Ministerstwo Sprawiedliwości skrytykowało przygotowany przez Konferencję Episkopatu Polski projekt statutu "Komisji niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele". Skrytykowało to zresztą chyba dość delikatne stwierdzenie. Krytyka jest druzgocąca. Pozostańmy jedynie przy tym, że projekt statutu uznano za niezgodny z prawem polskim oraz europejskim.
Czas sprawia, że patrzymy na własne życie z większym dystansem. Dostrzegamy własne błędy i zaczynamy rozumieć, co można było zrobić inaczej. Zmienia się także sposób patrzenia na decyzje własne i innych, zwłaszcza te, które miały wpływ na nasze życie. Łatwo ulec pokusie, by oceniać przeszłość w sposób zero-jedynkowy, bez próby zrozumienia ówczesnego kontekstu.
Choć cała encyklika Magnifica Humanitas Leona XIV ma podtytuł „O trosce o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji”, to dopiero w trzecim rozdziale zatrzymuje się on nad fenomenem chatbotów, które niespodziewanie stały się naszą codziennością i choć zaczęły rozwiązywać mnóstwo problemów, z którymi się zmagaliśmy, tak równocześnie stworzyły nowe, często znacznie bardziej poważne i wnikające w samo sedno naszego człowieczeństwa i myślenia o świecie. Papież nie próbuje powiedzieć, że technologia jest zła, ale zwraca uwagę na niespotykane dotąd wyzwania z nią związane.
Od kiedy zdarzyło mi się śledzić słynny stream Łatwoganga na rzecz fundacji Cancer Fighters, algorytm nie ustaje w próbach przechwycenia mojej uwagi nietuzinkowymi akcjami o charytatywnym wydźwięku. W ten weekend mu się udało. Raz po raz zaglądałam na YouTube'a, żeby z zapartym tchem obserwować niesamowity wyczyn dwojga Polaków, próbujących przepłynąć wpław Bałtyk na trasie Szwecja-Polska.
Nie jest żadnym odkryciem stwierdzenie, że podejście do spraw wiary i religii jest inne w dużych i średnich miastach niż na wsiach i w miasteczkach. Co z tego wynika dla Kościoła w Polsce?
Być może problem jest całkowicie wydumany, bo przecież nikt normalny nie myśli o własnym pogrzebie – niech się o to martwią ci, co pozostaną. Jednak w moim kościelnym środowisku pytanie to odżywa co roku – i bynajmniej nie tyle jest wyrazem troski o przebieg żałobnych egzekwii, podczas których to my – a właściwie to, co po nas zostanie – będziemy w centrum uwagi, ale jest wyrazem niepokoju o dramatyczną statystykę powołań. Jesteśmy w połowie wakacji, czas więc, aby po raz kolejny zadać to sakramentalne pytanie.
Sierpień to w Kościele miesiąc trzeźwości – i od razu słychać jęki: po co nam ograniczenia, wyrzeczenia, asceza? Popatrzmy inaczej – nie chodzi o to, co odrzucamy, lecz o to, co daje prawdziwe życie. A czasem nasza „abstynencja” może być wsparciem dla kogoś, kto zmaga się ze swoim nałogiem.
Co złego, to nie my. To oni zaczęli! To ich wina! Jeden ze sklepów internetowych sprzedaje zatyczkę do wina z sarkastycznym napisem „to wina Kaczyńskiego”, a w prześmiewczym wierszu Wojciecha Młynarskiego czytamy: „w szczerym polu uschła brzózka - wina Tuska”. Na śmiechu się jednak nie kończy. Jak komuś trzeba dowalić, to trzeba. Powód zawsze się znajdzie. Politycy, jak dzieci w piaskownicy, wyrywają sobie zabawki i zwalają winę jeden na drugiego.
Duchowość ignacjańska nie jest zbiorem pobożnych zasad ani metodą na udane życie. To droga, która uczy rozeznawania, prowadzi przez codzienność i pomaga odkrywać Boga w tym, co zwyczajne. Tak wygląda moje doświadczenie po dwudziestu latach.
Problem wykorzystywania seksualnego i przemocy wobec dorosłych bezbronnych przestaje być w polskim Kościele tematem tabu. Symboliczny przełom przynosi decyzja metropolity krakowskiego kard. Grzegorza Rysia o powołaniu specjalnej komisji historycznej. Działania na poziomie diecezjalnym obnażają jednak brak jednolitego, ogólnopolskiego systemu ochrony ofiar.
Sprawcą zniszczenia figury Matki Bożej w Medziugoriu okazał się Polak. I to nie żaden satanista ani – tym bardziej – „lewak”, jak wielu zdążyło sobie wyobrazić. Był to Polak-katolik, ewangelizator. Młody człowiek, który jeździł na rekolekcje, działał we wspólnocie, publicznie opowiadał o swoim nawróceniu, a nawet napisał o nim książkę. Reakcja na jego czyn również okazała się... „katolicka”. „Żeby mu ręce odpadły”. „Sam skazał się na piekło”. „To nie Polak, tylko osoba polskojęzyczna”. „Diabeł w ludzkiej skórze”. „Zwyrodnialec”. „Komuch”... Takie komentarze publikowali często ludzie, którzy na swoich profilach umieszczają krzyże, różańce i deklaracje miłości do Matki Bożej. A to tylko część wpisów. Nie wspominam już o komentarzach Chorwatów i Bośniaków, słynących z wyjątkowo barwnego – i w takich sytuacjach niezwykle dosadnego – języka.
Życie to nieustanny ciąg wyznaczania sobie kolejnych celów. Dotyczą one zarówno codziennych obowiązków, jak i planów na przyszłość - zdobycia wykształcenia, kupna mieszkania, budowy domu czy upragnionego awansu. Wydaje się, że dotarcie do mety zapewni nam długotrwałe poczucie szczęścia. Tymczasem radość często trwa krótko. Szybko pojawia się kolejny kierunek i następne marzenie. Żyjemy od celu do celu, ale nie potrafimy w pełni cieszyć się ich osiąganiem.
Jeździmy tam od kilku lat. Plaża niedaleko rezerwatu ptaków - jedno z ostatnich znanych mi miejsc na polskim wybrzeżu, gdzie nie ma frytek, kukurydzy, gofrów, dmuchanej zjeżdżalni ani ryczących megafonów zapraszających na rejs statkiem piratów albo przejażdżkę autkiem Nemo. Rezerwatowe obostrzenia przynajmniej od strony prawnej dają luksus ciszy i obcowania z naturą.
Wyobraźmy sobie taką scenę: niedzielny poranek, kościelne dzwony biją na sumę, w ławkach tłoczno, a z ust płynie gorliwe „… i jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Istna sielanka, gdyby nie fakt, że w poniedziałek rano ten rytm serca zaczyna dyktować już nie Ewangelia, a sejmowa szczekaczka. To nie jest złośliwość felietonisty, to bezlitosna statystyka, która wylewa nam na głowy kubeł lodowatej wody.
Wsłuchując się w papieskie słowa skierowane do bardzo konkretnych grup młodych na różnych kontynentach warto zadać kilka pytań o ich sytuację w Kościele w Polsce.
Łagodność nie ma dzisiaj zbyt dobrej ‘prasy’. Promowana jest raczej przebojowość, skuteczność, umiejętność szybkiego dostosowywania się do wyzwań, przed jakimi stajemy. Świat wokół nas wydaje się być szorstki, a często nawet brutalny. Na pierwszych stronach mediów królują raczej historie o mocnych, zdecydowanych ‘bohaterach’. Specjalnie piszę to w cudzysłowie, bo to zwykle nie jest postawa godna naśladowania.
25 lipca przykościelne parkingi w Polsce przeżywają oblężenie, którego mogłaby im pozazdrościć niejedna niedzielna suma. Sznury aut ustawiają się jak w konkursie piękności, a ich właściciele z namaszczeniem czekają na ten moment: machnięcie kropidłem i kilka kropel wody na masce. To jedno z najpopularniejszych błogosławieństw w naszym kraju – w rankingu popularności bije je chyba tylko wielkanocna „święconka” i może kreda na Trzech Króli. Do tego rytuału przywiązani jesteśmy tak bardzo, że niegdyś nawet politycy SLD, partii z definicji mało kościelnej, święcili swoje kampanijne czerwone autobusy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden drobny, krwawy szczegół: jesteśmy w ścisłej europejskiej czołówce pod względem liczby wypadków i ofiar śmiertelnych.
Czy to będzie obiekt kultu religijnego, czy atrakcja turystyczna? Może jedno i drugie. We wsi Konotopie w województwie kujawsko-pomorskim powstaje monumentalny posąg mający przedstawiać Matkę Bożą Bolesną, ukoronowaną królową nieba. Zakończenie projektu zaplanowano na 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Pielgrzymi będą mogli zmówić tu modlitwę, a turyści wypowiedzieć swoje życzenie lub je tylko pomyśleć i mieć nadzieję, że się spełni. Ponadto wjadą windą, pewnie za drobną opłatą, na taras widokowy, by podziwiać z posągu okolicę.
Już jakiś czas temu miałam ogromną nadzieję, że era kultu szczupłego ciała minie bezpowrotnie... Wszem i wobec mówi się o akceptacji siebie, ciałopozytywności, o zmieniających się w ekspresowym tempie kanonach piękna oraz tym, że szczupły nie zawsze znaczy zdrowy. Jakże te nadzieje są płonne! Patrzę na zdjęcia pewnej katolickiej twórczyni… Przerabia je w AI, by wyglądać młodziej i szczuplej. Gdyby nie to, że zdradza ją „różaniec”, który trzyma w ręku, pewnie sama uwierzyłabym w tę przemianę. Ale AI pomylił liczbę koralików, wydało się. Gdyby nie to, że koleżanki wysyłają mi swoje zdjęcia, gdy szukają sukienki na wesele i ciągle widzą na nich za duży, wystający brzuch, to bym uwierzyła, że jednak z akceptacją siebie jest u nas całkiem dobrze. Gdyby nie to, że sama mam problem z dobraniem ubrań w odpowiednim rozmiarze, byłoby naprawdę fajnie.
Od czasu wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie wiele razy pisałem na tych łamach o naszym stosunku do Ukraińców. Jak dotąd całkiem niezłym. Ostatnio wzajemne relacje uległy ochłodzeniu – nie tylko w sferze politycznej. Jednego dnia media doniosły o pobiciu Ukraińca, innego o tym, że kierowca miejskiego autobusu zaatakował kilkuletnią pochodzącą z Ukrainy dziewczynkę.
{{ article.description }}