Myślałam, że ten raport to żart. Teraz myślę, że badanie “narodowej hipokryzji” mogłoby nieco wzbogacić “Polaków portret własny"

Obraz: Deon / Canva na podstawie okładki raportu "Polaków portret własny"

Wielu krzyczy: “wstyd i hańba używać sztucznej inteligencji”, ale ci sami ludzie prawdopodobnie nie burzą się, kiedy kolega zza biurka z chichotem wyższości peroruje, że wysłał szefowi obiecany research tematu, który czat wypluł mu w trzy minuty i - o radości - szef się nawet nie zorientował. Podobnie nie burzymy się na kanały, specjalistów i twórców, których posty, artykuły i ebooki pełne są charakterystycznego ejajowego pustosłowia - nadwyżki okrągłych zdań, zerowego znaczenia, wszystko upupione w tych samych frazach. Dlatego myślę sobie przekornie, że badanie “narodowej hipokryzji” mogłoby nieco wzbogacić “Portret Polaków”.

W marketingowej bańce, w której zdarza mi się pracować, rzecz zaczęła nabierać rozgłosu mniej więcej tydzień temu, gdy pojawił się wątpliwy w przekazie spot mający reklamować “markę Polska”. To wtedy znajomy z branży podesłał mi maila z tematem “Dziwisz się, skąd taki spot, przeczytaj raport o DNA marki Polska hue hue”, a w nim link do liczącego 26 stron dokumentu zatytułowanego (w skrócie) „Polaków portret własny". Zaczęłam go czytać i przez pierwsze dziesięć minut naprawdę myślałam, że to po prostu żart. Niestety… Szybko okazało się, że ten rzekomy “raport” jest sygnowany przez osobę pracującą na rządowym stanowisku.

Chlebowość i inne kurioza

W dokumencie można znaleźć pełno kwiatków, które z całą pewnością zapewnią nam wysyp memów na najbliższe miesiące. Był tam chleb żytni opisany jako „tradycyjna chlebowość". Było „głębokie zakorzenienie w historii sufferingu", bo słowo „cierpienie" najwidoczniej nikomu nie przyszło do głowy. Był „archetyp opiekunki i guardianki". Była „era fatigue konsumenckiej". Było „dużo zielni" i „niedostatecznie promocjonowanej przyrody". Było zdanie o Polakach, którzy bywają „wręcz HEJTERCY w mediach społecznych" - a wersaliki zdecydowanie zdawały się pełnić funkcję argumentu. Były błędy szkolne jak ten z liczbą noblistów czy z umiejscowieniem Katowic w “północnym centrum” Polski, a w prawdziwe zdumienie wprawiły mnie wieści, jakoby młode pokolenie Polaków było “polilingwalne” i mówiło płynnie po mandaryńsku. Ke? Mam czworo dzieci, obracam się w środowisku studenckim, najwyraźniej coś mi umyka (z całym szacunkiem do młodszych pokoleń, które po angielsku może i dobrze, ale po mandaryńsku?!).

Dokument pojawił się na stronie Fundacji Marka Polska Think Tank, a przygotowywało go Stowarzyszenie Konferencje i Kongresy w Polsce, w ramach zadania publicznego dofinansowanego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki kwotą dwustu tysięcy złotych. Sygnowała go - jako kierownik merytoryczny projektu i jedyny podpisany autor - dr hab. Barbara Mróz-Gorgoń, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, od końca lipca pracująca w randze sekretarza stanu (sic!) jako pełnomocniczka rządu do spraw promocji marki Polski. Piszę o wszystkim w czasie przeszłym, bo jak tylko buchnął pierwszy ogień afery, dokument został zdjęty ze strony, a pani profesor złożyła dymisję.

Metodologia to nie widzimisię

Przez wiele lat “siedziałam” w naukach społecznych i do dziś wykorzystuję zawodowo umiejętności analityczne zdobyte podczas pracy na uczelni. Wiem bardzo dobrze, jak pojemne może być pole między pomysłem na badanie a wnioskami, które aż kusi, by szybko wyciągać z dostępnych danych. Badań społecznych nie da się skonstruować sensownie jednym promptem wpisanym w chatGPT. Trzeba wymyślić pytanie badawcze na tyle precyzyjne, żeby dało się na nie odpowiedzieć. Potem dobrać metodę, odpowiednią próbę badawczą (i umieć uzasadnić, dlaczego akurat taką, a nie inną). Nie można zapominać, że każde badanie - i ilościowe, i jakościowe - ma swoje wyzwania i ograniczenia (np. ludzi, którzy się spóźniają, odwołują, mówią co innego, niż deklarują w ankietach). Jest gros pracy i barier, które trzeba uwzględnić na etapie analizy i formułowania wniosków, i jeszcze wszystko trzeba opisać tak, by ktoś obcy mógł dane badanie powtórzyć i sprawdzić, czy wyjdzie mu w wynikach to samo. Metodologia badań naukowych nieprzypadkowo nie pozwala chodzić na skróty i wymusza pokorę wobec danych.

Z raportu o marce Polska można było się dowiedzieć o metodologii tyle, że były zrealizowane warsztaty Design Thinking, które odbyły się w siedmiu miastach (choć kilka stron dalej stało, że w pięciu, a w części poświęconej badaniom - w trzech). Przypisy - które nie są naukowym widzimisię, tylko dość przydatnym narzędziem pomagającym weryfikować wykorzystywane źródła - stanowiły kuriozum jakich mało. Żaden, ŻADEN nie był napisany poprawnie, niektóre były puste, a numeracja żyła własnym życiem (np. szła tak: 1, 2, 3, 41, 517, 6, 7, 8).

A co na to człowiek?

Ten plik wisiał w internecie od listopada 2025 r. Z całą pewnością przez te kilka miesięcy, a na pewno nie w okresie, gdy powstawał, nikt elementarnie wykształcony nie usiadł i go nie przeczytał. Jestem o tym przekonana, bo nie trzeba mieć tytułu magistra, by czytając te bzdury, uznać, że są wygenerowanym bełkotem. Redakcja tekstu, weryfikacja faktów, sprawdzanie źródeł - to praca żmudna i kompletnie niewidoczna do momentu, gdy jej zabraknie i gdy po drugiej stronie pojawi się czytelnik, który czyta z minimalnym zrozumieniem treści. Tutaj ewidentnie opublikowano plik, którego nie musnęła ludzka inteligencja. Tylko zanim zaczniemy rzucać kamieniami oburzenia, zastanówmy się, ile dziś hula po świecie - w naszych biurach, szkołach, redakcjach - podobnie wygenerowanych idiotyzmów, których nikt nie czyta, tylko przelatuje je wzrokiem, a wiedzę o ich treści wyciąga z tytułu?

Polaków portret własny. Czego zabrakło?

Pani profesor Mróz-Gorgoń jest prawdopodobnie pierwszą osobą publiczną w Polsce, która straciła stanowisko przez sztuczną inteligencję. Tyle, że tak naprawdę straciła je przez decyzję na wskroś ludzką - przez to, że nie sprawdziła, pod czym się podpisuje i co też ta “sztuczna inteligencja” jej wygenerowała (w wypowiedziach po wybuchu afery przyznała, że “wspomagała się” AI). Kiedy jednak raz po raz czytam krytykę, nierzadko bardzo zjadliwą, tego tzw. raportu i postępowania pani profesor, jest jedna rzecz, która mi zgrzyta i trąci odrobiną hipokryzji.

Wielu krzyczy: “wstyd i hańba używać sztucznej inteligencji”, ale ci sami ludzie prawdopodobnie nie burzą się, kiedy kolega zza biurka z chichotem wyższości peroruje, że wysłał szefowi obiecany research tematu, który czat wypluł mu w trzy minuty i - o radości - szef się nawet nie zorientował. Podobnie nie burzymy się przy 56784963 plakacie koncertu, spotkania parafialnego. dożynek czy gabinetu, którego schemat i oklepana stylistyka jednoznacznie pokazują, że człowiek tam co najwyżej prompt nadał. Nie burzymy się na kanały, specjalistów i twórców, których posty, artykuły i ebooki pełne są charakterystycznego ejajowego pustosłowia - nadwyżki okrągłych zdań, zerowego znaczenia, wszystko upupione w tych samych frazach.

Przypomina mi to więc nasze narodowe zrywy oburzenia na piratów drogowych, które przychodzą po każdej tragedii na polskich drogach. Ci sami ludzie, którzy w poniedziałek wołają „zaostrzyć prawo, karać surowo", we wtorek trąbią i wyzywają od “bab za kierownicą” kogoś, kto w terenie zabudowanym jedzie pięćdziesiątką. Złośliwie powiedziałabym, że badanie “narodowej hipokryzji” mogłoby nieco wzbogacić “Portret Polaków”. Z drugiej strony prawdopodobnie i tak nikt by tego nie przeczytał. Bo zdecydowanie łatwiej dziś wyprodukować tekst, niż znaleźć kogoś, kto go rzeczywiście zechce przeczytać (co - swoją drogą - wydaje się zupełnie nową sytuacją w dziejach piśmiennictwa).

Nazwać rzecz po imieniu - trudna sztuka

W tej całej sprawie uderzyła mnie jeszcze jedna rzecz. Pani profesor podała się do dymisji, ale powodem nie był naukowy bubel, pod którym się podpisała, lecz „niewyobrażalna skala hejtu”, która uniemożliwia jej dalsze “pełnienie tak odpowiedzialnej roli". W tej sytuacji uważam, że powinno się powiedzieć głośno i wyraźnie wielokrotnie powtórzyć: krytyka to nie hejt. Krytyka merytoryczna jest formą szacunku do wiedzy, prawdy i uczciwości. Co więcej, brak uzasadnionej krytyki wzmacnia przekonania, że rzetelność nie ma znaczenia i buduje poczucie bezkarności wobec rozpowszechniania w świecie głupot. Wyliczenie błędów obecnych w dokumencie finansowanym z kieszeni podatnika jest obywatelskim prawem, a nie napaścią na człowieka.

Niestety w naszym życiu publicznym słowo „przepraszam" zaczęło już na dobre funkcjonować jak przyznanie się do porażki, po którym się nie wstaje, więc lepiej go nie mówić. Nigdy. Kolejni ludzie u władzy zdążyli więc nas przyzwyczaić, że przepraszać nie wypada, że to oznaka słabości, że lepiej przeczekać, przemilczeć albo wskazać winnego gdzieś obok. A przecież przeprosiny są narzędziem zaskakująco skutecznym. Zdanie „firmowałam dokument, którego nie sprawdziłam, i bardzo tego żałuję" zamknęłoby sprawę w trzy dni. Rozbroiło połowę komentarzy, bo trudno się pastwić nad kimś, kto już przyznał rację. Choć za pewne nie zniwelowałoby hejtu, do którego też już się przyzwyczailiśmy jako społeczeństwo.

Kochaj bliźniego swego

Choć uważam, że krytyka tego “raportu” i postępowania pani profesor jest jak najbardziej uzasadniona, to nie jestem ślepa. Hejt też się pojawił i szczerze się obawiam, że przyklei się do pani Mróz-Gorgoń jeszcze na długie miesiące. Bez trudu można przecież znaleźć w sieci ociekające jadem komentarze o „tej Grażynie". Wpisy każące jej zniknąć z życia publicznego i nigdy nie wracać. Sugestie, żeby przy okazji pogrzebać w rodzinie, w nazwisku, bo przecież ta … (i tu stos inwektyw) ma na sumieniu na pewno więcej. Więc to nie jest tak, że hejtu nie było. Był - i hejterzy już “wyczuli krew”. Już za moment rozpocznie się pewnie festiwal, kto mocniej “pojedzie” po pani profesor. I chociaż pani Barbara Mróz-Gorgoń swoim postępowaniem - niegodnym naukowca, powiedzmy to wprost - wystawiła się na krytykę w pełni zasłużoną, to w żaden sposób nie oznacza, że można na niej ćwiczyć język nienawiści.

W całej tej historii na pewno zabrakło ludzkiej inteligencji. Zabrakło namysłu, redakcji, elementarnego sprawdzenia tego, co wypluła ta sztuczna. Byłoby naprawdę fatalnie, gdyby przy okazji zabrakło również tzw. inteligencji emocjonalnej - tej, która pozwala zobaczyć po drugiej stronie ekranu kobietę, która w ciągu jednego weekendu straciła stanowisko, reputację i, jak podejrzewam, sporą część spokojnego snu. Miłosierdzie nie polega na udawaniu, że błędu nie było. Błędy popełnia każdy z nas. Miłosierdzie patrzy jednak na drugiego człowieka z miłością, która podnosi z największego bagna. Potrafi wybaczyć, przyjąć i nigdy nie traci z horyzontu, że każdy z nas ma w sobie niezbywalną godność dziecka Bożego. Czy my, chrześcijanie, będziemy potrafili objąć panią profesor takim wzrokiem?

DEON.PL POLECA

DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Myślałam, że ten raport to żart. Teraz myślę, że badanie “narodowej hipokryzji” mogłoby nieco wzbogacić “Polaków portret własny"
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.