Jezus Oblubieńcem moim jest
W listopadzie liturgia i przyroda mówią nam o przemijaniu. I choć nie zawsze przyznajemy się do tego przed innymi, zdarza się nam przecież zadawać sobie pytania: Co będzie dalej? Co z tymi, których kochaliśmy? Co będzie ze mną po mojej śmierci? Kościół nie chce nas jednak pogrążać w smutku ani straszyć przemijaniem. Wręcz przeciwnie – daje nam słowo o zmartwychwstaniu, o przyszłym życiu, o Królestwie Bożym, które nie jest jakimś teologicznym mitem, ale zaproszeniem na wieczną ucztę z Oblubieńcem.
Chrześcijan w Tesalonice nurtowało pytanie o los ich bliskich. Razem czekali na powrót Jezusa, tymczasem niektórych z nich trzeba już było pochować. Co się stanie z tymi, którzy nie doczekali? Paweł Apostoł nie zabrania im smutku, lecz mówi, żeby „się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei” (1 Tes 4,13). Żałoba jest czymś bardzo ludzkim i potrzebnym. Lecz beznadzieja nie musi być jej częścią. Chrześcijanin ma pełne prawo płakać, bo kocha, a rozstanie z kimś bliskim autentycznie boli. Ale ten nasz ludzki płacz ma być przesiąknięty jasnym światłem zmartwychwstania. Fundamentem dla chrześcijańskiej nadziei nie jest jednak wykład o tym, co będzie po śmierci, lecz fakt: „Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał (…)” (1 Tes 4,14), to nasi zmarli nie przepadli w wiecznej nicości. Apostoł Narodów nie daje nam dokładnego opisu, co będzie dalej, ale jedno tylko zdanie, które ma nam wystarczyć: „(…) i w ten sposób zawsze będziemy z Panem” (1 Tes 4,17). W tym jednym „będziemy” jest miejsce i dla tych, którzy płaczą, i dla tych, po których się płacze. I dodaje: „Przeto wzajemnie się pocieszajcie tymi słowami” (1 Tes 4,18).
Człowiek nie dostaje pełnej mapy. Nie wie, jak to będzie ani kiedy, ani jak wygląda życie po drugiej stronie. A jednocześnie dostaje wystarczająco dużo. Słowo Boże mówi nam dzisiaj, że da się coś zrozumieć z tajemnicy śmierci, z tajemnicy ludzkiego życia, z tajemnicy powołania do życia wiecznego. „Coś” nie znaczy „wszystko”. Ale znaczy „wystarczająco”, żeby mieć w sobie nadzieję i z podniesioną głową czekać na Oblubieńca. Czy chciałbym wiedzieć więcej? Oczywiście. Podróżny nie musi jednak znać każdego zakrętu, jeśli wie, dokąd jedzie i kto czeka na końcu drogi. Bóg nie straszy nas końcem świata. Nie straszy też śmiercią, która jest przecież takim prywatnym końcem świata każdego z nas. Pokazuje Królestwo jako coś, czego mamy pragnąć – jako ucztę weselną, jako przestrzeń, w której wreszcie można być z Tym, którego się kocha.
Jak na tę ucztę się przygotować? Pierwsze czytanie i psalm podpowiadają: szukając. W pierwszym czytaniu słyszymy o Mądrości, która nie jest sumą wiedzy ani wynikiem inteligencji. Mądrość to sam Bóg, który wychodzi nam naprzeciw z otwartymi ramionami, szukając człowieka w jego codzienności. To Bóg, który daje się poznać. I jest w tym piękny paradoks. My szukamy, ale to On był pierwszy: „(…) uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich” (Mdr 6,13-14). I dalej: „sama bowiem obchodzi i szuka tych, co są jej godni (…)” (Mdr 6,16). Zanim ruszyłem w drogę, Ktoś już wyszedł mi naprzeciw. Ale to nie znaczy, że mogę siedzieć w miejscu. Człowiek został stworzony jako istota głęboko poszukująca Prawdy. Autor Księgi Mądrości mówi o ludziach, którzy się angażują: miłują, szukają, czuwają: „O niej rozmyślać to szczyt roztropności, a kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie (…)” (Mdr 6,15). Psalmista tę tęsknotę za Bogiem wyraża jeszcze prościej: „Boże mój, Boże, szukam Ciebie i pragnie Ciebie moja dusza” (Ps 63,2).
To samo widzimy w dzisiejszej Ewangelii. Dziesięć panien. Wszystkie wyszły na spotkanie. Wszystkie miały lampy. Wszystkie zasnęły i wszystkie usłyszały wołanie o północy. Nie ma tu podziału na dobrych i złych, wierzących i niewierzących. To jedno grono. Różnica polega jednak na tym, co zrobiły roztropne panny, zanim zasnęły: „(…) zabrały również oliwę w naczyniach” (Mt 25,4). Lampę ma każdy, a więc każdy jest zdolny przyjąć oliwę. Ale lampa bez oliwy to tylko ładny przedmiot. A oliwą, która może płonąć, jest Słowo Boże. Nie wystarczy jednak, że to Słowo usłyszę. Nierozsądne panny też słyszały. Słowo trzeba wpuścić do serca i zobaczyć w nim coś więcej niż fragment tekstu z lekcjonarza: Można usłyszeć każde słowo i wyjść z przekonaniem, że to była Ewangelia dla kogoś innego.
Słowo, które daje życie, nakreśla drogę i wlewa nadzieję. Kiedy lampy zaczynają gasnąć, nierozsądne panny proszą: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną” (Mt 25,8). Roztropne odpowiadają: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć” (Mt 25,9). To nie jest brak serca czy samolubność. To jest prawda o tym, że relacji z Bogiem nie da się „pożyczyć”. Nie zastąpi jej wiara babci, gorliwość męża czy żony ani to, że od lat chodzimy razem z innymi do tej samej parafii. Wiara innych nie zastąpi mojej, a ja nie mogę żyć z cudzych zapasów. Nie wystarczy mieć lampę religijnej tradycji, nie wystarczy od czasu do czasu pojawić się w kościele. Oliwę zbiera się powoli, po trochu, przez Słowo czytane i rozważane w codzienności, a nie tylko od święta. Oliwy nie da się dokupić o północy.
Najbardziej zatrzymują mnie słowa, które padają z ust Oblubieńca przy zamkniętych drzwiach: „Zaprawdę powiadam wam, nie znam was” (Mt 25,12). Dramat polega na braku relacji. Można przez wiele lat należeć do wspólnoty i nie poznać Tego, dla którego ona istnieje. Dlatego Jezus kończy wezwaniem: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,13). Nie chodzi o to, żeby żyć w lęku, lecz o to, żeby nie odkładać spotkania z Panem, którego mamy poznawać całe życie. Dlatego warto sobie dzisiaj uczciwie zadać pytanie: czy widzę w Chrystusie mojego Oblubieńca – Kogoś, kogo po prostu chcę poznać bliżej i spotkać bezpośrednio, a nie tylko Kogoś, z kim lepiej mieć w papierach wszystko w porządku? Czy jest dla mnie najważniejszy? Czy tęsknię za Nim: „Ciało moje tęskni za Tobą, jak ziemia zeschła i łaknąca wody” (Ps 63,2)?
Zakochany człowiek nie pyta, jakie minimum musi zrobić, żeby ukochana osoba była zadowolona. Chce być blisko. Nawet czekanie ma wtedy swój smak. Z wiarą bywa podobnie. Dopóki to, co związane z Bogiem jest dla mnie tylko obowiązkiem, to spotkanie z Nim będzie ciężarem. Gdy jednak kocham go całym sercem, to spotkanie staje się czymś wyczekiwanym i upragnionym. Tylko miłość jest w stanie usunąć lęk przed tym, co wydaje się nam końcem. Lęk przed śmiercią nie zniknie dzięki argumentom na rzecz życia wiecznego. On zniknie wtedy, gdy będę wiedzieć, że za drzwiami śmierci, które kiedyś trzeba będzie przekroczyć, czeka na mnie Ktoś znajomy, z kim od dawna żyję w bliskiej więzi. Wtedy życie zyskuje sens, staje się drogą ku niebu, a nie zbiorem kolejnych dni do przeżycia.
Prośmy więc dla siebie nawzajem o chęci: żebyśmy chcieli pogłębiać naszą relację z Panem; żebyśmy w Jego Słowie widzieli oliwę dla naszych lamp i sięgali po nią, zanim zrobi się ciemno; żebyśmy nie byli w wierze i religijności biernymi zapełniaczami kościelnych ławek, lecz spragnionymi wędrowcami w drodze na ucztę niebieską. W Eucharystii już dziś zasiadamy przecież do stołu z Tym, którego mamy nadzieję oglądać w niebie.
Skomentuj artykuł