Po co Kościołowi potrzebna jest polityka i czy bez niej nie dałoby się żyć?
Kościół zawsze angażował się w politykę, ale też starał się trzymać rozsądny dystans, traktując te interwencje jako konieczne opowiedzenie się po stronie ludzi marginalizowanych. Robił to w imię Ewangelii i z poczucia obowiązku. Stąd na życzliwość Kościoła mogli kiedyś liczyć niewolnicy, potem uciskani chłopi, robotnicy, migranci i inni. Przez całą historię były to jednak interwencje okazjonalne, dokonywane w miarę potrzeby. W naszych czasach nastąpiło wyraźne przesunięcie: Kościół przestał „interweniować” w politykę, a zaczął nią „żyć”, a nawet rościć sobie prawo do jej „kreowania”.
Przed paru dniami, 10 kwietnia, w Katedrze Wawelskiej obchodzono rocznicę katastrofy w Smoleńsku. Od tamtego dnia upłynęło już sporo lat, ale każdej rocznicy wciąż towarzyszą wielkie emocje, umiejętnie podsycane przez niektóre środowiska polityczne i wiernej im sporej części duchowieństwa. Tym razem jednak kard. Grzegorz Ryś, sprawujący Eucharystię w katedrze, zaskoczył wszystkich: mówił o Ewangelii, o ciemnej nocy, która zapanowała nad światem, i o zmartwychwstałym Jezusie, który pośrodku tej nocy przyszedł do apostołów i wciąż przychodzi do nas wszystkich.
Niby stara prawda, a brzmi jak coś nowego
Odwołując się do Ewangelii, biskup krakowski nie powiedział niczego nowego, właściwie nawet zrobił to, co było jego – jako duchownego – obowiązkiem, a jednak w komentarzach medialnych od razu odtrąbiono zmianę: przejście do Ewangelii od tzw. „prawdy smoleńskiej”, która dla wielu na długie lata zstąpiła Ewangelię. Przekaz, jaki popłynął z krakowskiej katedry, był zaproszeniem do pojednania, co w opinii wielu w tym miejscu i przy takiej uroczystości było skandaliczną pomyłką i słowami, których raczej tam nie chciano usłyszeć.
No właśnie – przy zaangażowaniu Kościoła w sprawy polityczne często dochodzi do sytuacji, gdy przestaje on mówić to, co powinien, a zaczyna głosić to, co inni chcą usłyszeć. Politycy zabiegają o przychylność Kościoła, bo doskonale nadaje się on do ocieplenia własnego wizerunku, a że duchowni bywają naiwni, dają się nabrać na pozorne gesty: darowizny, dotacje, wzniosłe słowa, które w rzeczywistości wpisane są w logikę pozyskania – a potem utrzymania przy sobie – wyborców. Niestety, specyfiką polskiej polityki nie jest pokazywanie siebie w dobrym świetle, ale innych w świetle negatywnym. Angażując się w tę grę, Kościół nie tylko legitymizuje, ale nawet podsyca… nienawiść. Konsekwencją tego jest brak dystansu, opowiadanie się po jednej stronie politycznej sceny, a ostatecznie utrata wiarygodności. Dlatego choć „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, mimo wszystko przypomnienie prawdy o Jezusie przez kard. Rysia niesie spory zastrzyk nadziei.
Mimo wszystko niełatwo się z politycznej sieci wyplątać
Niestety, to nie tylko duchowni naiwnie przechadzają się po świecie polityki – politycy także potrzebują poparcia Kościoła. I to nie tylko w Polsce, gdzie z upodobaniem zajmują pierwsze miejsca w kościołach albo pchają się do ambony, aby na koniec mszy powiedzieć parę bzdurnych słów. O poparcie Kościoła zabiega nawet prezydent USA, który z katolicyzmem nie ma nic wspólnego, oraz jego „wice”, który jest konwertytą na katolicyzm i czuje się upoważniony, aby radzić papieżowi, żeby „był bardziej ostrożny” w słowach. O jakie słowa chodziło? O krytykę wojny, a właściwie tego, który ją rozpętał.
W polityce nie ma przyjaciół. Są tylko ci, którzy „udzielają poparcia”. Kto tego nie robi – jest wrogiem. W naszym kraju Kościół ostatnio dość „wzorcowo” zachowywał dyscyplinę partyjną, ale na świecie już nie jest z tym tak łatwo.
Amerykański (zły) sen
Prezydentowi USA dość łatwo jest zaatakować papieża, bo ten jest Amerykaninem. Już podczas kampanii i wkrótce po wyborach ze strony administracji zdarzały się niesmaczne incydenty, choć sam Trump, licząc na katolickich wyborców, na pewnym etapie kampanii trochę się do Kościoła przymilał. Dziś jego relacje z duchowieństwem w USA są napięte. Wielu księży, którzy wcześniej popierali Trumpa, teraz staje przed poważnym dylematem. Wielu jednak milczy, obawiając się przeniesienia politycznego konfliktu na płaszczyzny ich parafii. Nie ma co jednak udawać. Problematyczne stały się dość głupawe żarty z wykorzystaniem obrazów kreowanych przez sztuczną inteligencję: Trump w stroju papieża czy ostatnio prezentujący się jak Chrystus. Problem jest jednak głębszy, bo nawet unikający kontrowersji papież Leon, skrytykował „złudzenie wszechmocy” napędzające obecny konflikt z Iranem. Słowa te – i to jest typowe dla świata polityki – rozsierdziły prezydenta, bo były dowodem na to, że ktoś wyłamał się z „dyscypliny partyjnej” i przestał się z nim zgadzać. A w polityce, choć nie ma przyjaciół, są jednak wrogowie.
Czy papież powinien milczeć?
Zależy kto udziela odpowiedzi na tak postawione pytanie. Prezydent USA uważa, że tak – „bo powinien być wdzięczny”. W rzeczywistości jednak milczenie papieża byłoby cichym przyzwoleniem na wojnę albo dowodem na to, że nie zdaje sobie prawy z tego, co dzieje się na świecie. Pamiętamy przecież, jak bardzo mieliśmy za złe papieżowi Franciszkowi, że jednoznacznie nie potępił Rosji za jej agresję. Tamto milczenie rzuciło się cieniem na cały pontyfikat Franciszka. Dobrze więc, że Leon XIV nie wybrał drogi milczenia, tym bardziej że – niestety – cały świat od początku prezydentury Trumpa bardziej niż o prawdę, dba o poprawność polityczną, często ocierając się o śmieszność, gdy zamiast szaleństwa nazwać szaleństwem, przymila się do Ameryki w obawie o to, że prezydent z gniewem zmarszczy brwi i postraszy nowymi cłami. W takiej sytuacji głos papieża Leona jest proroczy, a przede wszystkim wypowiedziany w stosownej chwili, bo pomimo całej kontrowersji obecności Kościoła w świecie polityki, właśnie nadszedł taki moment, w którym Kościół powinien wmieszać się w politykę: stać się i wyrzutem sumienia, i głosem rozsądku.


Skomentuj artykuł