Rzecz o starości i starzejącym się społeczeństwie

(fot. Horia Varlan / flickr.com / CC)

Kilkanaście kroków od mojego domu rodzinnego, w gmachu adaptowanym z niegdysiejszej szkoły podstawowej, mieści się dom spokojnej starości.. Gdy wyjdę do ogródka, słyszę rozmowy starych ludzi. I nie dają mi one spokoju.

Temat domów spokojnej starości często budzi emocje. Słusznie. Dla wielu Polaków wciąż nie jest czymś zwyczajnym "oddawanie" krewnych, rodziców, do tego typu instytucji. Są tacy, którzy uważają, że to nieludzkie, niemoralne, antyrodzinne. I z jednej strony można odpowiedzieć, że to sprawy bardzo osobiste, niejednoznaczne, z drugiej: że to zjawisko społeczne, które z bardzo dużym prawdopodobieństwem będzie narastać.

Skąd taka prognoza? Z demografii. Czytałem niedawno na łamach "Nowego Obywatela" bardzo gorzki wywiad z Cezarym Mechem, ekonomistą i publicystą ekonomicznym. Chciałbym zacytować fragment, który nader obrazowo wyjaśnia to, co może się stać z naszym społeczeństwem i państwem: "Na polską rodzinę przypada obecnie nieco ponad jedno dziecko. Następne pokolenie, o połowę mniej liczne, musiałoby mieć po czwórce dzieci, aby to nadrobić. To nierealne. W praktyce z Polski zostanie tylko nazwa, jak została nazwa Burgundii, chociaż narodu już nie ma. Proces europeizacji zagłuszył w nas instynkt narodowy. Protestujemy przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego, co i tak nic nie da, bo arytmetyka procesów demograficznych jest nieubłagana, a jednocześnie godzimy się na antyrodzinną, antyurodzeniową i proemigracyjną politykę kolejnych rządów. W efekcie starsze pokolenie, coraz bardziej dominujące liczebnie, będzie przejadać środki młodych rodzin na utrzymanie dzieci. To starsze pokolenie to właśnie my, którzy dziś decydujemy w Polsce i zachowujemy się jak hulaka, który przepija majątek, zadłuża się za granicą, oszczędza na posiadaniu dzieci i kradnie pieniądze na renty emerytury młodych. A potem poprosi, żeby go utrzymywać. Tylko kogo?".

Urodzony w 1959 roku Cezary Mech mówi o swoim pokoleniu, pokoleniu dzisiejszych pięćdziesięciolatków. A co, z nami, trzydziestolatkami? Ilu jeszcze wyjedzie na emigrację zarobkową, żeby już nigdy nie wrócić? Ilu, co powszechne w dzisiejszym świecie, nad więzi rodzinne przedłożyło własny sukces życiowy, albo prostą konieczność utrzymania się i nigdy już na stałe nie wróci w rodzinne strony? Tam, gdzie zostali starzejący się bliscy, tam gdzie wraz ze śmiercią jednych przychodzi wreszcie samotność drugich. Co lepsze? Samotność w pustym domu, czy dom spokojnej starości? Kto ma decydować? Czy wybór drugiej opcji czyni dzieci, bliskich ludźmi złymi? Nie sądzę, choć nigdy nie chciałbym sam stanąć przed podobnymi dylematami.

To jedna strona medalu. Inna, o wiele bardziej ponura, dotyczy losu ludzi starych w ich własnych domach. Przed laty jeździłem na wczaso-rekolekcje do Łaźniewa, na których przebywali ludzie niepełnosprawni i starzy. Poznałem trochę historii, mało budujących (mówiąc eufemistycznie) o sposobie traktowania ludzi niedołężnych, schorowanych, starych przez ich bliskich. Czy może lepiej będzie powiedzieć "bliskich": bo poziom znieczulicy nie pozwalał mówić o żadnej prawdziwej więzi czy bliskości. Czy w takim wypadku dom spokojnej starości, dom opieki nie są czymś lepszym? Wiem, wiem, także w tego typu instytucjach zdarzają się rzeczy złe i karygodne.

Ten dom spokojnej starości w mojej rodzinnej okolicy wydaje się dobrym, przyjaznym miejscem, zadbanym, przemyślanie zorganizowanym. Ludzie starzy nie są tam izolowani od świata. Jak wspominałem, nie raz zdarzyło mi się słuchać rozmów osób, które tam przebywają. Rozmów niejednokrotnie radosnych, wartkich. A przecież zawsze ogarnia mnie jakiś smutek, współczucie - bo to dla tych mężczyzn i kobiet obce miejsce, cudze, bo zostali "wygnani" ze swojego świata, bo pielęgnują ich obcy ludzie. Bo, wreszcie, zostali zgromadzeni w jednym miejscu, które jest dla nich ostatnią poczekalnią przed śmiercią. Choć często, czego każdy z nas pewnie doświadczył, obce miejsce można udomowić, uczynić swoim - jeśli są po temu sprzyjające warunki.

Pisałem o "nieubłaganej logice demografii": starzejącym się polskim społeczeństwie, które będzie jeszcze starsze: zatem przybędzie pustych domów, przybędzie starców i staruszek, których na stare lata nie będzie komu odwiedzać, albo wizyty te będą rzadkością, grobów na których najbliżsi nie zapalą zadusznego znicza. I, kto wie, może także autor tego felietonu swoje ostatnie dni/miesiące/lata spędzi w domu spokojnej starości. Może tam właśnie umrze niejeden czytelnik tego felietonu. A może kiedyś - podobnie jak dzieje się to choćby w przypadku rodzinnych domów dziecka, albo różnych "sieci samopomocy" społeczeństwa obywatelskiego - zaczną powstawać "rodzinne domy spokojnej starości". Niewykluczone, że znajdą się tacy odważni ludzie, którzy przyjmą pod swój dach "obcych" staruszków. Może już kiełkują podobne inicjatywy.

Póki jesteśmy młodzi i pełni sił, pewne myśli i pytania wydają się nam nie na miejscu. Albo udajemy, że nas nie dotyczą. Ale warto je sobie zadać w ten nieco bardziej refleksyjny niż zwykle czas, gdy jeszcze płoną zaduszne znicze.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Rzecz o starości i starzejącym się społeczeństwie
Komentarze (5)
Z
Zocha
8 listopada 2012, 15:35
Kiedyś usłyszałam powiedzenie: Dom starców to zemsta za żłobek! Coś w tym jest!
E
Emeryt
7 listopada 2012, 22:43
Mam kilkoro dobrych dzieci i wiele wnuków. Marzy mi się jednak dom spokojnej starości gdzie mógłbym zamieszkać wraz z zoną, mieć swój samochód, trochę swoich gratów i kuchenkę. Zabezpieczeniem byłaby obsługa, która w miarę moich dolegliwości czasami podałaby posiłek albo zrobiła zakupy, zadała lekarstwa, albo zaproponowała jakieś rozrywki czy wydarzenia kulturalne. Jakiś kawałek ogrodu też by się przydał. To jest przecież możliwe na obrzeżach miasta. Mam jaką taką emeryturę i bym to jakoś opłacił, może przy niedużej pomocy z zewnątrz. Albo dorzucę mieszkanie?  Dzieci odwiedzałyby mnie tak jak teraz często, ale nie nazbyt często. Mieszkamy wszyscy w jednym dużym mieście. Czy takie marzenia są naganne? Źle świadczą o mnie? O moich dzieciach?
C
chwila
6 listopada 2012, 21:51
 Przy obecnej "opiece zdrowotnej" i perspektywie pracy do 67 lat, mało kto dożyje sędziwych lat. Więc autor niepotrzebnie się martwi przyszłością. Wystarczy przespacerować się nowymi alejkami cmentarzy i poczytać na nagrobkach wiek ludzi, którzy tam leżą. I to wystarczy. Koniec.
Krzysztof Wołodźko
6 listopada 2012, 08:15
No cóż... artykuł świetny, ale błagam! Budynek może być adaptowany, nie adoptowany. Zdecydowanie! Poprosiłem Redakcję o korektę. Lapsus freudowski najpewniej. :-) pzdr.
Katarzyna Rybarczyk
6 listopada 2012, 08:04
No cóż... artykuł świetny, ale błagam! Budynek może być adaptowany, nie adoptowany.