Te pięć zasad oderwie twoje dziecko od komputera

(fot. luckat / shutterstock)

Rodzice zadają mi pytania, czy wyznaczam moim chłopakom limity: "Jaki dać czas na granie? Godzinę dziennie? A może dwie co drugi dzień?" Ciężko mi powiedzieć, bo moje dzieci grają dosłownie ile chcą! Zgodnie z pięcioma zasadami.

Gra, gra i gra… Słońce świeci, piękna pogoda, a ten gra. Rower, rolki, czy piłka wciąż zakurzone po długim zimowym śnie? Nie idzie go oderwać! Nastolatek, który jeszcze w minione wakacje chciał codziennie przez miesiąc wyrzucać śmieci, w zamian za wymarzony model deskorolki, dziś już nie pamięta w jakim ta decha jest kolorze. Proszony o wyjście na wspólny spacer, wyraz twarzy ma taki, jakby ktoś zwracał się do niego w języku suahili. Problem w tym, że to, co on musi koniecznie zdobyć, to wy już niekoniecznie rozumiecie. Istna rodzinna wieża Babel.

Jak znaleźć nić porozumienia?

Próbowałam interesować się tym, w co grają dzieci. Nie byle jak! Ba! Nauczyłam się imion wszystkich Angry Birdsów. Łącznie z tymi trzema niebieskimi. Próbowałam swoich sił w strzelaniu, ale raz po raz słyszałam: - Daj mamo, to Ci to przejdę, bo prędzej babcią zostaniesz nim ruszysz dalej.

Ponieważ zaczynałam bić rekordy w czasie spędzonym na jednym poziomie gry, chciałam nadrabiać intelektem. Jak już mogłam swobodnie, na wyrywki i obudzona w środku nocy, rozpoznać wszystkie ptaki, zmienił się sezon, a z nim wszyscy, wykuci przeze mnie na blachę, angry-bohaterowie.

DEON.PL POLECA

Potem próbowałam tych nieszczęsnych limitów czasowych. Pozwoliłam grać godzinę. Zaraz okazało się, że godzina to za mało, bo przynajmniej jej połowa schodziła na zorientowanie się, gdzie i czyje wojska na mapie starożytnej Europy stoją. Potem trzeba było je przegrupować i coś tam jeszcze. Dokładnie w 59 minucie zaczynała się batalia. - Kiszka mamo. Nie uważasz? - pytali kochani synkowie.

Kiszka… przyznawałam

Sama pamiętam te godziny oczekiwania, nim Atari wczyta tę świszczącą po dziś dzień w uszach melodię z taśmy. Po godzinie mniej lub bardziej emocjonującego oczekiwania, w końcu można było grać.

Lubiłam gierkę o samolocie zbijającym wieżowce. Z czasem budynki były coraz wyższe. Jak się zagapiłeś, to wpadałeś samolocikiem w wieżowiec - i był Game Over. Ach, te emocje!

Kiedy po godzinie oczekiwania na wczytanie gry, półgodzinnym staniu w kolejce, bo przed tobą siódemka spragnionych komputera kuzynów i kuzynek, w końcu siadałeś z wypiekami na twarzy… Układałeś palce na trzech literkach klawiatury. Jedna "kierunek w prawo", druga "kierunek w lewo" (akurat w tej grze obie opcje były zbędne) i trzecia, która spuszczała bobmę w dół. No więc wciskałeś play, wstrzymywałeś oddech, ręce spociłeś, samolocik ruszał… leciał, leciał… jedna bomba, druga, trzecia, wieżowce rosły, czwarta bomba… i bach. Pudło. Game Over.

W tym samym momencie czułeś, jak Cię ktoś klepał po ramieniu, byś szybciej schodził z krzesła, bo za tobą kolejna piątka dzieciaków trzęsących się z emocji w oczekiwaniu. Ech… to były czasy!

Koniec wspomnień

Streszczam tutaj swoje wspomnienia tylko po to, byście zrozumieli, że nie miałam przekonania do limitów czasowych. To tak, jakby Wam ktoś w kinie zastopował film, włączył światła na piętnaście minut przed zakończeniem i krzyknął: "Koniec! Minęła godzina oglądania!"

Wiem jaki to dramat. Przeżyłam to dosłownie. Wyłączyli prąd w kinie. Do dziś pamiętam tytuł bajki (Tupot małych stóp) i wrzask mojego najstarszego syna, który od obsługi kina zaczął się domagać zwrotu biletów. W sumie słusznie. Domagał się tak ekspresyjnie, że w końcu pani bileterka, uznając argumentację pięciolatka, poszła do reżyserki o to dopytać i przyniosła radosną wieść, że bajka dobrze się skończyła.

Jeśli nie limity czasowe, to co? Obmyśliłam inny plan, który od lat kilku świetnie się sprawdza. Okazuje się, że jak na Retro Matkę w niektórych kwestiach jestem zaskakująco postępowa. Szokuję samą siebie.

Zniosłam wszelkie limity!

Mogą grać na konsoli, czy komputerze, ile chcą - aż kciuki zabolą od wciskania klawiszy na padzie! Oczywiście jak w każdym markecie, do każdej ekstra promocji obowiązuje też kilka extra zasad. W naszej retro rodzince jest ich tylko pięć:

Zasada 1

Nie ma grania w dni robocze.

Koniec kropka. Zasada prosta i nienaruszalna. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że dni robocze trwają od poniedziałku do piątku do jakiejś 18.00. Oczywiście, jeśli jest dzień wolny taki jak dziś, mogą grać. Tyle, że dziś przyjadą goście, więc wejdzie w życie zasada nr 3, ale o tym za chwilę.

Zasada 2

Najpierw obowiązki, potem granie.

Wiem. No, wredna jestem. Tak sobie jednak myślę, że w dorosłym życiu to im się przyda. Siłą rzeczy, w taką sobotę na przykład, nim jeden odkurzy, a drugi zmyje podłogi, posprzątają na półkach, trochę czasu zleci. A jeszcze przecież trzeba lekcje na poniedziałek mieć odrobione!

Zasada 3

Nie wolno grać przy gościach.

Ups, no niby wolny dzień, ale jak ktoś przyjedzie, to przecież nie po to, żeby oglądać plecy grającego. Jednym, jedynym małym wyjątkiem od tej reguły jest dzień, w którym koledzy przychodzą pograć wspólnie.

Zasada 4

Nie gramy podczas wyjazdów

Wiem, że są osoby, którym w głowie się to może nie mieścić, ale na wycieczki nie zabieramy smartfonów, laptopów, ani innych gameboy’ów. W bagażach nie brakuje za to kart, czy planszówek. Wyjazd rodzinny jest czasem dla rodziny. Przecież jest tyle innych wolnych dni, kiedy można grać!

Zasada 5

Dogadaj się z rodzeństwem!

Jak już Syn znajduje się w okienku czasowym, w którym może grać bez limitów, zostaje mu tylko ostatnia sprawa… dogadać się z bratem. A, że braci jest dwóch i już na zapleczu rośnie Siostra, trochę to utrudnia sprawę. Uzgodnienia są zwykle godzinowe. - Ja gram do 13.35, a potem wychodzę, to graj ile chcesz - mówi jeden brat. - Przecież ja też wtedy idę. - odpowiada drugi. - Spokojnie ja mam czas od 14.00 - z zadowoleniem oznajmia trzeci. Nie wiem, jak to robią, ale zawsze się dogadują. Może dlatego, że jeśli negocjacje przekraczały pewien poziom decybeli, uznawałam za słuszne chować piloty? Dziś już dogadują się w lot.

Dla sprawdzenia, zasadności powyższych zasad przeliczyłam, ile chłopcy grali w miniony weekend. Myślę, że nie będzie tego więcej niż godzina na głowę. Włączając w to emocjonującą sobotę, gdy wszyscy usiedli, by kibicować matce w trudnej sztuce obsługi kontrolera gier. Poległam!

Zalety gier komputerowych

Zatem moi Drodzy! Nie ograniczajcie nastolatkom dostępu do atrakcji, jakie niesie ze sobą XXI wiek. Ważne jest to tym bardziej, iż jak zapewniają znawcy, gry komputerowe oprócz licznych zagrożeń, mają też krótką listę zalet, takich jak: poprawa zdolności do koncentracji, ćwiczenie spostrzegawczości, logicznego myślenia, umiejętności wchodzenia w interakcje itp. A jak zainwestujecie w gry obcojęzyczne, może się okazać, że wasz nastolatek zacznie perfekcyjnie posługiwać się językiem angielskim (co nieszczególnie ma odzwierciedlenie w ocenach ale znacznie poprawia czas zdobywania kolejnych leveli). Serio! Warto.

Wniosek? Ustalcie zasady, a potem dajcie pograć!

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu "Retro Matka", autorstwa Lidii Góralewicz. Jest ona matką czwórki dzieci i autorką cyklu "Małe kroczki" o tym, jak wprowadzać dziecko w Kościół.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Te pięć zasad oderwie twoje dziecko od komputera
Komentarze (1)
KB
Kasia Brzez
11 września 2018, 15:21
Proste, a jakie skuteczne. Wymaga tylko...konsekwencji. No i dobrze dla zasady 2, gdy dziecko ma więcej obowiązków, niż odkurzenie własnego pokoju. Zasada 3 sprawdza się, gdy goście nie przychodzą z własnymi smartfonami albo tabletami, a zdarza się. Do zasad 1 i 4 jestem za miękka. Zasada nr 5 nie wchodzi w grę, gdy każdy dzieciak ma swój smartfon czy PSP...Ale ogólnie popieram sposób myślenia autorki i też wydaje mi się, że mówienie: "czas minął, koniec!" jest brutalne, niesprawiedliwe i nielogiczne. Dzieciak się wtedy wkurza (jest w środku jakiejś bitwy, meczu itp.), a rodzic tłumaczy te emocje  uzależnieniem od gierek...konflikt i totalny brak zrozumienia ze strony "starszych". Pozdrawiam