Historia dopisała ostatni rozdział jej życia

Historia dopisała ostatni rozdział jej życia
Byłem przygotowany, że pani Anna zażąda jakichś zmian, bo nie potraktowałem jej życia hagiograficznie, ale tak się nie stało (fot. DEON.pl Agnieszka Masłowska)
PAP / slo

"Ostatni raz widziałem się z Anną Walentynowicz na kilka dni przed jej śmiercią w katastrofie pod Smoleńskiem. Przekazała mi wtedy ostatnie materiały, dotyczące jej syna. Wcześniej przeczytała moją książkę w maszynopisie i była z niej zadowolona. Sama historia dopisała ostatni rozdział" - mówił Cenckiewicz na sobotnim spotkaniu podczas trzeciego dnia Warszawskich Targów Książki.

"Byłem przygotowany, że pani Anna zażąda jakichś zmian, bo nie potraktowałem jej życia hagiograficznie, ale tak się nie stało. Zaakceptowała nawet te fragmenty, które dotyczyły spraw, o których nie rozmawiała z nikim - na przykład związku z ojcem jej syna Janusza, który porzucił ją, gdy dowiedział się, że jest w ciąży. Tak dokładnie wymazała go ze swego życia, że Janusz nie zna nawet nazwiska swego ojca, nosi nazwisko ojczyma. Nie ominąłem też okresu z przełomu lat 40. i 50., kiedy Anna Walentynowicz wierzyła jeszcze, że nowa Polska będzie rzeczywiście +ludowa+, kiedy działała w ZMP i była przodownicą pracy w stoczni, której zdjęcia ukazywały się na pierwszych stronach gazet" - mówił Cenckiewicz.

Anna Lubczyk urodziła się w 1928 roku w Równem na Wołyniu, podczas wojny zginęli jej rodzice, a brata Sowieci wywieźli na Wschód. Anną zaopiekowali się sąsiedzi z Równego, ale traktowali dziewczynkę jak darmową służącą, bili, głodzili i zaganiali do pracy ponad siły dziecka. Razem z tą rodziną jeszcze podczas okupacji przedostała się pod Warszawę a po wojnie - do Gdańska. Tam zdecydowała się usamodzielnić. W 1950 roku zatrudniła się w Stoczni Gdańskiej jako spawacz, co, jak podkreśla historyk, było jednym z najcięższych i najbardziej ryzykownych zajęć w zakładzie. Pracowała, jak wspominała w rozmowach z Cenckiewiczem, z radością i przekonaniem, należała do stoczniowego teatru i chóru, zapisała się do ZMP. Jednak szybko przekonała się, co kryje się za partyjnymi sloganami. Pensja nie wystarczała nawet na jedzenie nie mówiąc o mieszkaniu. Gdy w 1952 r. urodziła syna Janusza była w tak dramatycznej sytuacji, że napisała nawet list do Bieruta pytając, "czy mam zginąć z tym dzieckiem, jak bezdomny pies?". List pozostał bez odpowiedzi.

Z czasem Walentynowicz rzuciła legitymację ZMP, zaczęła angażować się w obronę słabszych, szczególnie kobiet (należała do Ligi Kobiet). Dopiero w 1959 roku otrzymała 38-metrowe mieszkanie, w którym mieszkała do końca życia. Gorliwość w piętnowaniu niesprawiedliwości w stoczni sprawiła, że w 1953 r. po raz pierwszy zainteresowała się Anną bezpieka. Konflikt między Walentynowicza a jej przełożonymi narastał. W latach 60. wyszła za mąż za ślusarza Kazimierza Walentynowicza. W 1970 roku oboje zaangażowali się robotnicze protesty na Wybrzeżu, groziło im zwolnienie z pracy w stoczni. W tym czasie okazało się, że praca spawacza zrujnowała Walentynowicz zdrowie, lekarze zdiagnozowali żelazicę, pylicę i zagrożenie rakiem i dawali jej pięć lat życia. Wkrótce okazało się, że Kazimierz Walentynowicz jest jeszcze bardziej chory - zmarł w 1971 roku.

DEON.PL POLECA

W 1978 roku Anna Walentynowicz zaangażowała się w działalność Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, była kolporterką prasy niezależnej, pisywała do "Robotnika Wybrzeża", a przede wszystkim udostępniała swoje mieszkanie na spotkania. Przez lokal na Grunwaldzkiej przewinęła się czołówka opozycjonistów w PRL - od Jacka Kuronia, Kazimierza Świtonia, Leszka Moczulskiego, Adama Michnika, aż po Lecha Wałęsę, Bogdana Borusewicza, Alinę Pienkowską, Joannę i Andrzeja Gwiazdów i Lecha Kaczyńskiego. Władze stoczni postanowiły za wszelką cenę odsunąć Walentynowicz od pracy. Próbowano ją oddelegować do innego zakładu, wysłać na rentę, rekwirowano przepustkę. Ostatecznie, pod pretekstem niepodjęcia pracy na nowo wyznaczonym stanowisku, 7 sierpnia 1980 r. Walentynowicz została zwolniona ze Stoczni Gdańskiej. Na wieść o tym przyjaciele z WZZ wezwali pracowników stoczni do obrony wyrzuconej z pracy koleżanki.

W czwartek 14 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej im. Lenina proklamowano strajk. Zaskoczony protestami dyrektor wysłał po Annę Walentynowicz samochód służbowy. Tego samego dnia przemawiała do stoczniowców, prosząc o wytrwanie w walce. Porozumienie w kwestii postulatów dotyczących samej stoczni osiągnięto już 16 sierpnia. Kiedy Wałęsa ogłaszał przez megafon zakończenie strajku, Walentynowicz domagała się kontynuowania protestu do czasu realizacji wszystkich postulatów zgłoszonych również przez inne zakłady pracy. Wówczas to razem z Pienkowską pobiegła do bramy nr 3, zamknęła ją i przez tubę prosiła robotników, by nie opuszczali stoczni.

"W ten sposób narodził się strajk solidarnościowy, a wraz z nim idea i ruch +Solidarności+. Ta akcja, ten czyn prostej robotnicy zadecydował o losach Sierpnia'80 i najnowszej historii Polski. Wtedy także rozpoczęły się kontrowersje pomiędzy Walentynowicz a Wałęsą" - mówił Cenckiewicz.

13 grudnia 1981 r. zastał Annę Walentynowicz w podróży, dzięki czemu uniknęła internowania. Przedostała się do Stoczni Gdańskiej i uczestniczyła w strajku okupacyjnym. Dopiero po pacyfikacji zakładu została zatrzymana i osadzona w obozie internowanych kobiet w Gołdapi. Zwolniono ją w lipcu 1982 r., by miesiąc później ponownie ją aresztować. Wyszła z więzienia w marcu 1983 r., ale w grudniu tego roku aresztowano ją po raz trzeci. Opuściła więzienie w kwietniu 1984 r. Później była wielokrotnie zatrzymywana przez SB i osadzana w aresztach na terenie całego kraju. Nie zaniechała jednak działalności. Podróżowała po kraju, brała udział w licznych uroczystościach, manifestacjach i protestach, przyjaźniła się z ks. Jerzym Popiełuszką.

Po 1989 roku Walentynowicz należała do najbardziej konsekwentnych krytyków Okrągłego Stołu i kompromisu z komunistami. "Nie chciała siedzieć cicho więc została zmarginalizowana, przylepiono jej łatkę niezrównoważonej wariatki. Przez ostatnie 20 lat tacy ludzie jak Walentynowicz czy małżeństwo Gwiazdów nieustannie przegrywali bitwę o pamięć i prawdę na temat ruchu antykomunistycznego, ustawicznie marginalizowano ich rolę, przemilczano zasługi. Moja opowieść o Walentynowicz to także hołd dla wszystkich tych działaczy Solidarności, którzy nie zmieścili się w oficjalnym micie założycielskim III RP" - dodał Cenckiewicz.

Spotkanie odbywało się Książka "Anna Solidarność" trafi do księgarń jeszcze w maju. Ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Historia dopisała ostatni rozdział jej życia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.