Solidarność - pytania bez odpowiedzi

Uczestnicy obchodów 31. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych oglądają wystawę poświęconą 30. rocznicy I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" (fot. PAP/Adam Warżawa)
Ryszard Terlecki / "Dziennik Polski"

Rocznice ważnych wydarzeń skłaniają do okolicznościowych obchodów i historycznych laurek. Tym bardziej, że mamy do czynienia z rocznicą największego sukcesu Polaków po II wojnie światowej, czyli skutecznego przeciwstawienia się komunistycznej dyktaturze i uzyskania marginesu obywatelskich swobód, o jakim nie mógł marzyć żaden z narodów poddanych sowieckiej dominacji.

Ale tym razem spróbujmy odejść od rocznicowej sztampy i postawić kilka pytań ważnych dla naszej historycznej świadomości. Tak ważnych, że warto je zadawać pomimo gorzkiej pewności, że nigdy nie uzyskamy odpowiedzi.

Wiatr historii

Pytanie pierwsze może brzmieć następująco: co stałoby się z Polską, gdyby latem 1980 roku nie wybuchł zwycięski strajk? Opozycja antykomunistyczna, nielegalna, choć w większości jawna, była wówczas na tyle wątła, że nie mogła marzyć o zorganizowaniu strajku generalnego, do jakiego praktycznie doszło w końcu sierpnia 1980 roku. Komuniści popełnili dwa błędy. 1 lipca dokonali ukrytej podwyżki cen mięsa (niektóre gatunki mięsa i wędlin trafiły do tzw. sprzedaży komercyjnej, czyli po wyższych cenach) i chociaż niemal natychmiast ją odwołali, to uruchomili mechanizm tzw. strajku pełzającego, przenoszącego się z zakładu do zakładu. Ponadto ten strajk zbagatelizowali, licząc na zaspokojenie robotniczych roszczeń niewielkimi podwyżkami wynagrodzeń.

Strajki tliły się przez półtora miesiąca, ale wybuchły z wielką siłą w drugiej połowie sierpnia. Robotnicy, a także wspierający ich pracownicy wielu sektorów gospodarki, wypowiedzieli posłuszeństwo reżimowi Gierka. Jak było to możliwe? Bo rok wcześniej Polacy doświadczyli wydarzenia, które nie miało precedensu w ich historii: w czerwcu 1979 roku do ojczyzny przybył polski papież, spotkał się (także za pośrednictwem mediów) z milionami wiernych i pobłogosławił ich duchową przemianę. To tam, na Placu Zwycięstwa w Warszawie oraz na krakowskich Błoniach zaczął wiać wiatr historii.

A przecież komuniści usiłowali nie dopuścić do wizyty papieża, a przynajmniej starali się odwlec ją w czasie. Proponowano różne terminy (np. rok 1982), ale Jan Paweł II pozostał nieugięty. Mimo sugestii Moskwy, aby ryzyka nie podejmować i narzucić odległy termin, ekipa Gierka chciała to mieć już za sobą, obawiając się również, że w miarę mijających miesięcy, a nawet lat, pragnienie spotkania z papieżem-rodakiem będzie coraz mocniejsze.

W 1979 roku Polacy spotkali się z papieżem, który natchnął ich odwagą upominania się o własną godność. A gdyby komuniści do tej wizyty nie dopuścili? Pewnie Gierek rządziłby o dwa, trzy lata dłużej. Zapaść gospodarcza pogłębiała się coraz bardziej, a jedynym lekarstwem, jakim dysponowała dyktatura, byłoby zaciśnięcie pasa i tak ubogiemu społeczeństwu. Kryzys społeczny był nieuchronny, tym bardziej że Polacy, jako jedyni z krajów sowieckiego bloku, mieli wyobrażenie o poziomie życia na Zachodzie. Nie wiemy jednak, jaki charakter miałby ten kryzys już po śmierci Breżniewa (listopad 1982), a może nawet po śmierci jego kolejnych następców, Andropowa i Czernienki, oraz po rozpoczęciu pierestrojki Gorbaczowa (1984). Czy młodzi ludzie, którzy bili się na ulicach z ZOMO w końcu lat osiemdziesiątych, zadowoliliby się kontrolowaną "transformacją"?

Kapitulacja na własne życzenie

Ale strajk wybuchł, reżim skapitulował, Gierek stracił władzę, powstała "Solidarność" i zaczął się 16-miesięczny "karnawał wolności". Z rozwojem sytuacji nie pogodzili się ani Sowieci, ani ich polscy namiestnicy. Od jesieni trwały intensywne przygotowania do "odwrócenia biegu wydarzeń". Ale one wymagały czasu.

W marcu 1981 roku doszło do przesilenia. Pobicie kilku związkowych przywódców przez milicję w Bydgoszczy poderwało "Solidarność" do żądania przyspieszenia i pogłębienia zmian, zapoczątkowanych sierpniowym porozumieniem. Reżim, choć uzbrojony po zęby, wydawał się słabnąć. Nowe związki powstawały nawet w milicji i wojsku, organizowali się rolnicy, na uczelniach rosło w siłę Niezależne Zrzeszenie Studentów. "Solidarność", która liczyła już 8 milionów pracowników i wciąż zwiększała swoje szeregi, wezwała do wielkiej mobilizacji. Postawiono władzy ultimatum: albo respektowanie dotychczasowych porozumień, wciąż sabotowanych przez reżim, albo strajk generalny. Aby pokazać, że ultimatum to nie żarty, 27 marca w całym kraju przeprowadzono czterogodzinny strajk ostrzegawczy. Wraz z rolnikami, studentami, a nawet uczniami szkół średnich, wzięło w nim udział 14 milionów osób.

Wyły fabryczne syreny, na bramach zakładów łopotały flagi, ludzie zakładali biało-czerwone opaski. Reżim był przerażony, a "Solidarność" na 31 marca zapowiedziała początek bezterminowego strajku powszechnego. Ruszyły przygotowania, w fabrykach gromadzono żywność i śpiwory, wyznaczano łączników i kurierów, zabezpieczano bramy. "Ludzie szykowali się jak do powstania" - zapisał jeden z liderów opozycji.

Wiosna zapowiadała polityczny przełom. Trwały gorączkowe rozmowy "ostatniej szansy", ale większość członków "Solidarności" była przekonana, że tylko strajk może zmusić reżim do ustępstw.

Właśnie wtedy, w nocy z 29 na 30 marca, w gronie części członków prezydium Komisji Krajowej "Solidarności" z Lechem Wałęsą na czele, a także z udziałem ekspertów, m.in. Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka, zdecydowano o odwołaniu strajku. Władze wykręciły się kilkoma ogólnikami, których i tak nie zamierzały respektować. "Solidarność" została z niczym. Społeczne napięcie opadło, entuzjazm minął, przyszło rozczarowanie.

Komuniści zyskali czas na kontynuowanie przygotowań do stanu wojennego.

Czy można było postąpić inaczej? Rząd nie był przygotowany do konfrontacji, więc gdyby doszło do strajku musiałby zgodzić się na kolejne ustępstwa. Przede wszystkim można było wymusić zgodę na społeczną kontrolę zaopatrzenia sklepów w żywność, a także na dostęp "Solidarności" do telewizji i radia. Jaruzelski, który od prawie dwóch miesięcy był premierem rządu, wiedział, że musi zniszczyć "Solidarność", bo inaczej zostanie odwołany przez Moskwę. Ale na razie szefem PZPR był Stanisław Kania, mniej skłonny do wszczynania wojny z własnym narodem. Sowieci nie zamierzali interweniować, w każdym razie dopóki nie zostanie zagrożone bezpieczeństwo ich wojsk, stacjonujących w Polsce.

Czy Polacy zmarnowali wielką szansę? Czy w marcu kolejny strajkowy sukces nie przekreśliłby przygotowań do stanu wojennego? Czy zmian, które nastąpiły w 1989 roku, nie można było przyspieszyć? Czy nie można było uniknąć więziennej gehenny tysięcy ludzi, śmierci górników z "Wujka", męczeństwa księdza Jerzego Popiełuszki?

Marcowy kryzys 1981 roku zakończył się porażką "Solidarności", która straciła impet w walce z dyktaturą. Następny, grudniowy kryzys, zakończył się jej klęską.

Wojna z narodem

Historia nie odpowiada na pytanie: co by było, gdyby było inaczej, niż było. Ale pytania można stawiać. Także trudne pytania.

W grudniu 1981 roku warunki do zorganizowania oporu były znacznie trudniejsze niż w marcu. Jaruzelski miał czas na przygotowania, społeczeństwo było zmęczone miesiącami obaw, czy nie zabraknie żywności, benzyny, opału. Sklepy były puste, wszystkie ważniejsze towary sprzedawano na kartki, w miastach wieczorami wyłączano prąd. W "Solidarności" trwały spory, co do dalszej strategii, działacze wmawiali sobie, że w razie konfliktu "stanie cała Polska". Mimo poufnych ostrzeżeń, przekazywanych nawet przez funkcjonariuszy bezpieki, lekceważono niebezpieczeństwo. Nie przewidziano ani masowych, aresztowań, ani blokady łączności telefonicznej. Wierzono w siłę strajków okupacyjnych, ale nie ustalono, jak się zachować w razie pacyfikacji izolowanych od siebie zakładów. Unikano dyskusji o konfrontacji ulicznej, tymczasem reżim najbardziej bał się demonstracji i starć z tłumem.

Komuniści wiedzieli, że na sowiecką pomoc nie mogą liczyć. Milicji i ZOMO mieli za mało, wiedzieli że w razie starć będą musieli użyć wojska. Czy wojsko nie odmówi strzelania do cywilów? Na to pytanie nikt nie umiał odpowiedzieć. Ale Jaruzelski miał dużo szczęścia, bo "Solidarność" nie przygotowała się na ewentualność stanu wojennego, więc milicja i wojsko likwidowały strajk po strajku, zmuszając robotników do opuszczenia zakładu i aresztując przywódców. Zdesperowani górnicy kilku kopalń, które nie skapitulowały dobrowolnie, pozostali samotni. Reżim triumfował. A Polska straciła osiem kolejnych lat cywilizacyjnej i gospodarczej zapaści. Sowietyzacja kolejnego pokolenia, wprawdzie osłabiana przez opór solidarnościowego podziemia, zebrała swoje żniwo.

Czy można było pokonać Jaruzelskiego w grudniu 1981 roku? Pokonać mróz, społeczne zniechęcenie, wewnętrzne konflikty? Andropow, pierwszy zastępca Breżniewa, na posiedzeniu Biura Politycznego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego w grudniu 1981 roku powiedział, że jeżeli "Solidarność" zwycięży z komunistami w Polsce, to trzeba będzie się z tym pogodzić. Czy można było przygotować skuteczny opór, skoro reżim dysponował dziesiątkami tysięcy agentów bezpieki i służb wojskowych, ulokowanych we wszystkich instytucjach, organizacjach, w Kościele, w "Solidarności"? Jacy przywódcy byli potrzebni, by przewidzieć rozwój wydarzeń, zaplanować ripostę, wymusić dyscyplinę? Na to pytanie też nie potrafimy odpowiedzieć.

"Solidarność" w 1980 roku była największą nadzieją Polaków od czasu "Burzy" i Powstania Warszawskiego. Pokonana w 1981 roku - walczyła w podziemiu. Czekała na pomyślną koniunkturę i doczekała się kryzysu w całym sowieckim imperium. Wtedy znów stanęła do walki o wolność. Czy w tej walce wybrała najlepszy scenariusz? To już jest zupełnie inne pytanie.

*Autor jest profesorem historii PAN, posłem PiS. Nakładem IPN ukazała się jego książka pt. "Solidarność 1980-1989. Dekada nadziei".

Źródło: Solidarność - pytania bez odpowiedzi

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Solidarność - pytania bez odpowiedzi
Komentarze (1)
S
solidarnościowiec
2 września 2011, 19:04
"Czy w tej wakce wybrała najlepszy scenariusz?" - Nic nie wybierała i nie wybiera do tej pory. Wciąż jest prowadzona na tym samym pasku tzw. służb specjalnych. To nie spiskowa teoria dziejów - to oczywiste, choć niby tajne fakty. Kto nie chce, niech nie wierzy... i dalej się dziwi.