Gniew młodych we Francji i płaczący matematycy. Dokąd prowadzi nas cyfrowa rewolucja?

Fot. Depositphotos.com

Świat, który obiecuje bezbłędność i natychmiastowość, zostawia po sobie mnóstwo zmęczonych ludzi: uczniów, którzy nie widzą sensu w nauce, dorosłych drżących przed pierwszą pomyłką w nowej pracy, naukowców pytających, do czego są jeszcze potrzebni. Wszyscy oni pytają w gruncie rzeczy o sens życia i o to, czy ktoś zaakceptuje ich z ludzkimi, zwykłymi niedoskonałościami.

Przez trzy kolejne popołudnia mieliśmy w domu kapitalne widowisko, którego nie oferuje żaden serwis streamingowy. Nasz syn dostał zadanie: przygotować prezentację na edukację zdrowotną i poprowadzić lekcję dla koleżanek i kolegów (o tym, jak ten niesławny przedmiot wygląda w praktyce zwykłej, dużej szkoły, kiedyś chyba napiszę osobno). Borys zabrał się do pracy z zapałem, bo i temat - o emocjach - ewidentnie go zainteresował. Najpierw przygotował sobie książki, zaszedł do osiedlowej biblioteki, by zasięgnąć fachowej pomocy, jakie pozycje będą dobre, potem przeglądał strony internetowe, na które dyskretnie zerkaliśmy zza jego pleców, a na koniec dzień po dniu żmudnie klikał w PowerPoincie kolejne slajdy i w Wordzie spisywał to, co zamierzał powiedzieć między nimi.

Wszystko zrobił sam, ale koledzy zobaczyli tylko błąd. Nie wtrącaliśmy się. W naszym domu obowiązuje zasada, że dzieci uczą się same i same pilnują swoich spraw szkolnych; jesteśmy obok, żeby doradzić, kiedy potrzebują pomocy, ale niepytani się nie odzywamy, bo gdzie, jak nie w szkole, mają mieć szansę zrozumieć samodzielnie jakiś temat czy nauczyć się czegoś, popełniając błędy. Tym razem obserwowanie go było czystą przyjemnością, bo podszedł do tematu kreatywnie i wieloaspektowo. Wysłuchaliśmy jego próby generalnej i byliśmy przekonani, że wystąpienie uzyska wysoką notę. W dniu prezentacji syn wrócił ze szkoły jednak nieco przygaszony. Okazało się, że jego slajdy odbiegały od prac kolegów i koleżanek, były mniej spójne, mniej zmyślne, dalekie od ideału. “Co ci mam mówić, mamo. Wszyscy dziś korzystają z AI, więc na tle tych doskonałych slajdów w moich nikt nie zobaczył wysiłku, tylko wszyscy skupili się na tym, że mi się tekst rozjeżdża w paru miejscach…” - wyznał Borys.

To duża pokusa: poddać się i przestać walczyć ze skutkami wszechobecności AI. Gorzka to była rozmowa i po raz kolejny poczułam się jak Dawid wobec Goliata. Albo jak w supermarkecie z dziećmi, kiedy wiem, że dużo lepiej im zrobią jabłka ekologiczne z sadu sąsiadki, czyli małe, kwaśne i nadżarte przez robaczki, niż te piękne, jednakowe, czerwone okazy leżące na wyciągnięcie ręki na marketowym “ryneczku”, a w głowie huczy ogromna pokusa: “I po co z tym walczyć?”. Dzieci tych brzydkich nie chcą i wolą nie zjeść nic niż to, co dobre.

DEON.PL POLECA



Kto pisze "czatem", temu w głowie zostaje bardzo niewiele. Próbując pocieszyć syna, przywołałam jednak wyniki kapitalnego eksperymentu z ubiegłego roku, o którym rozmawiałam z zaprzyjaźnionymi wykładowcami z mojej dawnej uczelni. Badacze z MIT Media Lab poprosili 54 młodych ludzi o napisanie esejów: jedni pisali sami, drudzy z pomocą wyszukiwarki, trzeci z ChatGPT, a aparatura przez cały czas rejestrowała aktywność ich mózgów. Kilka minut po oddaniu pracy 83 procent osób z grupy korzystającej z czatu nie potrafiło poprawnie przytoczyć ani jednego zdania z eseju, który przed chwilą „napisało”; w dwóch pozostałych grupach takich osób było około jedenastu procent. “Potrafiłbyś powiedzieć mi teraz tę prezentację?” - zapytałam syna. “No jasne!” - brzmiała odpowiedź. Nie miałam nawet krzty wątpliwości, że tak właśnie powie, bo to naprawdę jest dobrze zbadane i udowodnione, że wiedza zostaje w głowie na dłużej wtedy, kiedy jej zdobywanie kosztuje nas trochę wysiłku. W nauce najlepsze efekty daje proces i trud, dlatego jestem przekonana, że mój syn potrafiłby opowiedzieć historię każdego ze swoich krzywych slajdów: skąd wziął tę informację, dlaczego postawił ją właśnie tam, co wyrzucił po drodze. Rozumiem też gorzki smak tej satysfakcji. Z ławek kolegów widać było przede wszystkim rozjeżdżający się tekst, a to, że wiem, co wiem, bardzo długo nie osładza człowiekowi wątpliwej przyjemności noszenia etykietki “frajer”.

Czy każde pytanie to dowód niekompetencji? Kilka dni później siedzieliśmy ze znajomymi ze wspólnoty i rozmowa zeszła na współczesne bolączki. Kolega, który po długim i skomplikowanym procesie rekrutacyjnym dostał wymarzoną pracę, nagle przyznał, że ciągle się boi, bo ma poczucie, że tego nie wie, tamtego nie potrafi, a wszystko jest nowe. Obstawiam, że niejeden z czytających zna to frustrujące uczucie z pierwszych tygodni w nowym miejscu, kiedy każde pytanie wydaje się dowodem niekompetencji, a każda pomyłka zapowiedzią rychłego zdemaskowania. Mówią na nie “syndrom oszusta”. W naszej rozmowie zaczęliśmy wymieniać się osobistymi doświadczeniami i po chwili wyłonił się przykry obraz rzeczywistości, z którą mierzymy się niezależnie od branż czy obszarów, w których funkcjonujemy. Okazało się, że jesteśmy wyczerpani kultem optymalizacji, szybkości i doskonałych, najczęściej wygenerowanych efektów, a prawdziwie dobijające jest to, że otoczenie zdaje się nie akceptować błędów ani nie szanować logiki procesów, drogi uczenia się.

Druzgocące i zapierające dech.
Tamta rozmowa zbiegła się z tygodniem, w którym algorytm notorycznie podsuwał mi, obok hiperbombastycznych przechwałek na temat kolejnego cudownego pojazdu Tesli, obrazy zapłakanych matematyków z całego świata. Powód był konkretny. 6 października OpenAI opublikowało za jednym zamachem 722 prace z rozwiązaniami albo istotnymi postępami w 372 otwartych problemach matematyki i informatyki teoretycznej, czyli w zagadkach, nad którymi ludzie pracowali latami. Wiadomość gruchnęła akurat podczas spotkania inaugurującego nowy rok akademicki w Instytucie Studiów Zaawansowanych w Princeton, czyli w jednym z najważniejszych matematycznych miejsc świata, i według relacji tygodnika „Science” zostawiła wielu obecnych z otwartymi ustami. Matematycy pytani przez „New York Timesa” mówili o czymś zapierającym dech i zarazem druzgocącym. W wypowiedziach, które docierały do mnie przez ekran, raz po raz wracały te same pytania: po co mój ludzki wysiłek, po co pracować, skoro maszyna liczy szybciej, łatwiej i piękniej?

Moją uwagę przykuła wypowiedź jednego z profesorów, który podkreślał, że te otwarte problemy są salą treningową, na której wychowuje się kolejne pokolenia badaczy. Młody matematyk uczy się, mocując się z zadaniem, którego nikt jeszcze nie rozwiązał, a kiedy rozwiązanie spada z serwera gotowe, znika razem z nim szansa na tę naukę. Krótko mówiąc, 6 października OpenAI opublikowało właśnie 372 spoilerów - przy czym, dla porządku dodam, że o ile dobrze śledzę doniesienia, już następnego dnia firma wycofała trzy z tych prac, bo w jednym z rozumowań pomylił się znak, a dwie kolejne na nim się opierały. Tekst rozjeżdża się, jak widać, nawet najlepszym.

W tym samym czasie Europa ogląda gniew młodych. We Francji wszystko zaczęło się 21 września w liceum imienia Antoine'a de Saint-Exupéry'ego w podparyskim Créteil, gdzie od dawna brakowało nauczycieli. Uczniowie wymieniali rzeczy boleśnie przyziemne: klasy po trzydzieści pięć osób, sale, w których nie ma dość stolików, przeładowane plany lekcji, budynki w opłakanym stanie i stres związany z Parcoursup, internetowym systemem rekrutacji na studia. Przewodniczący licealnego związku opowiadał o uczniu, który w roku egzaminu z francuskiego przez siedem miesięcy nie miał nauczyciela francuskiego. “Nooo, czyżbyśmy oglądali prequel tego, co już za moment doprowadzi naszych młodych do frustracji?” - pomyślałam. Mamy drugą połowę października: w szkołach moich dzieci nie było jeszcze jednego tygodnia, w którym cała trójka miałaby wszystkie lekcje. Zastępstwo goni zastępstwo, dyrekcja zabrania wycieczek integracyjnych, bo nie ma kim obstawić lekcji, a przemoc i hejt zaczynają być coraz wyraźniej widzianym wrzodem na tkance szkolnej społeczności.

We Francji te skądinąd bardzo słuszne u zarania protesty przekształciły się w paskudną demolkę - widzimy płonące bramy szkół, petardy wystrzeliwane w stronę dyrektorów, zamaskowani ludzie wykorzystują sytuację, by podsycać zadymę i rozbój. Mam wrażenie, że to jest kolejna odsłona znanego z historii ludzkiego dramatu - kiedy człowiek długo nie widzi sensu w swoim życiu i nie słyszy, żeby ktokolwiek go zauważał, zostaje mu frustracja, a ta jest wyjątkowo wygodnym paliwem dla każdego, kto przychodzi z zapalniczką.

Chodzę więc w tych dniach z pytaniem, czy my, ludzie Kościoła, widzimy, jak wiele nowych-starych tematów się przed ludzkością otwiera i jak ogromna to szansa, by do świata znarkotyzowanego złudami tech-cyber-ejaj dotrzeć z dobrą nowiną. Świat, który obiecuje bezbłędność i natychmiastowość, zostawia po sobie mnóstwo zmęczonych ludzi: uczniów, którzy nie widzą sensu w nauce, dorosłych drżących przed pierwszą pomyłką w nowej pracy, naukowców pytających, do czego są jeszcze potrzebni. Wszyscy oni pytają w gruncie rzeczy o sens życia, o godność człowieka i o to, czy ktoś zaakceptuje ich z niedoskonałościami. Potrzebują tych odpowiedzi i młodzi, i starsi. Czy my, Kościół, będziemy w stanie ich udzielić?

DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Gniew młodych we Francji i płaczący matematycy. Dokąd prowadzi nas cyfrowa rewolucja?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.