Bartłomiej Kubkowski przepłynął Bałtyk. „Panikowałem, ale modliłem się i czułem spokój”
Pięćdziesiąt pięć godzin w zimnej wodzie, halucynacje i walka z własną psychiką – tak wyglądała droga Bartłomieja Kubkowskiego do historycznego wyczynu. Polak jako pierwszy człowiek w historii przepłynął Morze Bałtyckie wpław, pokonując trasę ze Szwecji do Polski. Za tym ekstremalnym wyzwaniem sportowym kryje się jednak coś znacznie głębszego niż tylko bicie rekordów. Na pełnym morzu sportowiec odnalazł ciszę, spokój i niezwykłe doświadczenie duchowe, które uratowało go w chwilach największego kryzysu.
Bartłomiej Kubkowski, znany szerszej publiczności jako „Foka”, dokonał rzeczy z pozoru niemożliwej. W niedzielę, 2 sierpnia, po raz piąty podjął próbę pokonania Bałtyku i tym razem dopiął swego. Przepłynął wpław ponad 160 kilometrów, co zajęło mu około 55 godzin ciągłego wysiłku. Ten spektakularny sukces na stałe wpisuje go do historii światowego pływania długodystansowego.
Cena tego sukcesu była jednak ogromna, ponieważ zasady wyzwania nie przewidywały żadnej taryfy ulgowej. Kubkowski przez ponad dwie doby nie mógł spać, odpoczywać ani nawet dotknąć asekuracyjnej łodzi. Członkowie załogi towarzyszącego mu statku czuwali nad nawigacją i bezpieczeństwem, a posiłki oraz napoje podawali mu wyłącznie na specjalnym wysięgniku.
Walka z własnym umysłem
Brak snu i skrajne wycieńczenie fizyczne szybko zaczęły wpływać na świadomość pływaka. Podczas długich godzin spędzonych w zimnej wodzie Kubkowski zmagał się z halucynacjami i momentami tracił orientację w terenie. Mimo potężnego kryzysu fizycznego i psychicznego, „Foka” nie przerwał walki i ostatecznie dotarł na plażę w Dziwnowie.
Wyczyn ten miał również głęboki wymiar społeczny, ponieważ sportowiec połączył przeprawę ze szlachetnym celem. Pływak zorganizował zbiórkę na rzecz Fundacji Cancer Fighters, która wspiera osoby zmagające się z chorobami nowotworowymi. Dzięki medialnemu rozgłosowi i determinacji Kubkowskiego, podczas akcji udało się zebrać setki tysięcy złotych na pomoc chorym.
Cisza w środku morza
Dla wielu obserwatorów zaskoczeniem może być fakt, że Bałtyk okazał się dla pływaka nie tylko areną sportową, ale też miejscem rekolekcji. W rozmowie na kanale „Warszawski Koks” Kubkowski szczerze opowiedział o swojej relacji z Bogiem. Podkreślił przy tym, że jego wiara nie opiera się na moralizowaniu innych. „Jestem wierzący, ale nie jestem osobą, która mówi: Musicie uwierzyć i chodzić do Kościoła” – zaznacza szczerze pływak w wywiadzie dla kanału „Warszawski Koks”. Dodaje jednak bez wahania: „Uważam, że na tym Bałtyku bardzo zbliżyłem się do Boga – modlitwą i tym, jaki dało mi to spokój”.
Samotność na wodzie stała się dla sportowca rzadką dziś okazją do ucieczki przed codziennym zgiełkiem i ciągłym bombardowaniem bodźcami. W tej absolutnej ciszy odnalazł idealne warunki do głębokiej refleksji i modlitwy. „Dziś jesteśmy tak przebodźcowani, że nie jesteśmy w stanie usiąść, wyciszyć się i pomodlić” – diagnozuje współczesność Kubkowski na kanale „Warszawski Koks”. Dodaje również, że samotne zmagania z morzem dały mu piękne chwile modlitewnego skupienia.
Ktoś trzyma za rękę
Fizyczny ból i strach przeplatały się na trasie z trudnym do wytłumaczenia spokojem. Sportowiec przyznaje, że w momentach paniki to właśnie modlitwa przynosiła natychmiastowe ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. „Czasami panikowałem, ale gdy tylko zaczynałem się modlić, czułem spokój… Tak jakby ktoś mnie złapał za rękę i powiedział płyń spokojnie” – wyznaje Kubkowski w rozmowie na kanale „Warszawski Koks”. To namacalne poczucie Bożej obecności pozwoliło mu przezwyciężyć największe kryzysy, pokonać własne słabości i ostatecznie zapisać się w historii sportu.


Skomentuj artykuł