Tu Bałtyk leczy z przebodźcowania. Wyspa, na której przypomnisz sobie, jak się zachwycać światem
Z Poznania w tym sezonie jeździ tu wakacyjny pociąg o uroczej nazwie „Bana na lofry”. Lofry to po poznańsku włóczenie się, wakacyjne wałęsanie i gdy widzę na rozkładzie tę nietypową jak na PKP nazwę, trudno mi się nie zaśmiać – to świetne podsumowanie tego, co czeka na człowieka szukającego letniego luzu i wytchnienia na Wolinie. Oficjalnie - największej polskiej wyspie.
Ukryta na mapie, wygląda jak kawałek lądu; trzeba się przyjrzeć, żeby zobaczyć, że od zachodu oddziela ją od lądu Świna, a od wschodu – Dziwna. Schowana przy granicy, ma sporo do opowiedzenia turystom zainteresowanym historią; ale ci, którzy zwyczajnie chcą odpocząć od zgiełku, pośpiechu i codziennego życiowego biegu, będą jeszcze bardziej zadowoleni.
Nie jadę niestety na Wolin uroczym poznańskim pociągiem. Przyjeżdżam nocnym „Podhalaninem”, o którym nieoficjalnie wiadomo, że zawsze jest godzinę spóźniony – ale nie martwi mnie to spóźnienie, bo wiem, że przez najbliższe dni nie będą mnie gonić żadne terminy. Dedlajny zostawiam za sobą, za ciężkie są, by je nosić w plecaku na plażę pod klif.
Wysiadam w Międzyzdrojach, na malutkim dworcu z dwoma peronami: tam i z powrotem. Ale tu się nie zatrzymam, ucieknę w bardziej zielone miejsce, gdzie do molo z tłumem turystów jest daleko i nie ma Alei Gwiazd, widać za to w nocy gwiazdozbiory, których istnienia trudno się domyślić, gdy patrzy się na niebo w mieście. Wrócę w bardziej pochmurny i wietrzny dzień, by podczas spaceru przez las odwiedzić Zagrodę Żubrów (uwaga, niezbędna jest gotówka, bo podobnie jak w niektórych miejscach w Tatrach w kasach nie ma zasięgu i płatności cyfrowe są niemożliwe).
Wracając od żubrów, wybiorę się jeszcze w drugą stronę – w stronę Kawczej Góry. To kozackie zejście na plażę sprowadza mnie po niemal trzystu stopniach drewnianych schodów pięćdziesiąt metrów w dół, prosto nad słony, piaszczysty brzeg. Gdy się stąd pójdzie w prawo, można dotrzeć pod najwyższy w Polsce klif mknący urwiskiem w stronę morza. Dziewięćdziesięciometrowa ściana z piasku i gliny i zwalone na plażę przez sztormy pnie drzew robią wrażenie na wszystkich, dla których hasło „polska plaża” kojarzy się z ludzką puszką sardynek smażących się na piasku na gdańskich Stogach. Jest dziko i majestatycznie i nietrudno się tutaj poczuć kosmicznym okruszkiem. Można przy tym dostarczyć trochę radości ludziom, którzy patrzą z góry – a dokładniej z Góry Gosań. Gdy oglądam stamtąd Bałtyk - z wysokości niewiele ustępującej tarasowi widokowemu na Pałacu Kultury - słyszę, jak rezolutna trzylatka pokazuje spacerowiczów mamie:
- Pats, mamusiu, na dole spacejują mjówki! – i zdumiona nie chce uwierzyć, że to nie mrówki wypatrzyła, ale pełnowymiarowych ludzi przefiltrowanych przez niecodzienną perspektywę.
Klif robi zresztą wrażenie z każdej strony. Położony w Wolińskim Parku Narodowym, ciągnie się wybrzeżem przez ponad piętnaście kilometrów i zachwyca o każdej porze dnia, zwłaszcza w swoim kulminacyjnym punkcie. Góra Gosań to tylko piętnaście minut spacerem przez puszczę od głównej drogi z Międzyzdrojów w stronę Dziwnowa. (A że to park narodowy, jeśli się nie dysponuje gotówką lub wejściówką, trzeba się nastawić na powolne – znowu słaby zasięg – kupowanie biletów).
To też dobre miejsce na pozachwycanie się zachodem słońca z innej perspektywy albo na małą, leniwą wycieczkę w chłodniejszy dzień. A że pogoda na wyspie rządzi się swoimi prawami, warto mieć plan B na dni, których nie można spędzić na plaży. W tych planach B są jeziorka. Na wyspie jest ich kilkanaście; niektóre dzikie i trudno dostępne, inne, jak Wisełka, Zatorek czy Jezioro Turkusowe, opasane wygodną ścieżką spacerowo-rowerową (dla świętego spokoju warto na taki spacer zabrać ze sobą coś na komary). Nie we wszystkich można się kąpać: mała płatna plaża jest zorganizowana przy Wisełce, można tam też popływać na kajaku, łódce, SUP-ie albo leniwie pedałować na rowerku wodnym, za którym popłyną ciekawskie kaczki.
Inne jeziorka zapewniają kąpiel raczej leśną, w zieleni i zapachu żywicy albo mokrej ściółki, w zależności od pogody. Która zmienia się niemal tak, jak w górach, za nic mając większość prognoz: czasem pochmurny i deszczowy świt wyniebieszcza się złociście przed południem, czasem pełen słońca poranek zaskakuje deszczem w środku dnia, ale – na fali klimatycznych zmian – nad kapryśny Bałtyk w ostatnich latach wracają dawne upały. I gdy cała Polska smaży się w trzydziestostopniowych temperaturach, wyspa zamienia się w przyjemną oazę znośnego gorąca z opcją wskakiwania do cudownie chłodnej, zielonozłotej wody.
Gdy zapowiada się cały dzień ciepła i słońca, nie ma lepszej rzeczy niż całodzienny biwak na plaży; wybieram się wtedy z moją ekipą na klif za Świętouściem, gdzie ścieżka przez Woliński Park Narodowy prowadzi turystów na piękną i wciąż jeszcze dość dziką plażę. Zabieramy tonę sprzętu, by rozbić obóz, czasem udaje się nawet znaleźć dwa pnie drzew zepchniętych przez morze z urwiska, idealne do rozwieszenia hamaka. Obowiązkowa jest też solidna wałówka, gorąca herbata i kawa w termosie oraz dużo wody – tu jest dzicz, nie ma żadnej Żabki przy wyjściu z plaży i gdy się pójdzie tylko trochę dalej, można uciec wszystkim plażowym sprzedawcom gorącej kukurydzy. Wkrótce po zejściu nad brzeg morza ginie zasięg i od tej chwili można cieszyć się zimnym morzem, gorącym piaskiem i świętym spokojem: bardziej offline na Wolinie nie można już być.
Gdy pogoda robi się wietrzna i zimna i plażowanie wchodzi w grę tylko w bluzach z kapturem, otwiera się opcja na mocno bezludny spacer brzegiem wdzierającego się na piach morza. Wiatr smaga piaskiem po tych łydkach, które odważyły się być odsłonięte, chmury o wariackich kształtach pędzą w tempie ekspresowym nad stalowoszarą wodą, mewy próbują przekrzyczeć szum fal. I gdy można iść tak godzinę lub dwie, wszystkie krążące po głowie myśli układają się spokojnie i dają się obejrzeć i ocenić. Taki reset głowy w szumie i wietrze jest bezcenny w czasach totalnego przebodźcowania tysiącem newsów, kadrów i samoodpalających się rolek. Tym, którzy takiego typu resetu potrzebują więcej, może się spodobać całodzienny spacer od Wisełki do Międzywodzia (albo w wersji hard - od samych Międzyzdrojów). Czy kilkanaście kilometrów wędrówki plażą może zmienić człowieka? Na Wolinie warunki są w sam raz, żeby to sprawdzić.
A gdyby w końcu jednak znudziła nas plaża, klify i lasy, do obejrzenia zostaje jeszcze Świnoujście ze swoim portem. Można skoczyć na sąsiednią wyspę – położony między Zalewem Szczecińskim i Starą Świną Karsibór, gdzie jest punkt widokowy z niespodziewanym, szerokim widokiem na rozlaną deltę Świny i opcja rejsu katamaranem między wysepkami rozsianymi po nurcie tej nietypowej rzeki. Jest też do odwiedzenia Muzeum Przyrodnicze w Międzyzdrojach, z otwartym kilka lat temu przyjemnym oceanarium, oraz położony już na lądzie Kamień Pomorski, a w nim mój ulubiony kawałek katedry – wirydarz, czyli wewnętrzny, stary ogród, w którym jakby zatrzymał się czas.
Dla lubiących więcej zamieszania jest też w Wolinie osada Wikingów – z końcem lipca odbywa się tam duża impreza, czyli Festiwal Słowian i Wikingów, z mnóstwem ciekawostek kulturowych i historycznych oraz rekonstrukcją najazdu na Wolin (karetki stoją w pogotowiu, a ludzie z brodami i mieczami leją się w najlepsze i wbrew podręcznikowym oczekiwaniom nigdy nie wiadomo, kto tym razem zwycięży). A poza festiwalem można zwiedzać osadę trochę spokojniej. Można też wsiąść na rower i przejechać kawałek przepięknej Velo Baltica, bo w Świnoujściu zaczyna się polska część Euro Velo 10, trasy rowerowej wokół Bałtyku ciągnącej się przez 9100 km i przez dziewięć krajów.
Ta wyspa jest stworzona do odpoczywania i myszkowania, robienia małych wycieczek i błogiego nic nie robienia z dala od tłoku i gwaru, choć w sezonie odwiedza Wolin sporo ludzi. Towarzystwo jest tu dość międzynarodowe: są Niemcy, którzy mają do nas blisko, są Czesi, często w kamperach, jest trochę Francuzów, doceniających piękno i dzikość naszej nadmorskiej wyspy.
Nie lubię tłumów. Nie lubię tłoku. Nie lubię wakacyjnej komercji, straganów, plastikowych pamiątek i niepisanego „obowiązku zwiedzania”. Na urlopie wolę być i czuć niż zwiedzać miejsca z listy dla turystów. Chłonąć to, co spotyka mnie tu i teraz – błękitnego motylka, który przysiadł na wrotyczu, gwiazdy spadające na ciemnej plaży jakby wprost do delikatnie szumiącego morza, światło srebrzące wodę. która biegnie do mnie w drobnych falkach. Kocham zanurzać się w ciszy i błękicie, wdychać żywiczne perfumy sosnowego lasu, snuć się, włóczyć i wędrować, gapić w przestrzeń i chwytać na cyfrowej kliszy ten jeden, niepowtarzalny moment piękna. Dlatego dopisałam Wolin do listy letnich miejscówek idealnych. Jeśli masz podobnie jak ja - naprawdę polecam.
To tutaj można jeszcze nad Bałtykiem znaleźć niemal puste, dzikie plaże. Zachwycają najwyższe w Polsce klify. A gdy plaży ma się dość, czeka pachnący żywicą i rozświetlony słońcem las, piękne jeziora i pierwszy polski odcinek trasy Velo Bałtyk – ścieżki rowerowej stworzonej do podziwiania krajobrazu i przyrody.
Czy nad bałtykiem da się uciec od zgiełku?
Piętnaście kilometrów klifów, z których najwyższy
Niewiele ustępuje warszawskiemu pałacowi kultury (z tarasu oglądamy widok ze 114 metrów) i nowej krakowskiej atrakcji – knajpie na wysokości stu metrów w dawnym tzw/ szkieletorze na wysokości 100 metrów. Na Wolinie przyroda sama zbudowała punkt widokowy na Górze Gosań, oo wysokości 95 metrów; prowadzi do niej niepozorna leśna ścieżka wiodąca przez teren parku narodowego (uwaga, ścieżka jest biletowana jak wszystkie parki narodowe, chyba że posiada się
Skomentuj artykuł