Katoliccy biskupi u Donalda Trumpa. Wspólna modlitwa czy pozowanie do politycznych zdjęć?

Donald Trump. Fot. Ale_Mi / Depositphotos

Uczestnicy budzącego kontrowersje spotkania katolickich biskupów z Donaldem Trumpem tuż przed połówkowymi wyborami, powołują się na dobrą wolę i możliwość rozmowy z rządzącymi. Rodzą się jednak wątpliwości.

Déjà vu? „To już kiedyś było” – mogli sobie pomyśleć internauci, którzy w piątek, 23 października br., zobaczyli krótki filmik i zdjęcia zrobione dzień wcześniej w Gabinecie Owalnym w Białym Domu. Déjà vu to anomalia funkcjonowania mózgu, który przedstawia człowiekowi sytuację aktualnie widzianą/przeżywaną jako wspomnienie. Rzecz w tym, że tym razem mózgi ludzi nie oszukiwały. Coś podobnego, nawet bardzo podobnego, jeśli chodzi o ujęcia, miliony ludzi na całym świecie już raz zobaczyły.

DEON.PL POLECA

6 marca br. w sieci można było zobaczyć niespełna minutowe nagranie z wydarzenia, które miało miejsce poprzedniego dnia. Filmik pokazywał prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa siedzącego przy swym biurku w Gabinecie Owalnym. Wokół niego w modlitewnym skupieniu grupa duchownych, niektórzy położyli dłoń na jego ramionach. „Poparcia Trumpowi udziela w Ameryce wiele wyznań, głównie związanych z protestantyzmem” – objaśniał obraz jeden z polskich serwisów internetowych. Istotnie, wtedy nad amerykańskim przywódcą modlili się protestanci. Jak donosiły media, modlili się za niego oraz o sukces USA w wojnie z Iranem. Trzeba przyznać, że nagranie wywołało spore poruszenie i niemałe wątpliwości.

Nagranie z 22 października br. też pokazuje grupę duchownych, w podobnych jak w marcu br. pozach (choć w mniejszej liczbie). Tym razem są to jednak katoliccy biskupi amerykańscy. Jest jeszcze jedna istotna różnica między tymi dwoma bardzo podobnymi nagraniami. 6 marca 2026 do tzw. wyborów połówkowych w USA pozostało osiem miesięcy. 22 października dzieliły od nich niespełna dwa tygodnie. Jeśli tamto spotkanie zostało przez wiele mediów zinterpretowane jako wyraz poparcia dla Donalda Trumpa, to jak można odebrać to, które miało miejsce kilka dni temu? W czasie, gdy w niektórych stanach już trwa głosowanie? Sam prezydent USA zagłosował dwa dni po spotkaniu z katolickimi biskupami w Białym Domu.

Wizyta amerykańskich hierarchów u Donalda Trumpa i modlitwa nad nim, utrwalona krótkim filmikiem udostępnionym przez Biały Dom, wzbudziła na całym świecie mieszane reakcje. Nie zabrakło (także w Polsce) bardzo pozytywnego przyjęcia tego wydarzenia, jako udzielenia błogosławieństwa sprawującemu władzę. Przywoływano listy św. Pawła, zwłaszcza Pierwszy list do Tymoteusza, w którym Apostoł Narodów wprost napisał: „Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: 2 za królów i za wszystkich sprawujących władze, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością” (1 Tm 2, 1). W komentarzach znalazły się również odniesienia do Listu do Rzymian, w którym św. Paweł nie tylko stwierdził, że wszelka władza pochodzi od Boga, ale też zaznaczył: „Kto więc przeciwstawia się władzy - przeciwstawia się porządkowi Bożemu” (Rz 13, 2).

Jednak pojawiło się także wiele głosów krytykujących obecność katolickich biskupów w Białym Domu tuż przed bardzo ważnymi wyborami w USA. W samych Stanach Zjednoczonych znalazło się ich na tyle dużo, że niektórzy z uczestników spotkania 22 października br. w Gabinecie Owalnym uznali za konieczne wyjaśnienia, a nawet przeprosiny.

DEON.PL POLECA

Najpierw do światowej opinii publicznej trafiły tłumaczenia arcybiskupa Denver Jamesa Golki, który poprowadził modlitwę w gabinecie prezydenta USA. „Nie byłem pewien, co zrobić. Z jednej strony była to świetna okazja, by poruszyć kwestie ważne dla Kościoła. Z drugiej – wiedziałem, że może to wywołać niezadowolenie. Choć początkowo zakładałem, że będzie to spotkanie prywatne, miałem świadomość, że informacja o nim może przedostać się do opinii publicznej i zostać wykorzystana do celów politycznych” – przyznał.

Jednak po przemodleniu sprawy uznał, że właśnie tak postępują katolicy: „Modlimy się za ludzi. Niezależnie od tego, czy się z kimś zgadzamy, czy nie, zawsze modlimy się za nasz kraj i naszych przywódców”. Zapewnił, że ani udział w spotkaniu z Donaldem Trumpem ani modlitwa w jego intencji nie były wyrazem politycznego poparcia. Zaznaczył też: „Katolicy zyskują, gdy ich biskupi przedstawiają troski zwykłych rodzin bezpośrednio osobom sprawującym władzę”. Przypomniał, że w USA wielu członków katolickich wspólnot żyje w strachu w obliczu zaostrzenia działań imigracyjnych. Również księża napotykają trudności związane z wizami dla pracowników religijnych, w czasie gdy rząd dokonuje weryfikacji tych programów. „Rodziny w Kolorado czekają na decyzję Sądu Najwyższego USA w sprawie tego, czy stan może wykluczyć rodziny katolickie ze swojego powszechnego programu edukacji przedszkolnej” – zauważył.

W niedzielę, trzy dni po spotkaniu w Białym Domu, na stronie archidiecezji Milwaukee,, opublikowano materiał zatytułowany „A Public Apology - Archbishop Jeffrey Grob” (Publiczne przeprosiny – Arcybiskup Jeffrey Grob). Przyznając, że wraz z jedenastoma innymi biskupami wziął udział w spotkaniu w Gabinecie Owalnym, hierarcha zaakcentował: „Przede wszystkim, spotkanie to w żadnym wypadku nie stanowiło poparcia dla prezydenta, jego polityki ani jego partii”. Wyjaśnił, że po głębszym namyśle uznał, iż jeśli ma okazję zabrać głos „w sposób, który mógłby poprawić życie dzieci Bożych”, powinien z niej skorzystać. „Codziennie modlę się za naszych wybranych przedstawicieli władz, więc uznałem, że modlitwa w ich obecności będzie stosowna” – wytłumaczył.

Zapewnił, że wraz z innymi hierarchami przybył w dobrej wierze, „pragnąc działać na rzecz naszych bliźnich, łagodzić ich cierpienie i budować dobro wspólne; przyszliśmy, by modlić się wraz z prezydentem, a nie po to, by pozować do politycznych zdjęć służących interesom nielicznych”. Dodał, że Biały Dom nigdy nie powinien był stawiać katolickich biskupów w takiej sytuacji. Przyznał także, że do prezydenta USA poszedł nie bez pewnych zastrzeżeń i żałuje, że nie wziął ich pod uwagę. „Chcę, abyście wiedzieli, że usłyszałem te głosy troski, rozumiem, w jaki sposób przyczyniłem się do tego niepokoju, i przepraszam za wszelkie szkody, jakie mogły wyniknąć z mojego postępowania” – napisał w zakończeniu swego oświadczenia abp Grob.

Jak widać, uczestnicy budzącego kontrowersje spotkania katolickich biskupów z Donaldem Trumpem tuż przed połówkowymi wyborami, powołują się na dobrą wolę i możliwość rozmowy z rządzącymi o bolączkach, których doświadczają powierzeni im wierni. Czy powinni z góry zakładać złą wolę zapraszających ich do Białego Domu? Czy powinni przewidzieć, że zostaną w sferze wizerunkowej potraktowani instrumentalnie i np. zabiegać o przełożenie spotkania na datę po 3 listopada br.? To są trudne pytania. Podobne powinni sobie zadawać w relacjach z politykami nie tylko amerykańscy biskupi.

Dziennikarz, publicysta, twórca portalu wiara.pl; pracował m.in. w "Gościu Niedzielnym", radiu eM, KAI

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Katoliccy biskupi u Donalda Trumpa. Wspólna modlitwa czy pozowanie do politycznych zdjęć?
Komentarze (2)
WG
~Witold Gedymin
26 października 2026, 12:27
W Polsce jest podobnie od 1989 roku, a zaczęło się od zaniechania rachunku sumienia za lata PRL, uczciwej refleksji. Potem upadek stopniowo się pogłębiał. Potem był rok 2010 i przyspieszenie procesu. Wreszcie rok 2015 kiedy puściły wszelkie hamulce, zniknęła uczciwość i przyzwoitość, a dodatkowym czynnikiem który do tego popchał były zbliżające się ŚDM w Krakowie. Kolejne lata uprawiania polityki i postępującej demoralizacji sprawiły, że polski Kościół bardziej niż katolicki jest Kościołem Kłamstwa
EM
~Ewa Maj
26 października 2026, 10:25
Jakie to jest niejednoznaczne, a może nawet przewrotne - modlić się nad kimś. Czy to znaczy przyzywać Bożego błogosławieństwa dla władcy? Coś na kształt: Boże, chroń króla. Czy to jest to samo co modlić się za sprawujących władzę? Żeby sprawowali ją sprawiedliwie i pamiętali o najuboższych i wykluczonych. I czemu przy okazji tej i podobnych informacji milczeniem pomijany jest fakt, że prezydent USA nie należy do Kościoła Katolickiego.