnujemy z patrzenia tylko na siebie.
„Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają” (Łk 13, 24). Te słowa nie są zaproszeniem do decyzji. Jezus nie odpowiada na ciekawość uczniów pytających o to, ilu będzie zbawionych i czy w ogóle ktoś będzie godny dostąpić tej łaski, ale kieruje nasze serca w stronę konkretu. Drzwi są wąskie nie dlatego, że Bóg chce utrudnić nam wejście do nieba, lecz dlatego, że miłość wymaga prawdy, cierpliwości i wierności. Przez takie drzwi nie przeniesie nas ani tłum, ani przyzwyczajenie. Każdy musi zrobić własny krok, niosąc prawdę o sobie.
„Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają” (Łk 13, 24). Te słowa nie są zaproszeniem do decyzji. Jezus nie odpowiada na ciekawość uczniów pytających o to, ilu będzie zbawionych i czy w ogóle ktoś będzie godny dostąpić tej łaski, ale kieruje nasze serca w stronę konkretu. Drzwi są wąskie nie dlatego, że Bóg chce utrudnić nam wejście do nieba, lecz dlatego, że miłość wymaga prawdy, cierpliwości i wierności. Przez takie drzwi nie przeniesie nas ani tłum, ani przyzwyczajenie. Każdy musi zrobić własny krok, niosąc prawdę o sobie.
Słowa Jezusa, które dziś słyszymy, mogą nieco niepokoić: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął” (Łk 12, 49). Jednak ogień, o którym mówi Chrystus, nie jest po to, by kogoś spalić. To ogień prawdy i Ducha Świętego, który rozjaśnia to, co w sercu jest Boże, i odsłania to, co sprzeciwia się Bogu. Dlatego zaraz potem padają z ust Mistrza z Nazaretu kolejne mocne, stanowcze słowa: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12, 51).
Słowa Jezusa, które dziś słyszymy, mogą nieco niepokoić: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął” (Łk 12, 49). Jednak ogień, o którym mówi Chrystus, nie jest po to, by kogoś spalić. To ogień prawdy i Ducha Świętego, który rozjaśnia to, co w sercu jest Boże, i odsłania to, co sprzeciwia się Bogu. Dlatego zaraz potem padają z ust Mistrza z Nazaretu kolejne mocne, stanowcze słowa: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12, 51).
„Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk 12,32). Tym zdaniem Jezus otwiera nam dziś serca. Nie zaczyna od żądań, ale od obietnicy. Nie straszy, tylko zapewnia: Bóg naprawdę chce twojego dobra, i to dobra większego niż to, co możesz sobie zaplanować. To ważne, bo dla wielu z nas słowo „czuwanie” kojarzy się z napięciem i ciężarem. A Ewangelia koryguje to myślenie: czuwanie rodzi się z zaufania, z pewności, że Ojciec przygotował dla swoich dzieci Królestwo.
„Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk 12,32). Tym zdaniem Jezus otwiera nam dziś serca. Nie zaczyna od żądań, ale od obietnicy. Nie straszy, tylko zapewnia: Bóg naprawdę chce twojego dobra, i to dobra większego niż to, co możesz sobie zaplanować. To ważne, bo dla wielu z nas słowo „czuwanie” kojarzy się z napięciem i ciężarem. A Ewangelia koryguje to myślenie: czuwanie rodzi się z zaufania, z pewności, że Ojciec przygotował dla swoich dzieci Królestwo.
Z ust Jezusa wychodzi dzisiaj bardzo stanowcze i jasne ostrzeżenie: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia” (Łk 12, 15). Mistrz z Nazaretu mówi to wprost, nie owija w bawełnę, nie ubiera w piękne słowa. On wie i widzi to konkretnie, choćby w słowach „kogoś z tłumu”, jak łatwo serce człowieka przykleja się do rzeczy materialnych i jak szybko wówczas gaśnie w nim życie.
Z ust Jezusa wychodzi dzisiaj bardzo stanowcze i jasne ostrzeżenie: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia” (Łk 12, 15). Mistrz z Nazaretu mówi to wprost, nie owija w bawełnę, nie ubiera w piękne słowa. On wie i widzi to konkretnie, choćby w słowach „kogoś z tłumu”, jak łatwo serce człowieka przykleja się do rzeczy materialnych i jak szybko wówczas gaśnie w nim życie.
Przez słowo Boże jesteśmy dziś poprowadzeni w sam środek rozmowy człowieka ze Stwórcą. Widzimy Abrahama, który wyznaje: „jestem pyłem i prochem” (Rdz 18,27), a jednak śmie rozmawiać z Panem wszechświata. Prosi o ocalenie miasta ze względu na pięćdziesięciu, potem czterdziestu pięciu, czterdziestu, trzydziestu, dwudziestu, wreszcie dziesięciu sprawiedliwych i słyszy: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu” (Rdz 18,32). Abraham nie tyle negocjuje, ile bada głębokość Serca Boga i odkrywa, że ta głębokość nie ma dna. Gdyby zapytał o jednego sprawiedliwego, odpowiedź prawdopodobnie brzmiałaby tak samo. Najważniejsze jednak jest to, co dzieje się we wnętrzu Abrahama: z każdym kolejnym pytaniem uczy się odwagi stawania twarzą w twarz z Miłością.
Przez słowo Boże jesteśmy dziś poprowadzeni w sam środek rozmowy człowieka ze Stwórcą. Widzimy Abrahama, który wyznaje: „jestem pyłem i prochem” (Rdz 18,27), a jednak śmie rozmawiać z Panem wszechświata. Prosi o ocalenie miasta ze względu na pięćdziesięciu, potem czterdziestu pięciu, czterdziestu, trzydziestu, dwudziestu, wreszcie dziesięciu sprawiedliwych i słyszy: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu” (Rdz 18,32). Abraham nie tyle negocjuje, ile bada głębokość Serca Boga i odkrywa, że ta głębokość nie ma dna. Gdyby zapytał o jednego sprawiedliwego, odpowiedź prawdopodobnie brzmiałaby tak samo. Najważniejsze jednak jest to, co dzieje się we wnętrzu Abrahama: z każdym kolejnym pytaniem uczy się odwagi stawania twarzą w twarz z Miłością.
Dzisiaj Bóg w liturgii słowa stawia przed nami zasadnicze pytanie: czy nasza religijność sprowadza się do listy zadań wykonywanych dla Boga, czy jest raczej przestrzenią żywego spotkania, z którego wyrastają naprawdę Boże czyny? Różnica ukrywa się pod warstwą dobrych intencji, a jednak rozstrzyga o tym, czy wiara będzie dla nas ciężkim bagażem obowiązków, czy lekkim oddechem przyjaźni.
Dzisiaj Bóg w liturgii słowa stawia przed nami zasadnicze pytanie: czy nasza religijność sprowadza się do listy zadań wykonywanych dla Boga, czy jest raczej przestrzenią żywego spotkania, z którego wyrastają naprawdę Boże czyny? Różnica ukrywa się pod warstwą dobrych intencji, a jednak rozstrzyga o tym, czy wiara będzie dla nas ciężkim bagażem obowiązków, czy lekkim oddechem przyjaźni.
Kościół w swojej liturgii słowa zaprasza nas dzisiaj do tego, by wsłuchać się w bicie Bożego serca. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się, że chodzi o przykazania i ich przestrzeganie, to jednak jeżeli zatrzymamy się choćby na chwilę, zobaczymy, że tak naprawdę te natchnione słowa Pisma Świętego pozwalają nam zanurzyć się w oceanie nieznającego granic Miłosierdzia Bożego.
Kościół w swojej liturgii słowa zaprasza nas dzisiaj do tego, by wsłuchać się w bicie Bożego serca. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się, że chodzi o przykazania i ich przestrzeganie, to jednak jeżeli zatrzymamy się choćby na chwilę, zobaczymy, że tak naprawdę te natchnione słowa Pisma Świętego pozwalają nam zanurzyć się w oceanie nieznającego granic Miłosierdzia Bożego.
Dzisiejsza liturgia słowa ma dwojakie oblicze. Z jednej strony czuć w niej powiew świeżego, Bożego powietrza; kiedy Jezus posyła uczniów na żniwo, a oni „jarają się” swoją misją i widocznymi jej efektami. Z drugiej jednak strony, gdy odniesiemy dzisiejsze Słowo do siebie samych, możemy dostrzec kurz lęku, który osiadł na naszych sercach.
Dzisiejsza liturgia słowa ma dwojakie oblicze. Z jednej strony czuć w niej powiew świeżego, Bożego powietrza; kiedy Jezus posyła uczniów na żniwo, a oni „jarają się” swoją misją i widocznymi jej efektami. Z drugiej jednak strony, gdy odniesiemy dzisiejsze Słowo do siebie samych, możemy dostrzec kurz lęku, który osiadł na naszych sercach.
Zdarza się, sam się na tym przyłapuję, że czytając Ewangelię i wyobrażając sobie to, co ona opisuje, próbuję gdzieś bezpiecznie ukryć się w towarzyszącym Jezusowi tłumie – być blisko, ale jednak… nie za blisko, a Jego słowa bardziej odnosić do innych niż do siebie. Dziś Mistrz z Nazaretu nie daje nam takiego komfortu. Najpierw pyta ogólnie: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” (Mt 16,13), lecz już chwilę później wbija wzrok w uczniów i dopytuje: „A wy za kogo Mnie uważacie?” (Mt 16,15). To spojrzenie trwa przez wieki, przedziera się przez historię kolejnych pokoleń chrześcijan i zatrzymuje się na mnie i na tobie, właśnie teraz, właśnie dziś.
Zdarza się, sam się na tym przyłapuję, że czytając Ewangelię i wyobrażając sobie to, co ona opisuje, próbuję gdzieś bezpiecznie ukryć się w towarzyszącym Jezusowi tłumie – być blisko, ale jednak… nie za blisko, a Jego słowa bardziej odnosić do innych niż do siebie. Dziś Mistrz z Nazaretu nie daje nam takiego komfortu. Najpierw pyta ogólnie: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” (Mt 16,13), lecz już chwilę później wbija wzrok w uczniów i dopytuje: „A wy za kogo Mnie uważacie?” (Mt 16,15). To spojrzenie trwa przez wieki, przedziera się przez historię kolejnych pokoleń chrześcijan i zatrzymuje się na mnie i na tobie, właśnie teraz, właśnie dziś.
Czy nie masz czasem wrażenia, że uroczystość Trójcy Świętej, choć dotyka swoją tematyką tak podstawowej dla chrześcijaństwa prawdy wiary, to jest jednak jak instrukcja obsługi, której nikt nie chce czytać, bo wygląda za grubo? A do tego zdaje się być napisana mało zrozumiałym językiem. „Trzy w Jednym” i „Jeden w Trzech” – brzmi jak teologia wyższego poziomu, a jednak dzisiejsze czytania nie pozwalają nam zostać biernymi słuchaczami. Zapraszają do wejścia w interakcję, bo Bóg w Trójcy nie jest teorią, lecz ruchem ku człowiekowi.
Czy nie masz czasem wrażenia, że uroczystość Trójcy Świętej, choć dotyka swoją tematyką tak podstawowej dla chrześcijaństwa prawdy wiary, to jest jednak jak instrukcja obsługi, której nikt nie chce czytać, bo wygląda za grubo? A do tego zdaje się być napisana mało zrozumiałym językiem. „Trzy w Jednym” i „Jeden w Trzech” – brzmi jak teologia wyższego poziomu, a jednak dzisiejsze czytania nie pozwalają nam zostać biernymi słuchaczami. Zapraszają do wejścia w interakcję, bo Bóg w Trójcy nie jest teorią, lecz ruchem ku człowiekowi.
Wyobraźmy sobie Jerozolimę w święto Pięćdziesiątnicy. Ten gwar tłumów, rynki pękają w szwach od pielgrzymów, lecz gdzieś tam, w niewielkim, drzwiami i strachem zamkniętym pomieszczeniu, dzieje się coś, co wywróci historię do góry nogami. Lecz dzięki liturgii nie musimy sobie jedynie wyobrażać przebiegu i okoliczności zbawczych wydarzeń, bo Eucharystia to ich uobecnienie. A to oznacza tyle, że my w tych wydarzeniach realnie uczestniczymy.
Wyobraźmy sobie Jerozolimę w święto Pięćdziesiątnicy. Ten gwar tłumów, rynki pękają w szwach od pielgrzymów, lecz gdzieś tam, w niewielkim, drzwiami i strachem zamkniętym pomieszczeniu, dzieje się coś, co wywróci historię do góry nogami. Lecz dzięki liturgii nie musimy sobie jedynie wyobrażać przebiegu i okoliczności zbawczych wydarzeń, bo Eucharystia to ich uobecnienie. A to oznacza tyle, że my w tych wydarzeniach realnie uczestniczymy.
Stajemy dziś na Górze Wniebowstąpienia i – bądźmy szczerzy – paru z nas wciąż wpatruje się w niebo jak apostołowie: zdziwieni, że Jezus „rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba” (Łk 24,51). Ile razy możemy usłyszeć: „Gdyby Pan Jezus był tu na ziemi, wszystko wyglądałoby inaczej”. Tyle że On jest! Sam przecież to powiedział: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Problem leży nie w tym, co by zrobił Jezus, gdyby tu był, bo przecież właśnie jest (!) lecz w tym, co my zrobiliśmy z Kościołem i obecnością Pana w nim.
Stajemy dziś na Górze Wniebowstąpienia i – bądźmy szczerzy – paru z nas wciąż wpatruje się w niebo jak apostołowie: zdziwieni, że Jezus „rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba” (Łk 24,51). Ile razy możemy usłyszeć: „Gdyby Pan Jezus był tu na ziemi, wszystko wyglądałoby inaczej”. Tyle że On jest! Sam przecież to powiedział: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Problem leży nie w tym, co by zrobił Jezus, gdyby tu był, bo przecież właśnie jest (!) lecz w tym, co my zrobiliśmy z Kościołem i obecnością Pana w nim.
Dość sugestywnie wyobrażam sobie scenę przywołaną dziś w Dziejach Apostolskich: w dusznym, pełnym gwaru domu w Antiochii ktoś nagle wali pięścią w stół i krzyczy: „Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni” (Dz 15,1). Cisza, która po tych słowach zapada, nie jest pokojem – to napięcie, które buduje mur między tymi, którzy ufają miłości Jezusa, a tymi, którzy wolą matematykę przepisów. Potem widzimy Pawła i Barnabę, którzy zamiast dorzucać kolejne paragrafy, prowadzą spór nie o zasady, lecz o serce. Wiedzą, że zbawia Osoba, a nie procedura. Wystarczy jedno spojrzenie w oczy Zmartwychwstałego, by zrozumieć, że cała biblioteka przykazań i szczegółowych przepisów bez relacji z Chrystusem nie ma żadnego znaczenia.
Dość sugestywnie wyobrażam sobie scenę przywołaną dziś w Dziejach Apostolskich: w dusznym, pełnym gwaru domu w Antiochii ktoś nagle wali pięścią w stół i krzyczy: „Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni” (Dz 15,1). Cisza, która po tych słowach zapada, nie jest pokojem – to napięcie, które buduje mur między tymi, którzy ufają miłości Jezusa, a tymi, którzy wolą matematykę przepisów. Potem widzimy Pawła i Barnabę, którzy zamiast dorzucać kolejne paragrafy, prowadzą spór nie o zasady, lecz o serce. Wiedzą, że zbawia Osoba, a nie procedura. Wystarczy jedno spojrzenie w oczy Zmartwychwstałego, by zrozumieć, że cała biblioteka przykazań i szczegółowych przepisów bez relacji z Chrystusem nie ma żadnego znaczenia.
Zdarzyło ci się kiedykolwiek patrzeć na osobę modlącą się obok w kościelnej ławce i pomyśleć: „Ten człowiek jest świętszy ode mnie… Mnie Bóg kocha mniej”? A może pomyślałeś wręcz odwrotnie: „To ja jestem lepszy”? Jeśli tak, to Bóg w dzisiejszym słowie chce rozerwać takie myślenie w strzępy. Jeśli nie, to chce twoje serce uchronić przed trucizną takiego rozumowania. Dlatego padają dziś w liturgii słowa cztery zdania-dynamity, które mają rozsadzić takie, pełne porównywania się z innymi, podejście do relacji z Bogiem, wlewając jednocześnie w serce człowieka przekonanie, że zbawienie nie jest „dla wtajemniczonych”, lecz jest otwartą bramą, przez którą Bóg pragnie przeprowadzić każdego.
Zdarzyło ci się kiedykolwiek patrzeć na osobę modlącą się obok w kościelnej ławce i pomyśleć: „Ten człowiek jest świętszy ode mnie… Mnie Bóg kocha mniej”? A może pomyślałeś wręcz odwrotnie: „To ja jestem lepszy”? Jeśli tak, to Bóg w dzisiejszym słowie chce rozerwać takie myślenie w strzępy. Jeśli nie, to chce twoje serce uchronić przed trucizną takiego rozumowania. Dlatego padają dziś w liturgii słowa cztery zdania-dynamity, które mają rozsadzić takie, pełne porównywania się z innymi, podejście do relacji z Bogiem, wlewając jednocześnie w serce człowieka przekonanie, że zbawienie nie jest „dla wtajemniczonych”, lecz jest otwartą bramą, przez którą Bóg pragnie przeprowadzić każdego.
Czwarta niedziela wielkanocna, którą Kościół nazywa Niedzielą Dobrego Pasterza, wybrzmiewa dla nas w tym roku jeszcze mocniej. Zaledwie kilka dni temu na loggii bazyliki św. Piotra wybrzmiały pierwsze słowa nowego papieża mówiącego o Jezusie Zmartwychwstałym: „Chrystus idzie przed nami. Świat potrzebuje Jego światła. Ludzkość potrzebuje Go jako pomostu, by mógł do niej dotrzeć Bóg i Jego miłość. Pomóżcie nam również wy, i sobie nawzajem, w budowaniu mostu poprzez dialog, spotkanie, jednocząc się wszyscy, aby być jednym ludem, zawsze w pokoju”. Można powiedzieć, że w jednym zdaniu Leon XIV streścił istotę dzisiejszej liturgii – Pascha Jezusa jest mostem, którym Bóg przychodzi do człowieka i którym człowiek może przejść ku drugiemu.
Czwarta niedziela wielkanocna, którą Kościół nazywa Niedzielą Dobrego Pasterza, wybrzmiewa dla nas w tym roku jeszcze mocniej. Zaledwie kilka dni temu na loggii bazyliki św. Piotra wybrzmiały pierwsze słowa nowego papieża mówiącego o Jezusie Zmartwychwstałym: „Chrystus idzie przed nami. Świat potrzebuje Jego światła. Ludzkość potrzebuje Go jako pomostu, by mógł do niej dotrzeć Bóg i Jego miłość. Pomóżcie nam również wy, i sobie nawzajem, w budowaniu mostu poprzez dialog, spotkanie, jednocząc się wszyscy, aby być jednym ludem, zawsze w pokoju”. Można powiedzieć, że w jednym zdaniu Leon XIV streścił istotę dzisiejszej liturgii – Pascha Jezusa jest mostem, którym Bóg przychodzi do człowieka i którym człowiek może przejść ku drugiemu.
Zanim przejdzie się do refleksji nad ewangelicznymi scenami, warto pobudzić wyobraźnię i spróbować odtworzyć w swojej głowie całą tę sytuację. Kilka głębokich oddechów, zadbanie o wyciszenie, by nic nie przeszkadzało w spotkaniu ze Słowem, oraz prośba do Ducha Świętego o towarzyszenie i prowadzenie w tym rozmyślaniu.
Zanim przejdzie się do refleksji nad ewangelicznymi scenami, warto pobudzić wyobraźnię i spróbować odtworzyć w swojej głowie całą tę sytuację. Kilka głębokich oddechów, zadbanie o wyciszenie, by nic nie przeszkadzało w spotkaniu ze Słowem, oraz prośba do Ducha Świętego o towarzyszenie i prowadzenie w tym rozmyślaniu.
{{ article.published_at }}
{{ article.description }}
{{ article.description }}