Abp Adrian Galbas: do nieba nie idzie się przez cudowność, lecz przez codzienność

Abp Adrian Galbas. Fot. EpiskopatNews / Flickr / CC BY-NC-SA 2.0
Archidiecezja warszawska / red

– Niebo to nie coś, co otrzymamy, to przede wszystkim Ktoś, kogo zobaczymy – mówił abp Adrian Galbas podczas Mszy świętej w uroczystość Wszystkich Świętych w kościele św. Karola Boromeusza w Warszawie. Po Eucharystii odbyła się procesja na Cmentarzu Powązkowskim.

Metropolita warszawski w homilii przypomniał, że uroczystość Wszystkich Świętych jest jednym z najbardziej radosnych dni w roku liturgicznym. Jak wyjaśnił, niebo nie jest miejscem ani jedynie stanem wiecznej szczęśliwości, lecz przede wszystkim pełnią komunii z Bogiem.

DEON.PL POLECA



– Niebo to nie coś, co otrzymamy, to przede wszystkim Ktoś, kogo zobaczymy – podkreślił. Dodał, że w niebie człowiek odkryje również pełną prawdę o sobie, a wszelkie cierpienie zostanie przemienione przez Bożą miłość.

Metropolita warszawski zwrócił uwagę, że uroczystość Wszystkich Świętych jest świętem „wielkiej rodziny Bożej”. Obejmuje nie tylko świętych wyniesionych na ołtarze, ale także naszych bliskich, których papież Franciszek nazywał „świętymi z sąsiedztwa”.

Świętość w codzienności

Hierarcha zaznaczył, że uroczystość Wszystkich Świętych jest także wezwaniem do osobistego nawrócenia.

– Do nieba nie idzie się przez cudowność, lecz przez codzienność – mówił, wskazując, że droga do świętości prowadzi przez życie rodzinne, małżeńskie, kapłańskie i zawodowe.

Podkreślił, że zbawienie jest darem Chrystusa, a nie wynikiem wyłącznie ludzkich wysiłków. Przypomniał również, że drogę do nieba wyznacza osiem ewangelicznych błogosławieństw. – Świętość nie polega na czynieniu rzeczy nadzwyczajnych, ale na robieniu z miłością rzeczy zwyczajnych – zaznaczył.

Wiara w niebo zobowiązuje do troski o ziemię

Metropolita warszawski przestrzegł przed traktowaniem nadziei życia wiecznego jako ucieczki od ziemskich obowiązków. – Im bardziej człowiek wierzy w niebo, tym uczciwiej przechodzi przez ziemię – podkreślił. Dodał, że wiara powinna mobilizować do budowania świata bardziej sprawiedliwego i miłosiernego oraz do troski o ojczyznę.

Kończąc homilię, zachęcił wiernych, by uroczystość Wszystkich Świętych przeżywali „ze spokojną, głęboką radością. I z nadzieją”.

Po Mszy Świętej odbyła się tradycyjna procesja na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim.

DEON.PL POLECA

Siostry i Bracia,

chciałbym dzisiaj powiedzieć kilka słów o niebie, z którym mamy przecież tylko same dobre skojarzenia. Mówimy, że mamy „niebo w gębie”, albo, że jesteśmy „w siódmym niebie”, albo, że jest nam niebiańsko, lub, że coś jest niebiańskie.

Kościół uczy, że niebo jest celem naszego życia. Chociaż, myśląc o rzeczach ostatecznych, wymieniamy aż cztery: śmierć, sąd, piekło, lub niebo, to ostatecznymi z ostatecznych są tylko te dwa ostatnie: alternatywnie albo piekło, albo niebo. O piekle będziemy rozważać jutro, dziś dzień poświęcony niebu, dzień wielkiej szczęśliwości, jeden z najbardziej radosnych dni w całym roku liturgicznym: Uroczystość Wszystkich Świętych, to znaczy wszystkich mieszkańców nieba.

Jest ich bardzo wielu, jak słyszeliśmy przed chwilą (por. Ap 7,2–14). Sto czterdzieści cztery tysiące, a raczej – bo tak trzeba czytać tę liczbę – dwanaście, razy dwanaście, razy tysiąc, co oznacza liczbę nieprzeliczoną. Jest ich bardzo, bardzo wielu. ”Oto lud wierny, szukający Boga”, tak śpiewaliśmy przed chwilą. Niewielką część z nich zna cały Kościół, to ci, którzy zostali uroczyście ogłoszonymi świętymi, lub błogosławionymi, których wspominamy w naszych litaniach, liturgiach, którzy są na obrazach, figurach, do których się modlimy.

Innych znamy tylko my. Kościół nie ogłosił ich oficjalnie świętymi, ale jesteśmy przekonani o ich świętości, bo gdy żyli na ziemi było nam z nimi trochę jak w niebie; lżej, radośniej, lepiej. Kochali nas i my kochaliśmy ich. Gdy ich zabrakło, gdy umarli, mogliśmy powiedzieć za św. Augustynem: „właśnie umarło połowę mojego serca”. Przeczuwamy też, że wciąż żyją, więcej: jesteśmy tego pewni, bo kiedy ich wspominamy, kiedy stajemy nad ich grobami, mamy z nimi kontakt. Wiemy, że oni są, jak śpiewał kiedyś Ryszard Rynkowski:

„Ci, co odchodzą,
Wciąż z nami są.
I żyją sobie
Obok nas.
Patrzą z miłością
Na nasze dni
Czasem się śmieją
Przez łzy”.

Lubię posłuchać sobie tej piosenki właśnie dzisiaj i jutro.

Kościół kiedy mówi o niebie nigdy nie mówi o miejscu, przeciwnie, unika domysłów, ku którym chętnie byśmy pobiegli, że chmurki, że aniołki, że słodko. Owszem, gdy myślimy o niebie, wyobrażamy sobie, że jest to piękny stan, pełen światła, pokoju, szczęścia. Stan, w którym nie ma cierpienia, łez, chorób ani śmierci. Ale św. Paweł powie, że „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9).

Kiedy Kościół mówi o niebie, mówi o relacjach. „Obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, słyszeliśmy przed chwilą, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2). Piękne słowa! Niebo to nie coś, co otrzymamy, to przede wszystkim Ktoś, kogo zobaczymy.

Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że niebo to doskonałe życie z Trójcą Świętą, to komunia życia i miłości z Nią, z Dziewicą Maryją, aniołami i wszystkimi świętymi (por. KKK 1024), a Benedykt XVI w encyklice Spe salvi powie, że niebo nie jest po prostu niekończącym się następstwem dni. Jest zanurzeniem w oceanie nieskończonej miłości, w którym czas, przed i potem, przestaje mieć znaczenie (por. Spe salvi, 12). To piękne słowa i ważne. Niebo nie jest nieskończonym przedłużeniem ziemskiej egzystencji. Jest wejściem w zupełnie nową jakość życia. „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie, mówi św. Augustyn. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”. Wszystkie nasze pragnienia pokoju, jakie nosimy w sobie, zaspokoi dopiero niebo.

A więc niebo to Ktoś to Bóg i my z Nim, „Ujrzymy Go takim, jakim jest” (1J 3,2). Teologia nazywa to visio beatifica – widzeniem uszczęśliwiającym, a Katechizm komentuje tak: „Z powodu swej transcendencji Bóg nie może być widziany takim, jaki jest, dopóki On sam nie ukaże swojej tajemnicy dla bezpośredniej kontemplacji ze strony człowieka i nie uzdolni go do niej” (KKK 1028). Tak więc w niebie człowiek zobaczy Boga bezpośrednio, nie przez znaki, obrazy czy pośredników. Zobaczy Go dzięki łasce, która uzdolni go do tego spotkania.

Tu, na ziemi poznajemy Boga przez wiarę. Widzimy ślady Jego obecności w stworzeniu, w wydarzeniach życia, w drugim człowieku, spotykamy Go w sakramentach, słuchamy Jego słowa. To jednak jest zawsze jakby przez zasłonę. „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, powie św. Paweł, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz” (1 Kor 13,12). Niebo jest stanem, w którym ta zasłona zostaje odsłonięta.

Nie chodzi więc jedynie o to, że w niebie będziemy mieli wszystko, czego zapragniemy. Chodzi o to, że zobaczymy Tego, którego – często nawet o tym nie wiedząc – pragnęliśmy przez całe życie. Jak dziecko, które długo czekało na powrót ojca, jak zakochany, który wreszcie spotyka ukochaną osobę. Przez wiele lat żył nadzieją na spotkanie, a teraz wreszcie może powiedzieć: jesteś!

A gdy już w niebie zobaczymy Boga, to spotkamy się też ze sobą, odnajdziemy całą prawdę o sobie. Zrozumiemy, kim naprawdę jesteśmy, dlaczego zostaliśmy stworzeni, jak wielką miłością byliśmy kochani przez Boga, nawet wtedy, gdy sami nie potrafiliśmy tej miłości rozpoznać. Poznamy prawdę, a ta prawda całkowicie nas wyzwoli (por. J 8,32).

„Żyją oni w Chrystusie, to znów Katechizm – ale zachowują i – co więcej – odnajdują tam swoją prawdziwą tożsamość, swoje własne imię” (KKK 1025). To bardzo pocieszająca prawda. Niebo nie oznacza utraty naszej osobowości. Nie staniemy się anonimową częścią jakiejś bezosobowej całości. Każdy pozostanie sobą, ale sobą przemienionym, oczyszczonym, doprowadzonym do pełni.

„I otrze Bóg z ich oczu wszelką łzę”, słyszeliśmy przed chwilą (Ap 7,17). Jakże niezwykła obietnica i jaki piękny obraz czułości Boga. Bóg nie jest obojętny na nasze cierpienie, zna każdą łzę, każdą krzywdę, każdą samotność, zna cierpienie, którego nikt nie zauważył. W niebie te łzy otrze; nie będzie już cierpienia, ponieważ wszystko zostanie ogarnięte i przemienione przez miłość Boga. Nawet to, co było bolesne i niezrozumiałe, zostanie ostatecznie objęte światłem Bożej prawdy i miłości.

Siostry i Bracia,

i w końcu, niebo nie jest tylko wspólnotą z Bogiem i ze sobą samym, jest także wspólnotą z innymi. Nie jest samotnym szczęściem. Święty Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków” (Ap 7,9). To obraz Kościoła zbawionych.

Niebo nie jest przeznaczone dla jednej narodowości, jednej kultury, jednego języka. Jest otwarte dla ludzi wszystkich narodów. Wszyscy stoją przed tronem Boga i przed Barankiem.

Nie ma już podziałów, które tak boleśnie znaczą naszą ziemską historię. Nie ma nienawiści, przemocy, pogardy, rywalizacji o pierwszeństwo. Jest jedynie miłość. Jest jedność w miłości. W niebie nie przestaniemy kochać tych, których kochaliśmy na ziemi. Przeciwnie, nasza miłość zostanie oczyszczona z egoizmu, zazdrości, zaborczości i lęku. Będziemy zdolni kochać tak, jak kocha Bóg.

Dlatego Święci, czyli aktualni mieszkańcy nieba, nie są od nas oddzieleni obojętnym milczeniem. W Chrystusie pozostają z nami zjednoczeni. Modlą się za nas i wstawiają się za nami u Boga, a my, pielgrzymujący jeszcze przez ziemię, jesteśmy z nimi związani więzią jednej wiary, jednej nadziei i jednej miłości.

A ta dzisiejsza uroczystość jest świętem wielkiej rodziny Bożej.

Siostry i Bracia,

dzisiejsze święto jest po to, abyśmy i my skomunikowali się duchowo z tymi, którzy są w niebie, z tymi Świętymi powszechnymi, z naszymi Patronami, ze Świętymi, których kochamy, do których się modlimy, z pomocy których korzystamy, ale też z tymi świętymi naszymi, „świętymi z sąsiedztwa”, jak mówił papież Franciszek. Z mamą, babcią, żoną, ojcem, mężem, dzieckiem, z przyjaciółką i kumplem z pracy, z tymi, którzy przeszli już przez drzwi śmierci. Wyprowadził ich jakiś zawał, albo udar, albo rak. Albo po prostu pesel.

Dzisiejsze święto jest też po to, byśmy się bardziej zdyscyplinowali w naszej wędrówce do nieba. W wędrówce codziennej. Bo do nieba nie idzie się przez cudowność, lecz przez codzienność. Do nieba idzie się przez ziemię; ziemię polską, mazowiecką, warszawską, ale także przez ziemię naszą małżeńską, rodzinną, kapłańską, zawodową. Moją i twoją.

Dzisiejsze święto mówi nam, że aby dotrzeć do nieba nie musimy prężyć duchowych muskułów, nie musimy być jakimiś Herkulesami, wystarczy podłączyć się i podłączać każdego dnia do Chrystusa „Opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili” (Ap 7,14), powiedział dzisiaj św. Jan. Niebo jest darem Chrystusa. Nie zdobywamy go własną doskonałością. Zostajemy zbawieni przez Jego miłość i łaskę, na którą odpowiadamy wiarą i życiem.

Chrystusową drogą do nieba jest życie w duchu Ośmiu Błogosławieństw, o których słyszeliśmy przed chwilą w Ewangelii (por. Mt 5,1–12a). Błogosławieni ubodzy w duchu. Błogosławieni cisi. Błogosławieni miłosierni. Błogosławieni czystego serca. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój. Chrystus, w tych błogosławieństwach, pokazuje nam prostą drogę do nieba.

Ona nie jest oderwana od naszego obecnego życia. Już tutaj, na ziemi, możemy żyć logiką błogosławieństw. Za każdym razem, kiedy przebaczamy, dajemy innym przedsmak nieba, za każdym razem kiedy okazujemy miłosierdzie, przybliżamy drugiemu niebo, za każdym razem, kiedy rezygnujemy z zemsty i wybieramy pokój, zaczynamy żyć według zasad Królestwa Bożego, za każdym razem, kiedy zachowujemy czyste serce, przygotowujemy się do oglądania Boga. A za każdym razem, kiedy trwamy przy Chrystusie pomimo cierpienia, uczymy się nadziei, która sięga poza śmierć. Bo świętość nie polega na czynieniu rzeczy nadzwyczajnych, ale na robieniu z miłością rzeczy zwyczajnych.

Absurdem jest myślenie, że niebo odrywa nas od ziemi. Jest dokładnie na odwrót: im bardziej człowiek wierzy w niebo, tym uczciwiej przechodzi przez ziemię, co najlepiej powie soborowa Konstytucja Gaudium et spes, że oczekiwanie nowej ziemi nie powinno osłabiać, lecz raczej pobudzać troskę o przemianę obecnego świata (por. KDK,39). Nie, nie zbudujemy nieba własnymi siłami. Królestwo Boże jest darem Boga, a nie rezultatem ludzkiego postępu, ale możemy już teraz – wykorzystując wszystkie nasze talenty, zdolności i możliwości – żyć tak, aby świat stawał się bardziej ludzki, bardziej sprawiedliwy, bardziej miłosierny. Niebo nie pomniejsza wartości naszego życia na ziemi. Przeciwnie: nadaje życiu wartość ostateczną.

Tak, nasza ojczyzna jest w niebie (por. Flp 3,20) powie św. Paweł, ale to nie znaczy, że ta ziemska jest bez znaczenia. Przeciwnie ma wielkie znaczenie i potrzebuje naszej miłości, troski, modlitwy, uwagi, o czym szczególnie przypominamy sobie znów dzisiaj, w tych niespokojnych chwilach.

Bracia i Siostry,

tyle na dzisiaj. Przeżyjmy ten dzień ze spokojną, głęboką radością. I z nadzieją.

A na koniec jeszcze Czesław Miłosz i jego wiersz zatytułowany „Sens”. Po prostu. A brzmi tak:

„Kiedy umrę, zobaczę podszewkę świata.
Drugą stronę, za ptakiem, górą i zachodem słońca.
Wzywające odczytania prawdziwe znaczenie.
Co się nie zgadzało, będzie się zgadzało.
Co było niepojęte, będzie pojęte.
– A jeżeli nie ma podszewki świata?
Jeżeli drozd na gałęzi nie jest wcale znakiem
Tylko drozdem na gałęzi, jeżeli dzień i noc
Następują po sobie nie dbając o sens
I nie ma nic na tej ziemi, prócz tej ziemi?
Gdyby tak było, to jednak zostanie
Słowo raz obudzone przez nietrwałe usta,
Które biegnie i biegnie, poseł niestrudzony,
Na międzygwiezdne pola, w kołowrót galaktyk
I protestuje, woła, krzyczy”.

Dobrego świętowania. W radości i nadziei.
Amen.

+ Adrian J. Galbas SAC

Źródło: Archidiecezja warszawska / red

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Abp Adrian Galbas: do nieba nie idzie się przez cudowność, lecz przez codzienność
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.