Marzymy o wizycie Benedykta XVI

(fot. Grzegorz Gałązka)
Krzysztof Tomasik / KAI / psd

Byłoby cudowne, gdyby Benedykt XVI odwiedził Ukrainę i Białoruś – powiedział bp. Marcjan Trofimiak. Ordynariusz diecezji łuckiej na Ukrainie w rozmowie z KAI mówi m. in. o sytuacji Kościoła na Ukrainie, relacjach państwo-Kościół w czasie obecnej prezydentury Wiktora Janukowycz, stosunkach ekumenicznych, pojednaniu polsko-ukraińskim i niezbędnej pomocy Kościoła polskiego.

- Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy uświadomić sobie, że w czasach radzieckich nasz Kościół prawie przestał istnieć. Na terytorium sześciu województw Ukrainy Zachodniej ocalało jedynie 13 kościołów, w pozostałych województwach, czyli Ukrainy Centralnej i Wschodniej, które wcześniej zostały okupowane przez władze radzieckie, zamknięto wszystkie kościoły i dopiero w czasie wojny, a potem pod koniec pięćdziesiątych i w początkach sześćdziesiątych udało się zarejestrować wspólnoty parafialne i otworzyć niektóre kościoły w Żytomierzu, Odessie, na Winnicczyźnie i Chmielnicczyźnie. Wyjątek stanowiło Zakarpacie, gdzie przetrwały węgierskie i słowackie wspólnoty parafialne i gdzie ocalało więcej kościołów. Nie było biskupów, nie było seminariów duchownych, zakony funkcjonowały nielegalnie.

Obecnie na Ukrainie mamy dwunastu czynnych biskupów, funkcjonują trzy seminaria duchowne, liczba parafii przekroczyła tysiąc. Odradzają się zakony. Mogę więc powiedzieć, że sytuacja Kościoła katolickiego na Ukrainie zmieniła się na lepsze.

- To trudno stwierdzić jednoznacznie. Oczywiście jest zupełnie inaczej niż za czasów radzieckich, obecne prawo ukraińskie daje Kościołowi wielkie pole działania, ale niekiedy zdarzają się próby ograniczania wolności Kościoła.

- To prawda, dawniej Kościół rzymskokatolicki był postrzegany jako Kościół polski. Wiadomo, że jeszcze przed II wojną światową katolicy obrządku łacińskiego w absolutnej większości byli Polakami, natomiast Ukraińcy byli albo prawosławnymi, albo grekokatolikami. Obecnie Kościół łaciński na tych terenach w pełni zasługuje na miano powszechnego. Do naszego Kościoła należą tak Polacy jak i Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, Łotysze, Litwini, Węgrzy, Czesi, Słowacy i inne narodowości. W związku z tym słyszymy nieraz zarzuty o uprawianie prozelityzmu. To absolutnie nieprawda. Nie uprawiamy prozelityzmu w żadnej formie, ludzie przychodzą do nas dobrowolnie, świadomie wybierając ten obrządek jako bardziej odpowiadający ich potrzebom duchowym. Nikogo nie przyciągamy i przed nikim drzwi nie zamykamy. Uważamy, że prawo wolnego wyboru religii czy obrządku jest nienaruszalnym i podstawowym prawem każdego człowieka.

- Zdarzają się wyrazy niezadowolenia na poziomie lokalnym, ale trudno się temu dziwić. Natomiast nie spotkaliśmy się nigdy z protestem oficjalnym.

- Tak, chodzi o świadectwo naszego wspólnego chrześcijaństwa, które ma bardzo różne tradycje. Te różnice nie powinny stawiać nas jednych przeciw drugim, nie powinni wzbudzać antagonizmów, wręcz odwrotnie – powinny siebie wzajemnie uzupełniać i wzbudzać szacunek.

- Naród ukraiński jest głęboko religijny i potrzeba wiary jest niejako wrodzoną cechą tego narodu. Od wiary nigdy nie odstępował, tylko że w czasach totalitaryzmu nie mógł jej w pełni praktykować. Teraz cieszy się wolnością i dlatego życie religijne tak wspaniale się odradza.

- Na zachodniej Ukrainie deformuje go bolesna przeszłość historyczna, wiekowych antagonizmów ukraińsko-polskich, polsko-ukraińskich, które zaważyły ogromnie na całej historii obu narodów. Do dzisiaj nie możemy się pozbyć tego fatalnego dziedzictwa. To rzutuje niestety także na stosunki między chrześcijanami. Nieco odmienna sytuacja panuje na Ukrainie Centralnej i Wschodniej, gdzie reżim sowiecki poczynił o wiele większe duchowne spustoszenia.

- Niestety, jesteśmy tylko ludźmi. I ten pierwiastek funkcjonuje również i w Kościele. Trzeba czasu, aby rany zadane przeszłością, zagoiły się i zabliźniły.

- Ukraiński Kościół Prawosławny jest podzielony na Kościół patriarchatu moskiewskiego, kijowskiego i autokefaliczny. Z UKP patriarchatu moskiewskiego w tej chwili relacje są bardzo słabe. Także osobiste kontakty nie są zbyt żywe. Kiedy się spotkamy to miło sobie porozmawiamy, ale głębszych relacji nie ma. Ukraiński Autokefaliczny Kościół Prawosławny jest zajęty swoimi wewnętrznymi kłopotami. Nie są ani zamknięci, ani zbyt otwarci. Jeśli chodzi o patriarchat kijowski jest to otwarty Kościół, relacje z nim są dobre na całej Ukrainie. Jeżeli katolik chciałby za żonę poślubić kobietę należącą do Kościoła patriarchatu moskiewskiego to kategorycznym warunkiem jest ślub w cerkwi prawosławnej. Kobieta musi wyrzec się katolicyzmu i przejść na prawosławie. Kościół prawosławny patriarchatu kijowskiego nigdy takich warunków nie stawia. Katolik pozostaje katolikiem, a ślub nie musi odbywać się w cerkwi. Może też tam przyjąć komunię. Podobnie i my postępujemy. Nie domagamy się przejścia na katolicyzm. Z innymi Kościołami protestanckimi: baptystami, zielonoświątkowcami, adwentystami kontakty są słabsze. Na poziomie parafialnym są słabsze, natomiast na poziomie hierarchicznym są one bardzo dobre.

- Należą do niej nie tylko chrześcijanie, ale także Żydzi i muzułmanie, w sumie 18 Kościołów i wspólnot religijnych. Rada powstała w 1992 roku przede wszystkim dlatego, abyśmy się spotykali i lepiej się poznawali. Należy powiedzieć, że nie jest to nawet wymóg czasu ale potrzeba wszystkich Kościołów. Spotykamy się i rozmawiamy o naszych wspólnych sprawach. Nikt nas nie zmuszał do utworzenia Rady, sami napisaliśmy statut. Trzeba z satysfakcją powiedzieć, że Rada ma na Ukrainie ogromny autorytet. Bardzo często z różnymi prośbami zwracają się do nas władze i stronnictwa polityczne. Chcą, abyśmy wyrazili swoje zdanie na jakiś temat. To znamienne, że ludzie szukają jakiegoś autorytetu i Rada Kościołów tę rolę spełnia.

Spotykamy się regularnie z prezydentem i premierem. Wiele załatwiliśmy, kiedy premierem była Julia Tymoszenko. Wtedy m.in. uregulowaliśmy sprawę wiz dla księży obcokrajowców.

- Sama Rada świadczy o tym, że porozumienie między Kościołami jest możliwe. Mieliśmy tylko kilka przypadków, kiedy nie osiągnęliśmy konsensusu. Nasza jednomyślność o czymś świadczy. Uważam, że jest to bardzo ważne świadectwo. Inaczej funkcjonujemy niż Polska Rada Ekumeniczna. Jesteśmy w dużej mierze doradcami władzy i to sprawia, że jej stosunek do nas jest jednoznacznie pozytywny.

- Relacje się nie zmieniły. Wyczuwa się, że obecny prezydent Wiktor Janukowycz bardziej podkreśla swoją przynależność do prawosławia. Poprzedni prezydenci też byli prawosławni, ale bardziej zaznaczali swój szacunek do innych Kościołów.

Najważniejsze jest to, że nie odczuwamy do siebie wrogości, nie zmieniła się linia rządu wobec łacińskiego Kościoła katolickiego. Nigdy nie domagaliśmy się przywilejów dla siebie. Nie dajemy powodu do zastrzeżeń odnośnie naszej działalności.

Kościół powinien dbać o fundament moralny społeczeństwa i kształtować jego moralną twarz. Władza to dostrzega i ceni.

 

- Jestem niepoprawnym i skończonym optymistą. Dla mnie to co się wydarzyło na Ukrainie w ostatnich 20 latach jest niewyobrażalne. Nie do pomyślenia było, że za naszego życia przyjdą takie zmiany. W czasach komunistycznych szczytem naszych marzeń było uratować to, co jest, te nieliczne kościoły, które istniały. Na moim terenie kościół od kościoła był oddalony niekiedy o 200 km. Sam obsługiwałem kilka województw. Nie śmieliśmy marzyć o seminarium duchownym. Szczytem marzeń była możliwość studiowania w seminarium w Rydze i żeby ktoś tam od czasu do czasu mógł wstąpić. Nieśmiało marzyliśmy o jednym przynajmniej biskupie dla Ukrainy. A teraz mamy aż dwunastu czynnych biskupów i dwóch emerytów. Mamy trzy seminaria duchowne i co najważniejsze mamy powołania.

- Najwięcej kleryków, około 60., studiuje jest w Gródku na Podolu. Trochę mniej, po około 40. jest w Brzuchowicach i w Worzelu koło Kijowa. Nie jest to może duża liczba, ale gdy się pomyśli, że tak nie dawno nie było nic, to człowiek się cieszy.

KAI: Kościół na Ukrainie rośnie ale powoli...

- Proces wzrostu Kościoła trwa nieustannie. Nie jest to spektakularna eksplozja, która z zasady nic dobrego nie przynosi i zazwyczaj bywa bezwartościowa. Powstają nowe parafie. Był czas, że się bardzo dynamicznie rozrastaliśmy, kiedy zaczęliśmy odzyskiwać kościoły. Był czas rozszerzania a teraz trwa okres stabilizacji. Staramy się o coraz głębszą formację i, przede wszystkim, kształtowanie trzonu parafii. Ten proces jest mniej spektakularny. Kiedy święciliśmy odzyskane kościoły przybywały rzesze wiernych. Podobnie było podczas wizyty Jana Pawła II w 2001 r., wtedy Kościół katolicki pokazał, że istnieje, jest żywy i jest wspólnotą, z którą trzeba się liczyć.

- Przede wszystkim chcemy być absolutnie Kościołem katolickim czyli powszechnym. Słyszeliśmy takie głosy, że idzie ukrainizacja Kościoła, albo jeszcze gorzej - depolonizacja. Ani jedno, ani drugie nie ma miejsca. Odprawialiśmy Msze św. i katechizowaliśmy po polsku i będziemy dalej to robić. Byłoby grzechem wołającym o pomstę do nieba, gdybyśmy ograniczyli język polski w Kościele. Nasi przodkowie śpiewali po polsku i my będziemy śpiewać.

Z drugiej strony Kościół musi otworzyć się na potrzeby współczesne, nie można zamknąć się i być kapelanem polskojęzycznych obywateli Ukrainy. To byłby absurd i wyrok śmierci. W województwie tarnopolskim i dalej na wschód, gdzie Polaków prawie nie ma, musimy myśleć o ewangelizacji w języku mieszkańców. Obok polskiego język ukraiński musi mieć prawo obywatelstwa w Kościele. Chodzi o młodzież, która już nie rozumie języka polskiego. U nas w Łucku wprowadziliśmy w niedzielę mszę św. po polsku o godzinie 9, a po ukraińsku o 11. Ludzie mają wybór. Kiedy wprowadziliśmy mszę św. po ukraińsku, to przyszło do nas bardzo dużo nowych ludzi, przede wszystkim inteligencja, lekarze, nauczyciele. Ludzie doceniają nabożeństwa w pięknym języku ukraińskim, przekonują się, że Kościół katolicki nie jest Kościołem narodowym, ale naprawdę powszechnym. Przychodzą do nas nie tylko Polacy i Ukraińcy, ale też Rosjanie, Białorusini, Litwini, Czesi, Słowacy i Węgrzy. W każdym razie język ukraiński jest wspólnym językiem nas wszystkich.

Kiedy nasze msze transmituje telewizja to odprawiamy po ukraińsku. Natomiast w rocznicę tragicznych wydarzeń na Wołyniu, rzezi polskiej ludności dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich w 1943 r., transmitowana przez Telewizję Polonia msza św. była odprawiana w języku polskim. Na szczęście nie było u nas specjalnych emocji z powodu wprowadzenia języka ukraińskiego. Stało się to w sposób naturalny. Im dalej na wschód tym bardziej dominuje język ukraiński. Podobnie katechizacja dzieci prowadzona jest i po polsku i po ukraińsku. Dzieci szczebioczą modlitwy w obu językach jak słowiki.

- Bardzo podobają im się nasze nabożeństwa. Są konkretne i zwięzłe, zrozumiałe od „W imię Ojca…” do „...idźcie ofiara spełniona”. Struktura liturgii rzymskiej jest mniej rozmyta niż wschodniej. Poza tym odprawiamy w czystym języku ukraińskim. Udało się nam wprowadzić świetne tłumaczenie ksiąg liturgicznych w tym języku. Naszego tłumaczenia można nam naprawdę pozazdrościć. Leżało to w mojej gestii, gdyż w episkopacie odpowiadam za sprawy liturgiczne.

- Muzyczne talenty są czasem darem, a czasem cierpieniem... Faktem jednak jest, że cały materiał muzyczny Mszału ukraińskiego jest naszym dziełem.

- Tutaj byłbym bardzo ostrożny. Byłem przekonany, że młode pokolenie będzie wolne od tych historycznych emocji, uprzedzeń, żali. Niestety, nie jest to takie proste. Chociaż młode pokolenie trochę inaczej patrzy na tragiczną przeszłość. Póki politykom będzie wygodnie trzymać w napięciu nasze narody to trudno będzie mówić o pojednaniu. Często mamy do czynienia z manipulacją historii przez polityków, tak aby nie doszło do pojednania. Gdyby polityka nie mieszała się do tego procesu, to może szybko doszłoby do pojednania. Nie tak dawno odprawiałem mszę św. w Ostrówkach, przy samej granicy polsko-ukraińskiej. Tam w 1943 r. w ciągu jednej nocy z 7 na 8 września zginęło 1050 osób, a kościół został spalony. Szczątki chowano w zbiorowych mogiłach, potem te mogiły przeniesiono na cmentarz w lesie i tam odprawiamy msze. A takich miejsc mamy niestety wiele.

- Zapomnieć się nie da. Bylibyśmy nieszczerzy i niesprawiedliwi wobec tamtego pokolenia. Ale pamięć może być różna. Nie chcemy się mścić, nie chodzi o rozliczenie, niech Pan Bóg będzie sędzią. Uważam, że pamięć powinna być zachowywana ku przestrodze. Nie możemy zapomnieć również o Ukraińcach, którzy z narażeniem życia ratowali Polaków, a takich przypadków było niemało.

Ludzie z rozrzewnieniem wspominają czasy przedwojenne, kiedy wszyscy żyli w doskonałej zgodzie. Na przykład moje rodzinne galicyjskie miasteczko Kozowa na Tarnopolszczyźnie. Przed II wojną światową jego mieszkańcy żyli w doskonałej zgodzie: Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Tworzyli wspaniałą społeczność. Żydzi żyli swoim życiem, w swojej kulturze, religii oraz otaczani byli szacunkiem. Chodzili w soboty do synagogi. Polacy i Ukraińcy w niedzielę szli jedni do kościoła, inni do cerkwi. Po wyjściu kobiety spotykały się, ponieważ nie było radia i telewizji, to sobie plotkowały, mężczyźni natomiast szli do karczmy. W Kozowej była wielka karczma, którą prowadził Żyd o nazwisku Szer. Szli do niego na piwo i prowadzili dysputy. To był praktyczny ekumenizm. Kiedy na Ukrainie rozpoczęły się bratobójcze walki, to w Kozowej nikt nikomu nie zrobił żadnej krzywdy. Strzelano w powietrze i przypadkiem spłonął tylko jeden dom. Nikogo nie zamordowano, kiedy w innych niedalekich miejscowościach dochodziło do potwornego ludobójstwa.

- Relacji jako takich nie mamy. Spotykam się na Radzie Kościołów z głównym rabinem Ukrainy. Z nim mam bardzo dobry kontakt i przyjaźnimy się. Spotykam także Żydów, którzy przyjeżdżają w odwiedziny na Ukrainę.

- Nasza diecezja jest jedną z najstarszych na Ukrainie. Wzmianki o biskupach lodomerskich były już w XIII w. Diecezja była kilkakrotnie zmieniana i zawsze okrajana. Jej teren był okrajany w skutek rozbiorów, zmian politycznych.

Obecnie diecezję tworzą dwa województwa, w których po wojnie nie ocalał żaden kościół. Zamknięte zostały absolutnie wszystkie, katedra w 1945 r. Przez jakiś czas funkcjonowała kaplica na cmentarzu, teraz jest tam państwowy dom żałobny.

Biskup Adolf Szelążek i ks. Władysław Bukowiński, ostatni proboszcz katedry łuckiej, apostoł Kazachstanu zostali aresztowani w 1945 r. Ze wszystkich kościołów diecezji przedbolszewickiej ocalał tylko jeden, który zawsze był czynny, ale w skutek zmiany granic, teraz należy do archidiecezji lwowskiej. W obecnych granicach nie było w ogóle kościoła. Teraz mamy 33 parafie, 20 księży sprawuje posługę duszpasterską, są księża z Polski i są miejscowi. Bez księży z Polski nie dali byśmy rady w tak krótkim czasie i w takim zakresie odrodzić życie Kościoła.

- Mamy młodzież, może jeszcze nie tak dużo, ale są bardzo dynamiczni, uczynni i trzeba powiedzieć, że jest to młodzież głęboko myśląca, świadomie wybierająca wiarę. Bardzo wartościowa młodzież, dlatego jestem wielkim optymistą, gdy patrzę w przyszłość. Nikt się nie boi i nikomu nie zarzuca, że chodzi do niewłaściwego kościoła. Może czasem na prowincji się zdarzy, że ktoś zapyta, dlaczego idziesz do Polaków. Chociaż na Wołyniu było epicentrum bratobójczej wojny, teraz mamy chyba najspokojniej. Mamy dobre relacje ze wszystkimi.

- Chociaż mówimy o dynamicznym odradzaniu się Kościoła katolickiego na Ukrainie, jednak na danym etapie pomoc Kościoła polskiego jest niezbędna. Mówimy o tym i zawsze za tę pomoc z serca dziękujemy.

- Ojciec Święty został oficjalnie zaproszony przez episkopat na rok 2012, w rocznicę przeniesienia stolicy biskupiej z Halicza do Lwowa, co miało miejsce w 1412 r. Na rok 2012 planowany jest Kongres Eucharystyczny i jeżeli dojdzie do skutku wizyta papieża, wówczas Ojciec Święty zamknąłby Kongres we Lwowie.

- To byłoby cudowne, wówczas pojechalibyśmy z papieżem na Białoruś. Wierni Białorusi z ogromnym utęsknieniem czekają na wizytę Ojca Świętego.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Marzymy o wizycie Benedykta XVI
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.