Stopniowo do Boga

(fot. Grzegorz Gałązka / galazka.deon.pl)

W dyskusji o synodzie najbardziej medialnym tematem jest kwestia udzielania Komunii św. katolikom będącym po rozwodzie i żyjącym w nowych związkach cywilnych. Tymczasem nieco w tle toczy się mniej spektakularna, ale tak naprawdę ważniejsza debata dotycząca duszpasterstwa i tak zwanego prawa stopniowości.

Termin ten przypomniano na ubiegłorocznym Synodzie o Rodzinie. A jego rozwinięcie zostało zawarte w dokumencie podsumowującym pierwszy tydzień obrad, nazywanym "Relatio post disceptationem". Chodzi tu przede wszystkim o odejście od podejścia w stylu "wszystko albo nic", które zostało tu uznane za "niemądre".

Zamiast tradycyjnego etykietowania konkretnej sytuacji życiowej jako jednoznacznie albo grzesznej albo zgodnej z nauką Kościoła - gdzie nie ma miejsca na stopnie pośrednie - lepiej jest dostrzegać w niedoskonałych sytuacjach to, co wartościowe i dobre. I na tym opierać strategię duszpasterską.

Czy można zaakceptować niedoskonałość?

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to nic wielkiego. Jednak, gdy przyjdzie do zastosowania prawa stopniowości w praktyce, zobaczymy szybko, że takie rozwiązanie ma spore konsekwencje. Przede wszystkim takie, że "koniecznym jest zaakceptowanie ludzi w ich aktualnej sytuacji" - czytamy w "Relatio".

Kolejna konsekwencja to obowiązek towarzyszenia. "Jezus patrzył na kobiety i mężczyzn, których spotykał, z miłością i czułością, towarzysząc ich krokom z cierpliwością i miłosierdziem w głoszeniu wymagań Królestwa Bożego" - mówi dokument.

Takie podejście miałoby potężne konsekwencje przykładowo wobec ludzi żyjących w sytuacjach nieuregulowanych czy też niesakramentalnych, których - przyznajmy - jest we współczesnym świecie coraz więcej. Zamiast tradycyjnego akcentowania "życia w grzechu" mówi się tu, że "zadaniem Kościoła jest rozpoznanie ziaren Słowa Bożego, które jest rozsiane poza widzialnymi i sakramentalnymi granicami".

Zmiana zatem jest istotna, ponieważ nie zapominając o istotnych brakach, przynosi jakiś rodzaj akceptacji małżeństw cywilnych oraz wspólnego życia bez ślubu. Gdy związki takie osiągają pewną stabilność, charakteryzują się głębokim uczuciem, odpowiedzialnością rodzicielską oraz zdolnością przezwyciężania trudności, mogą być "postrzegane jako zalążek, któremu trzeba towarzyszyć w rozwoju ukierunkowanym na małżeństwo sakramentalne" - mówi "Relatio".

Uszanować drogę poszukiwania

Tak rozumiane prawo stopniowości wywołało burzliwą dyskusję na Synodzie. Frakcja konserwatywna krytykowała to podejście za zbytni liberalizm. W efekcie spora część stwierdzeń z pierwszego "Relatio" nie znalazła się w końcowym dokumencie zgromadzenia. Ale część tego typu rozumowania pozostała. I pozostała przede wszystkim dyskusja.

Aby pokazać, że prąd ten nie jest jakimś absolutnym novum, czy też odejściem od tradycyjnego nauczania Kościoła, warto przytoczyć niedawne wypowiedzi dwóch ważnych duchownych, którzy poza znacznym osobistym dorobkiem mają też na koncie pracę nad Katechizmem Kościoła katolickiego, a więc nie można ich zaliczyć do jakiegoś ekstremum.

Kard. Christoph Schönborn udzielił wywiadu, który przetłumaczył i opublikował kwartalnik "Więź". Opowiadając o Synodzie Biskupów, metropolita Wiednia powiedział m.in.: "Zaproponowałem, aby w odniesieniu do problemów małżeństwa zastosować znaną zasadę stopniowości. Przecież nasze życie polega na stopniowym urzeczywistnianiu ideałów, do których dążymy, ale które nie zawsze już osiągnęliśmy, do których musimy dopiero dorosnąć".

Dalej austriacki hierarcha formułuje analogię, której pierwsza część pochodzi z dokumentów Soboru Watykańskiego II. Tak jak uznaje się, że poza Kościołem w innych religiach istnieją pierwiastki prawdy i uświęcenia, tak można by przyjąć, że w związkach niesakramentalnych również istnieje pozytywna rzeczywistość, nawet jeśli w formie niedoskonałej.

"Ta analogia wywołała burzliwe dyskusje - mówi kard. Schönborn. - Nadal jednak twierdzę, że takie podejście byłoby pomocne. Nie oznacza ono przecież uznania, że wszystko jest dobrze. Stwierdzając, że i w innych religiach występują pierwiastki prawdy i uświęcenia, nie mówimy, że wszystko w nich akceptujemy. Istotą postulowanej przeze mnie zasady jest to, że szanujemy czyjeś poszukiwania, drogę, proces przemiany" ("Więź" lato 2015).

"Nie" dla stopniowości prawa

Kolejną interpretację zasady stopniowości przynosi rozmowa, jaką niedawno przeprowadził o. Antonio Spadaro SJ, redaktor naczelny pisma "La Civiltà Cattolica" oraz uczestnik ubiegłorocznego synodu. Jego rozmówca, o. Jean-Miguel Garrigues OP, jest wykładowcą teologii i autorem wielu książek teologicznych.

Zdaniem dominikanina w Kościele "nie ma miejsca na stopniowość prawa, na moralność, która różniłaby się w zależności od sytuacji lub przedmiotu". Jest natomiast miejsce na prawo stopniowości, czyli warto na przykład zachęcać ludzi do tego, by do grzechu niewierności nie dokładali kolejnych.

I przywołuje ciekawą anegdotę o Ludwiku XV, któremu pewien dworzanin wyrzucał, iż przestrzega piątkowej wstrzemięźliwości od mięsa, a jednocześnie utrzymuje kochankę. "Popełnianie jednego grzechu wcale nie oznacza, że powinniśmy popełniać kolejne" - odpowiedział król. "Tu właśnie do gry wchodzi prawo stopniowości - komentuje o. Garrigues. - Ono zaprasza ludzi, którzy nie są jeszcze zdolni do zerwania z jakimś konkretnym grzechem, by stopniowo odsuwali się od zła, poczynając od czynienia dobra, do którego są zdolni" (polski przekład rozmowy w "Tygodniku Powszechnym" nr 31).

Gra o dużą stawkę

Warto również przypomnieć, że o prawie stopniowości mowa jest już w adhortacji Jana Pawła II "Familiaris consortio" z 1981 r. A jego zastosowanie można spotkać w pismach Benedykta XVI.

Przykładowo w słynnym fragmencie z książki "Światłość świata": "Mogą występować pojedyncze usprawiedliwione przypadki, np. kiedy prezerwatywy używa męska prostytutka - i może to stanowić pierwszy krok w kierunku moralizacji, pierwszy odruch odpowiedzialności, by rozwinąć nową świadomość faktu, że nie wszystko wolno i że nie można robić wszystkiego, na co ma się ochotę" - pisał papież.

Przeciwnicy takiego podejścia powiedzą, że użycie prezerwatywy będzie złe zawsze i wszędzie, w każdych okolicznościach. Tu jednak wskazane jest, że w tej konkretnej sytuacji jej zastosowanie może być oznaką odpowiedzialności i sygnałem, że człowiek mimo grzesznej sytuacji jednak zrobił krok ku Bogu.

Na tym przykładzie widać, o jaką stawkę jest ta gra. Szerokie rozpowszechnienie zasady stopniowości mogłoby zrewolucjonizować dotychczasowe duszpasterstwo. Można się więc spodziewać, że jesienią na kolejnym Synodzie o Rodzinie ten temat będzie jednym z najgorętszych punktów programu.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Stopniowo do Boga
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.