PO, referendum i... obywatele

PO, referendum i... obywatele
(fot. PAP/Paweł Supernak)
7 lat temu

Obywatele traktowani są dziś jak pionki, które najlepiej strząsnąć z politycznej szachownicy.

Platformie Obywatelskiej coraz trudniej utrzymać władzę w samorządach. To najwyraźniejszy, obok opadających słupków poparcia, dowód rozczarowania społecznego tą ekipą. Ale cóż, wedle znanego hasła: "raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy", rządzący robią, co mogą, by przedłużyć wysiadywanie stołków.

Najbardziej wymownym przykładem jest sytuacja przed referendum lokalnym w Warszawie, którego celem jest odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zarówno premier Tusk, jak prezydent Komorowski wprost dają w mediach do zrozumienia, by obywatele w ogóle nie szli do głosowania. Mówiąc bez ogródek: demokratyczne władze nawołują Polaków, by nie brali udziału w demokratycznych procedurach, w aktywności obywatelskiej. Więcej jeszcze: pałac prezydencki posunął się do forsowania zmian, które mają podwyższać próg wymaganego dla ważności referendum udziału głosujących. Prawo, jak się okazuje w tym przypadku, ma być tylko i wyłącznie narzędziem w ręku rządzących, skutecznie paraliżującym protesty społeczne.

Więcej niż groteskowo brzmi w tym kontekście nazwa ugrupowania u władzy: "Platforma Obywatelska". To, co widzimy, potwierdza raczej coraz dalej idące tendencje do zawłaszczania przestrzeni publicznej, przede wszystkim kosztem praw obywateli. Cóż, najwyraźniej decydenci PO są rozczarowani "niewłaściwą postawą" społeczeństwa, w tym znacznej części mieszkańców stolicy, którzy dość mają władzy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Ba, można wręcz odnieść wrażenie, sądząc po wynikach niekorzystnych dla samorządowców Platformy referendów w różnych regionach kraju, że niebawem większość społeczeństwa będzie kwalifikowała się jako "niewłaściwa", skoro odmawia poparcia tak "obywatelskiej" formacji politycznej.

Tyle lat straszono nas "pisofaszyzmem". I co się okazuje? Że to jednak formacja rządząca z poparciem większości mediów głównego nurtu ma ciągoty autorytarne, a przynajmniej mocno antyobywatelskie. Bo jak nazwać ten strach przed aktywnością Polaków w sferze publicznej, posuwający się aż do gorączkowych prób majstrowania przy ustawach? Byle tylko przetrwać jeszcze rok, dwa u władzy, byle nie rozliczyć się ze społeczeństwem z jakości własnych rządów. Byle tylko zagwarantować pani Gronkiewicz-Waltz urząd prezydenta stolicy, gdy jak na dłoni widać, że mieszkańcy Warszawy mogliby znieść ze stołków i stołeczków usadowionych tam od lat polityków i urzędników. Ale dla PO koszta polityczne i wizerunkowe przegranej w stolicy są zbyt duże, by ryzykować skutkami obywatelskiej niezgody. Przegrane w mniejszych miastach partia Donalda Tuska jakoś przełknęła, nie spodziewając się chyba zresztą kilku porażek: jedna po drugiej. Ale klęska w stołecznym referendum to byłoby zbyt dużo.

Najsmutniejsze jest, że przez lata przekonywano nas, że w pełni zasługujemy na dobrodziejstwa demokracji uczestniczącej. Przekonywano, że III RP od PRL różni się także tym, że obywatele mogą i powinni być aktywni na niwie publicznej. Kiepsko, prawdę mówiąc, to się udaje, społeczeństwo obywatelskie u nas kuleje, a ostatnimi czasy na dokładkę coraz głośniej słuchać o skorumpowaniu trzeciego sektora. A w dodatku, właśnie odbieramy kolejną lekcję antyobywatelskości: tym razem to władze wprost przekonuje nas, że bierność w sprawach publicznych jest dobra... Jeśli gwarantuje zachowanie politycznego status quo. I jakie są reakcje? Gdzie głosy autorytetów, biskupów, prominentnych publicystów? Dobrze, że choć Rzecznik Praw Obywatelskich, Irena Lipowicz, ośmieliła się zwrócić uwagę, że "w jej przekonaniu" korzystanie z praw i wolności obywatelskich jest czymś dobrym... Zaiste, jeśli RPO dziś w Polsce musi bronić najbardziej elementarnych standardów życia publicznego, to najwyraźniej regres ustrojowy jest faktem.

To, co robi dziś PO, trzeba nazwać jasno: to dokręcanie śruby "niewłaściwemu społeczeństwu", gdy przybywa rozczarowanych władzą, przede wszystkim w szeregach jej niegdysiejszego elektoratu. Już nie mówię o ustawach antypracowniczych czy antyzwiązkowych, bo tu w grę wchodzą także kwestie gospodarcze, ich różne modele, stąd to temat na osobny felieton. Ale jeśli władza wprost korumpuje (czyli psuje) życie publiczne, licząc na to, że jeszcze raz się jej uda sprytnymi zabiegami socjotechnicznymi i legislacyjnymi "wyjść na swoje", to nie trzeba lepszego dowodu, co liczy się bardziej dla Platformy Obywatelskiej i powiązanego z nią pałacu prezydenckiego.  Otóż, bardziej się liczy partyjna prywata, krótkowzroczne interesy konkretnych środowisk politycznych, biznesowych i medialnych, niż dobro wspólne. Obywatele traktowani są jak pionki, które najlepiej strząsnąć z politycznej szachownicy - bo przeszkadzają, angażując się w lokalne referenda, w sprzeciw i krytykę.

I śmieszno, i straszno, że najwyraźniej taki ideał Polski, ponad dwadzieścia lat po PRL, jest dziś na rękę politykom. A obawiam się, że jeśli obywatele naprawdę stanowczo nie powiedzą "dość", inne formacje polityczne także przyzwyczają się do "standardów", które są dziś na rękę PO. Ze stratą dla nas wszystkich: bo przecież jeśli władza korumpuje, to władza absolutna korumpuje absolutnie. Nawet w demokratycznych, ale coraz bardziej iluzorycznych, fasadach.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

PO, referendum i... obywatele
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.