Emeryt zbudował dzwonnicę w ogródku. „Bez dzwonów nie słychać wiary”
Osiemdziesięcioletni Walter Biberacher z bawarskiego Donauwörth zrealizował swoje dziecięce pragnienie, przeznaczając na nie aż sto tysięcy euro ze swoich wieloletnich oszczędności. Przed własnym domem postawił prywatną, dziesięciometrową dzwonnicę, w której zawisły dwa poświęcone dzwony. Jeden z sąsiadów poskarżył się na hałas, ale pozostali zebrali podpisy w obronie emeryta.
Pomysł narodził się w dzieciństwie, gdy Walter Biberacher jako uczeń szkoły podstawowej zwiedzał Liebfrauenmünster w Donauwörth. Zobaczył tam wtedy „Pummerin” – największy dzwon w całej Szwabii. „Gdy tylko zobaczyliśmy go w szkole podstawowej, przepadłem” – wspomina Walter Biberacher w rozmowie z portalem katholisch.de. Już wtedy zapowiedział swojej matce, że w przyszłości zbuduje własną dzwonnicę. Kobieta uważała to jedynie za dziecięce marzenie, jednak jej syn przez całe życie zawodowe jako urzędnik pocztowy odkładał pieniądze na ten cel. Po przejściu na emeryturę natychmiast przystąpił do działania.
Emerytowany urzędnik samodzielnie wykopał dół pod fundamenty konstrukcji, a specjalistycznym firmom zlecił budowę wieży oraz odlanie dzwonów. Pod koniec października 2000 roku pojechał z rodzeństwem do Pasawy, aby osobiście doglądać prac ludwisarskich. „Płynna mieszanka spływała do glinianej formy jak lawa” – opowiada Walter Biberacher w wywiadzie dla Christophera Beschnitta z agencji KNA, który udostępniła redakcja katholisch.de. Stop składa się z 68 procent miedzi oraz 22 procent cyny. Podczas odlewu rodzina wspólnie odmówiła modlitwę „Ojcze Nasz”, prosząc Boga o piękny dźwięk dzwonów.
„Dobry Pasterz” i „Maryja”
Pierwszy dzwon zyskał miano „Dobrego Pasterza” i został poświęcony w grudniu 2000 roku. Wybór nazwy nawiązuje do wizerunku Jezusa jako Dobrego Pasterza, o którym matka mówiła Walterowi w dzieciństwie, że będzie mu zawsze towarzyszyć. Po ponad dwudziestu latach Biberacher dodał dzwon, który nazwał imieniem Maryi. Został on poświęcony w grudniu 2021 r.
Początkowo właściciel dzwonił ręcznie, ciągnąc za sznur. Obecnie dzwonnicą steruje elektronika. Emeryt musiał w tym celu doprowadzić do ogrodu specjalną instalację i teraz do sterowania dzwonami używa bezprzewodowego pilota. Urządzenie uruchamia w każdą niedzielę w południe, w święta, w każdy pierwszy piątek miesiąca oraz podczas pogrzebów tych sąsiadów, którzy wyrazili taką wolę jeszcze za życia.
Sąsiedzki spór o wiarę i decybele
Budowa prywatnej wieży kosztowała sto tysięcy euro. Walter Biberacher przyznaje z humorem, że realizację ułatwił mu stan kawalerski. „Dzięki Bogu nie jestem żonaty” – mówi Walter Biberacher dla portalu katholisch.de. „Żona nigdy nie pozwoliłaby mi wydać na ten cel takich pieniędzy!” – dodaje. Choć inwestycja była kosztowna, o mało nie skończyła się klapą z powodu jednego z sąsiadów, który wysłał oficjalny protest do władz miasta, uskarżając się na hałas. Urzędnicy zbadali jednak sprawę i nie znaleźli nieprawidłowości. Uznali, że dzwony nie dzwonią zbyt głośno i nie dopatrzyli się też żadnych uchybień przy budowie.
Większości mieszkańców pomysł Waltera bardzo się podoba. By mieć pewność, że dzwony pozostaną zebrali nawet w ich obronie podpisy. W petycji skierowanej do lokalnych władz napisali, że do najbliższego kościoła jest dość daleko więc cieszy ich dźwięk dzwonów z prywatnej dzwonnicy. Zapewniają, że podoba im się sposób wykorzystania tej budowli i powstawanie nowych tradycji, które szybko się przyjmują, np. stawianie koło niej zniczy w dzień św. Marcina.
Biberacher zadbał o przyszłość swojego życiowego dzieła. W testamencie zapisał, że dzwonienie ma trwać nadal po jego śmierci, na co zgodziły się już jego siostrzenice. „Dzwony i wiara idą dla mnie w parze. Bez dzwonów nie słychać wiary” – podsumowuje osiemdziesięciolatek na łamach portalu katholisch.de.
katholisch.de/łs
Skomentuj artykuł