Nie dzielmy naszego życia na „pobożne” i „świeckie”
Zdarza się, że niektórzy w swoim życiu duchowym szukają jakichś skomplikowanych instrukcji obsługi Pana Boga. Wydaje im się, że wiara to zestaw niełatwych do ogarnięcia procedur, które mają ostatecznie doprowadzić człowieka do jakiegoś bezpiecznego portu. Tymczasem dzisiejsza liturgia słowa uderza prostotą, która – paradoksalnie – jest najtrudniejsza do przyjęcia.
Wszystko zaczyna się od lęku uczniów, od tego momentu w Wieczerniku, gdy Jezus zapowiada swoje odejście: „Niech się nie trwoży serce wasze. (…) Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę” (J 14,1.2-4). Tomasz, z rozbrajającą szczerością, mówi to, co pewnie inni bali się głośno wypowiedzieć: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14,5). To jest pytanie człowieka, który potrzebuje mapy, współrzędnych, konkretnego planu działania.
Odpowiedź Jezusa wywraca jednak nasze myślenie o religii do góry nogami. On nie daje nam mapy. On mówi: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14,6). To zdanie jest fundamentem wszystkiego. Jeśli ktoś będzie zbawiony, jeśli doświadczy pełni życia, to dostąpi tego wyłącznie przez Niego. Nie ma bocznych ścieżek, nie ma alternatywnych skrótów, które pozwoliłyby nam ominąć Chrystusa. To brzmi bardzo radykalnie, może nawet dla niektórych zbyt ekskluzywnie, ale w rzeczywistości jest to obietnica ogromnego bezpieczeństwa. Bo droga, która jest Osobą, nigdy nie zawiedzie. Ale Mistrz z Nazaretu idzie o krok dalej. On wie, że same słowa to czasem za mało: „Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie, wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła” (J 14,11). Jego tożsamość nie jest tylko deklaracją, ale faktem potwierdzonym konkretnym działaniem. Jego czyny świadczą o tym, że został posłany przez Ojca. Uzdrowienia, wskrzeszenia, miłość do odrzuconych – to są „dowody osobiste” Boga w świecie. Dobro, po prostu dobro.
Tutaj płynnie przechodzimy do nas samych, bo Ewangelia nigdy nie zostaje w sferze teoretycznych rozważań o Jezusie. Ona zawsze domaga się przełożenia na nasze „tu i teraz”. Skoro czyny Jezusa świadczą o Jego więzi z Ojcem, to nasze czyny mają świadczyć o tym, że jesteśmy chrześcijanami. Piotr Apostoł używa niezwykle mocnych słów: „Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem Bogu na własność przeznaczonym (…)” (1 P 2,9). To nie są komplementy, które mają poprawić samopoczucie, ale to opis naszej tożsamości. Być chrześcijaninem to znaczy być „Chrystusowym” w każdym geście. To, jak żyję, jak odnoszę się do moich bliskich, jak wykonuję swoją pracę, jak funkcjonuję w codziennej rzeczywistości – to wszystko jest sprawdzianem mojej przynależności do Pana.
Pi
otr pisze o tym, byśmy jako „żywe kamienie” dawali się budować w duchową świątynię, która pulsować będzie życiem Chrystusa. Na tym właśnie polega powszechne kapłaństwo wiernych. Nie chodzi o to, by każdy z nas stał przy ołtarzu w szatach liturgicznych, ale by całe nasze życie stało się liturgią. Składanie ofiary z własnego czasu, z własnego egoizmu, z chęci postawienia na swoim – to jest to „królewskie kapłaństwo”, które sprawujemy w kuchni, w biurze i w korku na autostradzie. Nasza wiarygodność zależy od tego, czy ludzie patrząc na nas, widzą choć odrobinę blasku tej Drogi, którą jest Jezus. Jeśli moje życie nie różni się niczym od życia kogoś, kto nie zna Boga, to moje deklaracje o wierze mogą okazać się tylko pustym dźwiękiem.
Dopełnieniem tej myśli jest czytanie z Dziejów Apostolskich, opisujące ustanowienie diakonów. Możemy zinterpretować ten fragment jako czysto techniczny opis organizacji wczesnego Kościoła. Ale tam dzieje się coś znacznie głębszego. Apostołowie widzą, że nie mogą zaniedbać głoszenia Słowa, ale jednocześnie nie mogą pozwolić, by wdowy były zaniedbane przy codziennym rozdawaniu jałmużny: „Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie” (Dz 6,3). To jest moment, w którym Kościół oficjalnie mówi: bycie chrześcijaninem to nie tylko zajmowanie się sprawami duchowymi, ale to także troska o to, czy drugi człowiek ma co jeść, czy nie doświadcza niesprawiedliwości, czy nie cierpi… Wiara nie ma być kwestią odświętną. Nie jest rezerwatem, do którego wchodzimy na jedną godzinę w niedzielę, by potem wrócić do „prawdziwego” życia. Ona ma przenikać wszystkie wymiary naszej egzystencji. Jeśli Bóg stał się człowiekiem, to znaczy, że każda ludzka czynność, nawet ta najbardziej prozaiczna, może zostać uświęcona. Diakoni zostali wybrani, by „obsługiwać stoły”, i robili to napełnieni Duchem Świętym. To jest niesamowita lekcja: nie dzielmy naszego życia na „pobożne” i „świeckie”, bo Bóg jest obecny w obu tych sferach.
Jednak ta nasza codzienność byłaby strasznie ciężka i pozbawiona ostatecznego sensu, gdybyśmy wycięli z niej odniesienie do wieczności. I tutaj wracamy do Ewangelii, do tej pięknej obietnicy: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce” (J 14,2). Cały nasz wysiłek naśladowania Chrystusa, całe to staranie, by być „żywymi kamieniami” i „królewskim kapłaństwem”, ma swój konkretny cel. Nie robimy tego tylko po to, by świat był nieco lepszym miejscem, lecz przede wszystkim dlatego, że zapragnęliśmy być tam, gdzie On jest. Nasze serce jest stworzone do czegoś więcej niż tylko to, co możemy dotknąć i policzyć. Chrześcijaństwo bez perspektywy nieba staje się jedynie systemem etycznym, a Kościół – organizacją charytatywną. Jezus chce w nas obudzić tęsknotę za Domem. Kiedy On mówi, że idzie do Ojca, to nie po to, by nas zostawić, ale by stać się dla nas magnesem, który przyciąga nas w stronę wieczności.
To jest ta wielka nadzieja, która powinna bić z naszego życia. Mamy żyć tak, żeby inni, patrząc na nasz spokój w trudnościach, na naszą radość mimo przeciwności i na naszą miłość, która nie szuka swego, po prostu zapytali: „Skąd to masz? Dlaczego tak żyjesz?”. Naszą misją jest inspirowanie innych do podobnego pragnienia Boga. Nie tylko przez naukowe wykłady z biblistyki czy dogmatyki, ale przede wszystkim przez świadectwo życia, które wie, dokąd zmierza.
Mateusz Tarczyński


Skomentuj artykuł