Tragizm Bożego Narodzenia

(fot. cathopic.com)

Męczeństwo św. Szczepana, które Kościół stawia nam przed oczy już w drugi dzień Oktawy Bożego Narodzenia, to nie jest pomyłka, liturgiczny przypadek, ale wskazanie na to, że te święta, choć tak ciepłe i rodzinne, mają także wymiar dramatu.

Kolędy, śpiewy, choinka i prezenty, pasterka i wigilijna wieczerza, która jest przecież także liturgią, tyle że sprawowaną w domu, a potem odwiedzanie szopek, rodzinne spotkania i śpiewanie naszych pięknych polskich kolęd - to wszystko robi wrażenie sielanki. Wspominamy narodzenie Dzieciątka, cieszymy się, przyglądamy sympatycznym pastuszkom z jasełek, a jeśli coś kładzie się cieniem, to źli ludzie z gospód Betlejem, którzy nie przyjęli Józefa i Miriam pod swoje dachy, tak że ona musiała rodzić w stajence. Ta sielankowa sceneria nagle przerwana jest opisem męki, ukamienowania, w którym zresztą uczestniczy - po stronie oprawców, a nie bohaterów - późniejszy bohater i święty. Dlaczego tak jest? Czy to przypadek?

Odpowiedź tkwi już w pierwszym dniu świętowania. Wejście w teksty biblijne, ale także w to, jak interpretuje je Tradycja (niekoniecznie apokryficzna, tą bowiem możemy sobie darować) pozwala zrozumieć, skąd taka - wcale nie nagła - liturgiczna zmiana nastroju. Już pierwszego dnia świąt, w samo Boże Narodzenie (i w czasie Wigilii) wspominamy wydarzenia, którym daleko jest do sielanki. Dwoje ludzi jest na obcym terenie, w niewielkiej miejscowości, i nagle ona zaczyna rodzić. Miejsca w gospodzie dla nich nie było, i to nie dlatego, że źli ludzie nie chcieli ubogich przyjąć, ale dlatego, że rodząca kobieta była nieczysta rytualnie, kontakt z nią dla mężczyzny był nie do zaakceptowania z religijnego i kulturowego punktu widzenia. Ówczesne gospody zaś składały się z jednego pomieszczenia na dole, gdzie się jadło, i drugiego na górze, gdzie się spało. Gdzie w takiej sytuacji miała znaleźć intymność i spokój Miriam? W gospodzie - i to zarówno z przyczyn religijnych, jak i ludzkich - go nie było, więc skierowano ją - zapewne w towarzystwie innych kobiet, bo Józefa przy samych narodzinach (czy ogarnięty był niepokojem i zwątpieniem, jak ukazują go ikony, nie wiem, ale na pewno denerwował się, jak kiedyś ojcowie paląc nerwowo papierosy przed porodówkami) ze wspomnianych wyżej powodów, być nie mogło - do groty, gdzie było ciepło, przytulnie, i gdzie zwierzęta kryły się przed chłodem nocy. Tam zaś na świat przyszło dziecko, którego głównym celem życia nie było ani nauczanie, ani cuda, ale Męka i Śmierć, która miała nas wyzwolić z naszych grzechów.

Tamtej nocy, zmęczona matka i zatroskany opiekun (a po ludzku - zastępczy ojciec) pewnie o tym nie myśleli, mieli wiele rzeczy do zrobienia, a przyszłości nie znali. Nie myśleli oni pewnie także o tym - bo jeszcze nie mieli intelektualnych i teologicznych narzędzi, by to zrobić, pewne prawdy dopiero się odkrywały przed ludźmi - że oto Bóg stał się całkowicie bezbronny, że oddał się całkowicie w ich ręce. My jednak możemy już to robić. Wszechmocny stał się bezsilny, oddany w naszą opiekę, wydany w nasze ręce. I to nie tylko w ręce ludzi kochających Go, ale także takich, którzy mają wiele powodów, by Go odrzucić. Już zaproszenie pasterzy do żłóbka było ryzykiem. Tamci, palestyńscy pasterze niewiele mają wspólnego z jasełkowymi postaciami. To nie byli fajni chłopcy, ale wygnańcy, społeczni wyrzutkowie, wykluczeni ze społeczności, często za własne, ponure grzechy. I to właśnie oni zostali przez aniołów zaproszeni do powitania Jezusa. Oni, którzy mogli ograbić, skrzywdzić niewinnych wędrowców. Nie zrobili tego, pokłonili się, dostrzegli w Jezusie Mesjasza… Ale wraz z przyjściem Mędrców (nawet nie wiemy, czy było ich trzech) zagrożenie przyszło z najmniej oczekiwanej strony, czyli z nieodległej Jerozolimy. Herod nie chciał dzielić się władzą, zdecydował się na zlikwidowanie wszystkich, którzy jego władzy zagrażali, także własnych dzieci. Rzeź niewiniątek nie była więc dla niego wielką sprawą. Ile dzieci mogło wtedy zginąć? Kilkanaście, może kilkadziesiąt. Już wtedy w życie Świętej Rodziny wszedł krzyż. Potem ucieczka do Egiptu i powrót do domu, dopiero po kilku, może kilkunastu miesiącach. Niewiele jest tu nostalgii, spokoju. Jest dynamizm i tragizm ludzkiego życia, odrzucenie (choć i przyjęcie), męczeństwo codzienności, które prowadzi do Krzyża.

DEON.PL POLECA

Męczeństwo św. Szczepana doskonale wpisuje się w ten tragizm chrześcijańskiego życia, w jego dramatyzm. Tak jak Jezus był powołany do tego, by iść na Krzyż (a Jego Matka, by Mu na tej drodze towarzyszyć, co pięknie uświadamiają Piety), tak każdy chrześcijanin jest powołany do tego samego. Szczepan był pierwszym, który poszedł drogą Pana, drogą zaczętą w żłóbku w Betlejem, ale nie był ani jedynym, ani szczególnie wyjątkowym. To jest, to ma być droga każdego z nas. Męczeństwo jest i pozostanie na zawsze szczególnym upodobnieniem się do Jezusa, szczególnym dowodem prawdziwości chrześcijaństwa.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego te dwa święta są tak blisko siebie. Wcielenie uczyniło Boga całkowicie bezbronnym wobec człowieka. Wszechmocny, Wszechwiedzący, Nieogarniony Stwórca stał się najpierw zarodkiem, potem płodem, a wreszcie niemowlęciem, dzieckiem, nastolatkiem, a wreszcie mężczyzną. Na każdym z tych etapów mógł zostać zabity przez innych ludzi, na każdym z tych etapów potrzebował innych ludzi. Najpierw do tego, by istnieć i przeżyć, potem by prowadzić życie. Ten Bóg potrzebował być przewinięty, nakarmiony, potrzebował, by przybrany ojciec nauczył Go czytać i modlić się, ale także pracować, by rodzice odnaleźli Go w Jerozolimie. Był wydany na zdradę, porzucenie, odrzucenie i śmierć, tak jak każdy z nas. Taki jest nasz Bóg, a my mamy pozwolić Mu czynić się na Jego wzór. Męczeństwo, oddanie swojego życia, jest najwyższą formą bezbronności, jest tym, do czego wzywa nas Jezus, co jest pełnią świętości, o której tak mocno On mówi, gdy wzywa nas, byśmy byli święci, jak święty jest Ojciec. Taki wzór jest nam stawiany przed oczy, gdy czytamy historię Szczepana. Ten pierwszy męczennik woła do Boga: „Panie, nie poczytaj im tego grzechu!”; tak jak Jego mistrz wołał do Ojca: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. To przebaczenie jest związane ze świadomością, że bezbronny Bóg chce oddawać za nas swoje życie, a nie dokonywać srogiej pomsty. On wydaje się w nasze ręce, najpierw w ręce swoich rodziców, ale potem także oprawców, a nasza droga ma być analogiczna.

Doktor filozofii, pisarz, publicysta RMF FM i felietonista Plusa Minusa i Deonu, autor podkastu "Tak myślę". Prywatnie mąż i ojciec.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Tragizm Bożego Narodzenia
Komentarze (2)
AZ
~Agnieszka Zabielska
29 grudnia 2020, 10:31
Dziękuję za ten artykuł, Panie Tomaszu. Zwłaszcza za to zdanie: "Męczeństwo, oddanie swojego życia, jest najwyższą formą bezbronności, jest tym, do czego wzywa nas Jezus, co jest pełnią świętości". Jestem obecnie "na wylocie" z Kościoła i chyba z chrześcijaństwa jako takiego również. Pana artykuły (nie tylko ten) mają tę ważną zaletę, że odzierają istotę wiary z warstw pluszu i "ciepełka". I dobrze, bo czy przychodzić, czy odchodzić - lepiej wiedzieć, od czego. Pozdrawiam serdecznie.
TR
~Tomasz Romek
27 grudnia 2020, 18:38
Życie to piekło.