Pomaga znaleźć nie tylko zgubione klucze. Trzy niezwykłe świadectwa o wstawiennictwie świętego Antoniego
Do świętego Antoniego najczęściej zwracamy się wtedy, gdy zgubimy klucze, dokumenty lub inne cenne przedmioty. Jednak ci, którzy powierzają mu swoje najgłębsze troski, przekonują, że pomaga odnajdywać znacznie więcej: zagubionych bliskich, utraconą nadzieję, sens życia czy odwagę, by zacząć od nowa. W liturgiczne wspomnienie świętego Antoniego z Padwy publikujemy trzy poruszające świadectwa osób, które doświadczyły jego wstawiennictwa w momentach po ludzku niemal beznadziejnych. Od matki, która przez lata szukała zaginionego syna, przez kobietę okradzioną w pociągu, aż po historię o niespodziewanie odnalezionej pracy - wszystkie te historie opowiadają o tym samym: święty Antoni wciąż prowadzi ludzi do Boga i przypomina, że nawet to, co wydaje się bezpowrotnie stracone, może zostać odnalezione.
Odnalezienie syna. Od beznadziei do szczęśliwego zakończenia. Świadectwo "szczęśliwej matki"
Święty Antoni Padewski to bardzo ważna osoba w moim życiu, choć nie pamiętam, kiedy moje zainteresowania skupiły się właśnie na tym świętym. Tak piękna postać spodobała się również mojemu synowi i obrał sobie św. Antoniego za patrona w sakramencie bierzmowania. Nigdy nie przypuszczałam, że będę w tym świętym szukać ratunku, ale tak właśnie się stało.
Dorastając, mój syn zszedł na złą drogę, wplątał się w kłopoty i pewnego dnia po prostu zniknął! Bardzo się bałam, że leży gdzieś pijany i grozi mu niebezpieczeństwo albo że został pobity w porachunkach i ledwo żywy czeka na moją pomoc. Miałam w tym czasie maleńkie dziecko, które urodziło się z wadami i musiałam się nim opiekować. Byłam po rozwodzie i mąż nie przejmował się dziećmi, bo akurat zrobił sobie wolne od rodziny.
Nocami nie spałam i albo się modliłam, albo chodziłam po parkach, szukając syna, żeby nie zamarzł, albo szukałam go na brzegu rzeki, ale nigdy nie dopuszczałam myśli, że nie żyje, tylko tę, że potrzebuje pomocy.
Toczyłam różne rozmowy ze św. Antonim, a to łagodne, a to wściekłe, że nie dopilnował podopiecznego. Zdawałam sobie sprawę, że jestem bliska obłędu.
Mijały lata, syn nie dawał znaku życia, a ja byłam przygwożdżona do maleństwa, które walczyło o życie. Zdesperowana pomyślałam, żeby napisać do Padwy, i tak zrobiłam. Mianowicie poprosiłam znajomą władającą dobrze językiem włoskim i ona przetłumaczyła mój list, a ja wysłałam go na chybił trafił.
Nie spodziewałam się odpowiedzi, a jednak moje zdumienie nie miało granic, gdy odezwał się kustosz sanktuarium i obiecał modlitwę. Czas mijał, nasza korespondencja biegła tym już utartym torem tłumaczenia, a syna ani śladu! W poszukiwaniu jakiegoś cudownego obrazu błąkałam się nawet po Polsce; trafiłam do Poznania, aby tylko otrzymać od Świętego łaskę znalezienia syna.
Moje maleństwo było chore, śmiertelnie zmęczone i głodne (specjalna trudno dostępna dieta) i z Poznania wróciłam zawiedziona. To był już trzeci rok poszukiwań mojego pierworodnego. Wiedziałam, że św. Antoni nie da mu zginąć, ale nieobecność dziecka - nawet pełnoletniego - powoduje spustoszenie w mózgu matki.
Faktycznie syn przepadł jak kamień w wodę. Mimo to w mojej jaźni trwało światło - św. Antoni. Wreszcie stał się cud! Policja deportowała syna do kraju z Holandii, gdzie był faszerowany narkotykami, aby bezwolnie służył mafii.
Nie poznawałam własnego dziecka: był brudny, wrzeszczał po nocach: "Gdzie jestem?", "Uciekajmy" itp. Okazało się, że wraz z kolegą wzięli pożyczki na ucieczkę z kraju. Przygoda była fajna, ale krótka, bo trzeba było zarabiać na życie, lecz nie znam szczegółów, bo nigdy nie chciał mi mój chłopak o tym opowiedzieć.
Dziękowałam św. Antoniemu, że żyje, ale nie był to koniec kłopotów. Syn był alkoholikiem, awanturnikiem i człowiekiem, który przysparzał mi codziennie tyle bólu, że inni chyba przez całe życie takiej dawki nie dostali. Musiałam być wobec niego twarda, bo walczyłam o zdrowie jego małej siostrzyczki i o niego jakby za niego.
Wyrzuciłam go z domu. Radził sobie doskonale na ulicy, i to kilka lat, a ja po nocach schodziłam do piwnicy, aby okryć pijane ciało mojego syna albo podrzucić mu coś do jedzenia. Miałam tego dość, ale nie ustępowałam, aż stał się drugi cud, ale dopiero wtedy, kiedy obraziłam się na św. Antoniego i powiedziałam, że nigdy już się do niego nie zwrócę, bo zbyt długo błagam go o ratunek dla syna.
Z niewiadomych powodów mój syn poszedł na odwyk, a potem zadeklarowany obibok i chuligan poszukał pracy, znalazł dziewczynę, która podprowadziła go do sakramentu spowiedzi i zmiany życia, a teraz czekam na sakrament małżeństwa, który niebawem oboje przyjmą.
Zawdzięczam więc św. Antoniemu odnalezienie dziecka Bożego, choć czasem z powybijanymi zębami, złamanym nosem, z nożem w brzuchu czołgającego się po posadzce, ale zawsze jednak odnalezionego żywego. Zbyt mało ufamy św. Antoniemu, gdy wzywamy go na pomoc (świadectwo zostało pierwotnie opublikowane pod linkiem).
"Św. Antoni pomaga ludziom z podciętymi skrzydłami". Świadectwo Anny
Tak sobie myślę, że św. Antoni jest niesamowity, nie trzeba miesiącami wzywać jego orędownictwa. On wszystkich zdobywa dla Chrystusa, bo nie tylko ten jeden więzień, o którym piszę, okazał się aniołem z podciętymi skrzydłami.
Święty Antoni..., nie wiem, co wybrać, ale ku pokrzepieniu serc zrozpaczonych rodziców opiszę historię, która mi się przydarzyła. Mimo upływu lat istnieje silny związek między przedstawionymi osobami, który wyjaśnić może tylko św. Antoni...
Wybrałam się z chorym dzieckiem nad morze, ale że jestem samotną mamą, musiałam wziąć trzy pozostałe "drobiazgi". Podróż pociągiem przebiegała pomyślnie, można było spokojnie zmienić pampersy, a nawet czuwać nad śpiącymi dzieciakami. Do czasu. Konduktor, który przyszedł sprawdzać bilety, dziwnie mi się przyglądał, a za chwilę zasnęłam dosłownie na moment, a gdy się ocknęłam, nie było ani torebki, ani dokumentów. Nikt inny nie wiedział, gdzie schowałam torebkę, tylko on, gdyż wychodząc z przedziału, jeszcze raz omiótł go wzrokiem, a torebka była ukryta pod ręcznikami i pieluchami dzieci. Szok potworny. W samych skarpetkach wybiegłam na korytarz, ale śladu po złodziejach nie było. Czyli perspektywa dwóch tygodni bez pieniędzy i dokumentów! Nie wiem, dlaczego otworzyłam drzwi od pociągu i próbowałam wyskoczyć. Jak w amoku! Złapał mnie jakiś człowiek stojący przy drzwiach ubikacji i coś tam próbował tłumaczyć. Owionięta zimnym powietrzem nocy oprzytomniałam i wróciłam do przedziału. Dzieci się przebudziły, zaczęły płakać, wreszcie czteroletnia córeczka przypomniała sobie, że w kredkach, które wzięłyśmy, aby się nie nudziła, ma schowane 50 zł. W przedziałach i na korytarzu zrobił się ruch, ale nikt nie wyciągnął nawet 20 zł, aby nam pomóc, a rad od pasażerów lepiej nie przytaczać. Konduktor w końcu się jednak zjawił i przyniósł mi torebkę, która chwilę wcześniej była opróżniana w toalecie, a "czujka" w tym czasie blokowała dostęp do ubikacji. Wszystko to zrozumiałam niestety trochę za późno. Bogu dziękowałam za dokumenty, których złodzieje nie wyrzucili. Zawsze tak robią, że oczyszczoną torebkę wyrzucają przez okno, a ja miałam tam potwierdzenia rehabilitacji córki. Oczywiście uderzyłam do św. Antoniego i jakoś te 50 zł starczyło na cały turnus.
Chyba to żadne nadzwyczajne wydarzenie, a jednak. Kilka lat później córka zapisała się do wspólnoty samarytańskiej, której zadaniem było pomaganie innym, a wachlarz pomocy był olbrzymi. Córka co gorsza uparła się, że pojedzie na drugi kraniec Polski zawieźć więźniom ciasta na Boże Narodzenie. Zrobiłyśmy ogromną paczkę i postanowiłam, że nie pojedzie sama, tylko ze mną i siostrą. Podróż trwała długo, ale wreszcie kiedyś musiała się skończyć i dotarłyśmy na miejsce.
Wytypowanych więźniów wywołano do sali widzeń i omal nie zemdlałam, widząc "czujkę" z pociągu do Kołobrzegu. Nie dałam nic po sobie poznać, wymieniliśmy adresy i zaczęliśmy korespondować. Oczywiście co jakiś czas były odwiedziny w więzieniu i na takim widzeniu dowiedziałam się, jak działała szajka złodziejska, naturalnie w zmowie z konduktorem. Nasz podopieczny zaczął też dużo mówić o sobie: samotna matka, sześciu chłopaków, rodzeństwo w sposób okrutny nie tolerowało najmłodszego brata, a matka zwyczajnie straciła kontrolę nad synami. Wybawieniem okazała się szajka złodziejska, w której nasz przyjaciel znalazł nie tylko akceptację, ale także świetne dochody, które pozwalały na luksusowe życie.
Pisaliśmy do siebie bardzo często, a właściwie to ja pisałam, bo dzieciaki były za małe, podsyłałam mu różne książki i czasopisma, m.in. "Miłujcie się". Więźniowie dosłownie połykali te książki. Wkrótce dowiedziałam się, że nie tylko cela, ale i cały korytarz miał co czytać. Podpowiedziałam im, aby prosili, żeby św. Antoni znalazł im coś odpowiedniego w życiu. I tak się stało! Zaraz potem jakaś kobieta, która wyczytała ich adres w gazecie, zaczęła korespondować z naszym przyjacielem, szybko załatwiła sobie tylko znanym sposobem wyjście lubego z celi i… wyszła za niego za mąż! Oczywiście wyprowadzili się do innej miejscowości, żeby nikt do tej jego przeszłości nie zaglądał, mają dwójkę przeuroczych dzieci, a ja przekonałam się, jak św. Antoni łowi perły zagubione w życiu. Bracia pana młodego bardzo mu pozazdrościli wykształconej małżonki (dwa fakultety) i więzy rodzinne działają od tamtego czasu bez zarzutu. A jego mama? Też zrozumiała, że dziecko to nie przedmiot i że nie można go też rzucać na głęboką wodę.
A co ze mną? Awansowałam na przybraną mamę, są telefony, piękne listy, artystyczne prezenty wykonane ręką naszego przyjaciela, kronika urodzin dzieciaków i wszystkich wydarzeń rodzinnych. Czuję, jakbym z nim była. Talent, który drzemał w tym młodym człowieku, został przez św. Antoniego znaleziony, bo pięknie rysuje obrazki kredkami na płótnie. Tak sobie myślę, że św. Antoni jest niesamowity, nie trzeba miesiącami wzywać jego orędownictwa. On wszystkich zdobywa dla Chrystusa, bo nie tylko ten jeden więzień, o którym piszę, okazał się aniołem z podciętymi skrzydłami. Reszta pociągnięta jego przykładem postanowiła działać (świadectwo zostało pierwotnie opublikowane pod linkiem).
Znalezienie wymarzonej pracy. Świadectwo Sylwii
Pracowałam bardzo daleko od domu. Podróżując codziennie do pracy, mijałam wioski, krzyże i kościoły, a także znajdującą się przy niebezpiecznym skrzyżowaniu odnowioną kapliczkę.
Któregoś letniego wieczoru, wracając z pracy i czekając na wolny przejazd, zatrzymałam się obok niej. Spojrzałam na figurę, która starła w kapliczce, a ona spojrzała na mnie. "Święty Antoni, słyszałam o tobie co nieco" - pomyślałam. Westchnęłam do niego, by wspomógł koleżankę, która była w potrzebie i pojechałam dalej.
Od tego czasu, mijając kapliczkę, prosiłam św. Antoniego, aby dzień w pracy był spokojny, abym miała siłę… Pewnego dnia poprosiłam, abym dostała dobrą pracę bliżej mojego miejsca zamieszkania.
W tym samym czasie sprzątałam dom po remoncie. Moja mama wystawiła na parapet figury świętych, które dostała od babci. Wśród nich dostrzegłam figurkę postaci męskiej; odpadła z niej farba i dłoń ale twarz nadal była w rumieńcach, a na ramieniu – Dzieciątko Jezus. "Przecież to Święty Antoni, ten sam z kapliczki!" - pomyślałam i opanowała mnie radość jak u małego dziecka.
Nie jestem plastycznie utalentowana, ale postanowiłam odnowić figurę. Ponieważ nie było mnie stać na profesjonalną renowację, po przemodleniu sprawy, kupiłam farby. Figura wyszła pięknie. Myślę, że św. Antoni mógł być leworęczny, bo najlepiej malowało mi się lewą ręką. W międzyczasie modlitwy o pracę zostały wysłuchane! Obecnie pracuję bliżej, więcej zarabiam, atmosfera jest dobra.
Poprosiłam też św. Antoniego, by wstawił się za mną w intencji znalezienia męża. Czekam z wiarą!
Dodam, że gdy prosiłam o znalezienie pracy, wrzuciłam ofiarę do skarbony w kościele, by św. Antoni "zamienił ją", jeśli trzeba, na kromki chleba (świadectwo zostało pierwotnie opublikowane pod linkiem).
Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł