Chciała znaku od Boga. To, co wydarzyło się później, trudno uznać za przypadek
Miała 40 lat, dwóch dorastających synów, męża, który nie chciał słyszeć o kolejnym dziecku, i poczucie, że w jej życiu czegoś brakuje. Zaczęła więc prosić Boga o znak i wskazanie drogi. Niedługo później w jej pracy pojawiła się nieznajoma kobieta. Nie miała wątpliwości: to była odpowiedź, na którą czekała.
Chciałabym podzielić się moim świadectwem, że Pan Bóg żyje, jest żywy i działa w naszym życiu, jak Mu zawierzymy. Wszystko zdarzyło się 13 lat temu. Byłam wtedy w trudnej sytuacji psychicznej. Niby miałam wszystko: dobrego męża, dwójkę starszych synów, pracę, ale przechodziłam po pracy do domu i czułam jakąś pustkę. Mąż siedział przed telewizorem, synowie przed komputerami. Czegoś brakowało. Dodatkowo w pracy toksyczna dyrektorka. Ponadto mieszkałam z mamą w mieszkaniu, które mi zapisała. Mama dzieliła jeden pokój, my mieliśmy dwa pozostałe. Wiedziałam, że dzięki mamie mam to mieszkanie, ale cały czas było mi jakoś źle: dzielenie z mamą kuchni, gotowanie, słuchanie uwag, które mnie drażniły. Ciągle złe myśli przychodziły mi do głowy, nawet na temat mamy, bo mnie to wszystko denerwowało: że jest ciasno, że jest bałagan. Chciałam, żebyśmy byli sami i żeby nadać sens naszej rodzinie.
A równocześnie miałam duże wyrzuty sumienia, że tak myślę o mamie, chociaż dzięki niej mam mieszkanie, i bardzo mnie to męczyło. Wiedziałam, że nie powinnam tak myśleć, że powinnam jej być wdzięczna, a ciągle te myśli przychodziły i czułam duże wyrzuty sumienia.
Ponadto sytuacja w mojej rodzinie była jakaś niewystarczająca dla mnie. W duchu zaczęłam pragnąć mieć jeszcze dziecko, chociaż młodszy syn już miał 9 lat, a starszy 13. Jak nadmieniałam mężowi o tym, on nie chciał słyszeć. Nie wyobrażał sobie tego, już sobie ustatkował życie z dwójką dzieci i to było dla niego wystarczające. Odrzucał temat, nie chciał rozmawiać.
Zaczęłam codziennie się modlić, idąc do pracy i w innych częściach dnia, do Pana Boga, o rozwiązanie tych wszystkich problemów. Chciałam mieć dziecko, ale też się już bałam, bo miałam 40 lat, odchowane dzieci i męża, który nie był zainteresowany zmienianiem sytuacji rodzinnej. Modliłam się codziennie, żeby mnie Pan Bóg wskazał drogę, żeby mi dał znak.
I wtedy do pracy przyszła do mnie osoba do podpisania umowy, całkiem obca. Popatrzyłam na nią i zobaczyłam, że jest w ciąży i właśnie koło czterdziestki. I jeszcze tak się zdarzyło, że jej mąż zapomniał dowodu osobistego i poszedł przynieść, i miałyśmy chwilę czasu na rozmowę. Pogratulowałam jej i zapytałam: „A nie boi się Pani tak mieć dziecka?”. A ona mi odpowiedziała: „Na początku się bałam, ale teraz wszyscy się cieszymy, czekamy z niecierpliwością”. A ja jeszcze zapytałam: „A ma Pani jakieś dzieci w domu?”. A ona odpowiedziała: „Tak, mam, ale to już duże dzieci, dwóch synów: jeden 13 lat, a drugi dziewięć”.
I to był ten znak. Wiedziałam, Pan Bóg dał mi znak. Przy pomocy tej kobiety powiedział dokładnie moją historię. A potem stało się tak u nas i wszystko się sprawdziło, i wszyscy się bardzo cieszyliśmy. Mój mąż też po dłuższym czasie się przyzwyczaił do tego, że jestem w ciąży, chociaż na początku bardzo to nim wstrząsnęło. Nie rozmawiał ze mną przez miesiąc, był w szoku, a potem pewnego dnia zapytał: „Jak się czujesz?”. I potem, łącznie z moimi synami, bardzo się cieszyliśmy. Urodziła się nasza córka i dzisiaj mąż mówi: „Jak nasze życie by wyglądało bez Marysi? Byłoby straszne. Ona jest cudowna i sympatyczna, ale równocześnie bardzo żywa, ciekawa świata. Kocha nas bardzo” - ciągle to powtarza. Jest harcerką.
Potem, po trzech latach, Pan Bóg dał nam jeszcze syna i też zawierzyliśmy Jemu. I teraz bardzo się cieszymy. Jesteśmy już starsi, a mamy ciągle przy sobie młode dzieci, które nas motywują do życia, znowu otwierają nasze oczy na piękno świata stworzonego przez Pana Boga. Radują się i my razem z nimi.
Pan Bóg za nas zdecydował, bo On wiedział, co jest dla nas najlepsze. Myśmy nie wiedzieli, nie bardzo chcieli, a teraz jesteśmy przeszczęśliwi, że mamy czwórkę pięknych, kochanych dzieci. Dwoje starszych już odeszło trochę do swojego dorosłego życia. Najstarszy syn się ożenił, a my jesteśmy z tą dwójką młodszych, jeździmy, cieszymy się życiem, wycieczkami i codziennie dziękujemy Panu Bogu za wszystko, co nam daje, tylko za to, że się zawierzyło.
Inne problemy też się od razu rozwiązały. Mama przeniosła się do małego mieszkanka i jesteśmy do dzisiaj w bardzo dobrych relacjach, a po powrocie z macierzyńskiego i części wychowawczego toksyczną dyrektorkę zwolnili. Teraz mamy sympatycznego, normalnego dyrektora i moje życie jest piękne. Dziękuję Panu Bogu każdego dnia.
Szczęść Boże.
Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!


Skomentuj artykuł