Dlaczego zostałem jezuitą i dlaczego inni wciąż wybierają taką drogę powołania
Wszyscy wiemy, dlaczego księża rezygnują z raz obranej drogi i odchodzą – temat ten budzi ciekawość, no i jest systematycznie analizowany. Niespełnione ambicje, kobieta, samotność, konflikty i rozczarowanie – to najczęściej wymieniane powody rezygnacji. I to wszystko prawda. Dlaczego jednak wciąż są tacy, którzy nie dają się zniechęcić i wstępują na tę drogę? Co jest w tym stanie życia, co ich przyciąga i daje im siłę, aby wytrwać?
Generalnie w kwestii powołań jesteśmy na sporym minusie. Wprawdzie w perspektywie całego kraju wciąż co roku znajdzie się kilkuset takich, którzy rozpoczynają formację, ale z drugiej strony jeśli do liczby – jak to się mówi – „wieszających sutannę na kołku” dołoży się tych, którzy zmarli, to okazuje się, że liczba księży się kurczy. Z roku na rok jest nas coraz mniej, a zatem w perspektywie kilku czy kilkunastu lat różnica ta będzie naprawdę znacząca. Co ciekawe, z jednej strony o tych, którzy porzucają kapłaństwo i życie zakonne nigdy nie mówiło się głośno, zwłaszcza o liczbach (po co straszyć ludzi faktem, że co drugi dzień jakiś ksiądz w Polsce przestaje być księdzem?), a z drugiej strony każde odejście wywoływało emocje. Dlaczego odchodzą?
Formacja i czas na zastanowienie
Osobiście zawsze byłem wdzięczny jezuitom za to, że od samego początku traktowali mnie poważnie, jednak nie zawsze tak jest. Pamiętam taką sytuację: kiedyś na rekolekcjach dla tych, którzy właśnie rozpoczynali życie seminaryjne (nie powiem, w jakiej diecezji) mówiłem tak, jakby było pewne, że wszyscy dojdą do święceń (tylko muszą się do tego odpowiednio przygotować). Obecny tam ksiądz zwrócił mi jednak uwagę, że źle robię, bo oni wszyscy zostali przyjęci „na próbę”. Wymagania przy przyjęciu są tak nikłe, że lepiej powiedzieć, że wcale ich nie ma, a wszystko ma się rozegrać dopiero później. I rzeczywiście, z tamtego rocznika niewielu zostało – do święceń doszli tylko nieliczni. Dlaczego, pomimo całkiem konkretnych pragnień, jakie skłoniły ich do aplikowania do seminarium, potem odpadli?
Niektórzy nie wytrzymali seminaryjnej dyscypliny. (Rzeczywiście, czasami przewyższa ona tę, jaka panuje w najbardziej wymagających klasztorach). Inni rozczarowali się seminaryjnym życiem – spodziewali się, że będzie ono wyglądać inaczej. Byli i tacy, którzy kompletnie nie nadawali się do takiego życia, i gdyby przy przyjęciu postawić im choćby minimalne wymagania, już wtedy zostaliby zweryfikowani. Niektórzy aplikując do seminarium realizowali nie własne pragnienia, ale pragnienia swych rodziców lub ambicje dziadków (jak to się mówi: „babcia im wymodliła powołanie”). Byli i tacy, którzy na swej drodze spotkali pobożną dziewczynę z Oazy, z którą nagle zaczęli nadawać „na tych samych falach”, albo zatęsknili za koleżanką, z którą nie dość dobrze się pożegnali. Każda decyzja ma za sobą inną, indywidualną historię, o której można by długo opowiadać. W sumie mieli dobre intencje, ale ostatecznie można by do nich zastosować komentarz, jaki Jezus wypowiedział w Ogrodzie Oliwnym, widząc śpiących apostołów: „Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”.
Święcenia: złudne poczucie bezpieczeństwa
W całej formacji najbardziej magiczno-mistycznym momentem są święcenia, i to nie te diakonatu, ale kapłańskie. Niektórym w ogóle wydaje się, że to koniec formacji i dalej już nie trzeba się uczyć ani rozwijać. Zostaje się księdzem i z dnia na dzień w kościelnym środowisku nabiera się znaczenia. Czasami wydaje się, że święcenia do cel, a nie narzędzie, i teraz już tylko trzeba się cieszyć tym, co się osiągnęło. No ale przede wszystkim niektórym wyświęconym wydaje się, że otrzymują coś w rodzaju „łaski stanu”, która nie tylko zabezpieczy ich prestiż i pozycję, że również da im mądrość i bezpieczeństwo. Kto tak myśli, ten się oszukuje, bo mądrość bierze się z nauki, prestiż z działania, a bezpieczeństwo – to też skomplikowany temat. Zresztą jeśli mówimy o księżach porzucających sutanny, to mówimy nie o opuszczających mury seminariów diecezjalnych lub zakonnych, ale właśnie o wyświęconych…
Jakie są powody odejścia po święceniach? Wciąż te same. Samotność, rozczarowanie, przemęczenie, utrata wiary (oby tylko w Kościół…), świadomość pomyłki, poczucie wykorzystania, brak perspektyw, które wydawałyby się wystarczająco atrakcyjne, aby poświęcić im życie. Bywa też tak, że ci starsi potrafią zniechęcić młodszych, „wybić im z głowy myśli o powołaniu”. Z drugiej strony nie da się z duszy wymazać wszystkich doświadczeń kilku- lub kilkunastu lat życia kapłańskiego, dlatego niektórzy „szukają szczęścia” w psychoterapii lub coachingu, które wydają są w miarę podobne do kapłańskiej posługi, albo na drugim biegunie – w krytyce Kościoła albo nawet Boga. Czyli wciąż trzymają się Kościoła, bez którego nie byliby w stanie istnieć albo odnosić sukcesów.
Teoretycznie powinno to zniechęcać
Tymczasem jeśli mówimy o spadku powołań, to fakt ten ma miejsce nie z powodu skandali w Kościele, ale z zupełnie innej przyczyny. Dziś młodzi ludzie mają o wiele więcej niż kiedyś możliwości realizowania siebie, własnego rozwoju i co ważne – robienia dobrych rzeczy – a do tego „mecenat” Kościoła nie jest im potrzebny. Nie jest tajemnicą, że w biedniejszych społeczeństwach, w środowiskach pozbawionych realnych perspektyw, liczba powołań zawsze jest wyższa od tych krajów, które żyją we względnym dobrobycie, a wzrost tego ostatniego skutkuje spadkiem powołań. Dlatego nie do końca się zgadzam z twierdzeniami, że przyszłością Kościoła jest Azja czy Afryka, bo wiele powołań, które stamtąd pochodzą, są odzwierciedleniem ich statusu życia, podobnie jak to było niedawno w przypadku Polski i całej Wschodniej Europy. Zresztą jak dobrze wiemy, nie każdy ksiądz, który wyjeżdża ze swego kraju, zwłaszcza jeśli wybiera „bogatszy” kierunek, od razu będzie odnoszącym sukcesy, wspaniałym misjonarzem. Być może, jak to było w przypadku niejednego księdza z Polski, zostanie… odesłany do domu. I pewnie tak też będzie w przypadku wielu księży z Azji i Afryki, którzy przyjadą nie tyle po to, aby nas ewangelizować, ale żeby objąć nasze parafie (a to zasadnicza różnica).
Mimo wszystko jednak, choć nie brakuje sytuacji, które zniechęcają młodych ludzi do wejścia na drogę powołania, wciąż są tacy, którzy decydują się zaryzykować. Dlaczego?
Głupcy czy szaleńcy?
Do Towarzystwa Jezusowego wstąpiłem rok przed upadkiem naszej polskiej „kumuny”, jako dziecko tamtego systemu. Zatem jestem już dinozaurem. Szukałem swojego miejsca w życiu. Dziś patrząc na moich kolegów i koleżanki, którym start ułatwiali (albo załatwiali) rodzice, jestem przekonany, że mną zaopiekował się Pan Bóg, pokazując mi jezuitów jako moją drogę. Co ciekawe, w tamtych czasach gdy ktoś wstępował do zakonu, wszyscy dokoła mu współczuli, że decyduje się na tak „wymagającą” drogę. Jednak nikt z nas tak tego nie postrzegał, nie byliśmy ekshibicjonistami, którzy do zakonu przychodzili, aby cierpieć, a wprost przeciwnie. I tak jest do dziś: trzeba lubić to, co się robi, żeby to robić dobrze. Element wizji wzrostu samego siebie na tej drodze, może zbyt mało podkreślany, jest koniecznym i ważnym elementem powołania. Do tego dochodzi jednak ten drugi, bez którego powołanie byłoby tylko robieniem kariery: wymiar duchowy. Apostołowie szli za Jezusem urzeczeni nim samym oraz perspektywą pracy dla królestwa Bożego. I tu nic się nie zmieniło – jeśli ktoś chce być księdzem, musi chcieć pracować z Jezusem i dla Jezusa (a to oznacza także przejęcie jego zwierzchnictwa w tej „pracy”). Powołanie to naprawdę życie w towarzystwie Jezusowym (piękna zbieżność określeń) i w życiu tym realizowanie własnych pragnień.
Dlaczego niektórzy mimo wszystko odchodzą? Być może za bardzo szukali w tym wszystkim siebie, podczas gdy mieli szukać Boga. A dlaczego niektórzy wciąż decydują się na tę drogę? Ponieważ szukanie Boga wciąż jest fascynujące! Zatem wszystkim, którzy w tym roku będą chcieli przekroczyć progi seminariów i domów zakonnych życzę wielkich pragnień i wielkiej miłości – oczywiście do Boga. Czekamy na was.


Skomentuj artykuł