Algorytmy mówią kobietom, jakie mają być. Dla internetu nasze życie ma być zasięgowym projektem

Fot. Depositphotos.com

Funkcjonujemy w świecie, w którym kobiety otacza niebywała liczba wzorców. Istnieje "cyfrowy model kobiecości", w którym algorytm dyktuje, co i jak mamy robić. Technologia sprzedaje nam projekt kobiecości, w której każda godzina musi być „produktywna”, a hejt sprawia, że kreujemy swój wizerunek tak, by poczuć się akceptowane - mówią Magda Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku cyklu "Katoliczka w sieci".

Magda Urbańska: Mam takie poczucie, że na przestrzeni ostatnich lat bardzo się zmieniłam. Nic w tym dziwnego. Zostałam żoną, mamą, zmieniałam miejsca pracy itd. To nas zawsze w jakiś sposób kształtuje, nawet jeśli wydaje się nam, że stoimy w miejscu. Myślę o tym, na ile to, w jakim dziś jestem miejscu, kreowane jest przez świat zewnętrzny. Czuję, że to jaka jestem i jak żyję, nijak ma się do tego, co promuje wirtualny świat, ale duży wpływ ma na mnie moje otoczenie - ludzie, wśród których żyję na co dzień, z którymi spotykam się w pracy, Kościele, w rodzinie.

DEON.PL POLECA



Agata Rusek: Krótko mówiąc: rzeczywistość. Nie jesteśmy osamotnionymi planetoidami we wszechświecie, wypreparowanymi z wpływów. Całe nasze bycie i bytność na tym świecie streszcza się w słowie: relacja. Relacje na nas oddziałują - czy to te rodzinne, bliskie, czy to te dalekie jak w pracy. A przy obecnym stanie rozwoju technologii to zaczynają na nas oddziaływać zupełnie niebywałe rzeczy.

Ostatnio zatrzymała moją uwagę pewna socjologiczna dyskusja związana z tym, jak zmieniło się postrzeganie programu “Superniania” w dzisiejszym świecie. W połowie lat dwutysięcznych ten telewizyjny program, licencjonowana kopia brytyjskiego formatu, rozpropagował “karne jeżyki” i był bez cienia krytyki śledzony czy naśladowany przez wielu rodziców. Dziś krytykuje się mocno tę formułę, ale wtedy była ona uważana za wzór.

Funkcjonujemy w świecie, w którym nas: kobiety, mamy, generalnie: rodziców - otacza niebywała liczba wzorców, co i jak robić, by być “jakimś określonym typem” czy “osiągać jakieś określone cele”. Mamy przecież te całe trendy na rodzicielstwo bliskości, na porozumienie bez przemocy, na tradwives, na minimalizm, cozy minimalizm, fiubździu-alizm itd., itp. To wszystko - czy mamy tego świadomość, czy nie - ale w jakiś sposób odbija się w naszych postawach w realu tu i teraz.

Magda Urbańska: Dawno temu przestałam podążać za trendami, to chyba pierwszy objaw starzenia się [śmiech]. Nie jestem zagorzałą zwolenniczką samorozwoju, wybieram raczej codzienny ignacjański rachunek sumienia i przyglądanie się temu, co i jaką stronę mnie pociąga. Nie gotuję w air "frajerze", ale używam zwykłego piekarnika i garnków. Nie mam też innych urządzeń, które dla niektórych wydają się być podstawą każdej kuchni. Nie wyręczam moich dzieci w zadaniach, które wydają się dla nich dużym wyzwaniem i nie daje im bezlimitowego dostępu do świata wirtualnego. Uważam, że małżeństwo jest nierozerwalne i o tę relację trzeba dbać. Nie stosuję diet, nie pracuję po godzinach, bo uważam, że to czas dla rodziny i staram się być w tym temacie twarda. Chyba rzeczywiście jestem staroświecka i dziwna [śmiech]. Jednocześnie widzę, że trend jest w stronę pies zamiast dziecka; samorozwój i terapia zamiast sakramentów; kult ciała zamiast zdrowe dbanie o siebie - choćby o zdrowie psychiczne, sen, spacery na świeżym powietrzu. Nie wiem, jak ty to widzisz, Agato, ale obraz kobiety idealnej kreowanej w mediach zmienił się diametralnie choćby na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat…

Gdy kobieta mówi, że jest zmęczona, słyszy, że sama chciała

Agata Rusek: Powiem więcej: on się zmienił diametralnie, ale moim zdaniem nie ma już też jednego obrazu kobiety idealnej. Inna będzie twarz, która mocą algorytmów będzie wyskakiwać korpo-mamie, inna nastolatce, inna babci, inna zadeklarowanej feministce z lewa, a inna tej z prawa. Stereotypowa Matka-Polka też może mieć dziś paradoksalnie różne oblicza, w zależności czy klikniesz raz czy drugi bardziej w treści zawodowe czy chrześcijańskie, czy jakieś polityczne. Nie jest jednak tak, że mamy dzięki temu inspirującą różnorodność. Te idealne kadry łączy przecież to, że są zazwyczaj wyidealizowane, oparte na skrajnych wizjach i nad wyraz skutecznie karmią nas przekonaniem, że musimy być “jakieś”. Chude, grube, wytatuowane, naturalne, wybotoksowane, wysportowane, niezależne, oddane, pokorne, pyskate…

Magda Urbańska: No tak, do tego jeszcze te, jak mówisz, różne ramki bywają zaskakująco sztywne. Dobra matka to ta, która jest wszędzie i daje sobie radę ze wszystkim. Dziećmi, praniem, sprzątaniem, zakupami, pracą na etacie, siłownią trzy razy w tygodniu. Gdy zacznie mówić, że jest zmęczona, usłyszy, że przecież sama chciała, więc co teraz stęka. To jeden biegun. Na drugim widzę “psieczko” zamiast dziecka. Kobiety bez męża, z psem u boku. Samodzielne, ogarniające kobiety sukcesu. W moim odczuciu jeden i drugi obraz kreowany w mediach robi krzywdę. Nikt nie pyta, czego pragniesz, za czym tęskni twoje serce. Jakiego wsparcia dziś potrzebujesz, o czym myślisz, gdy nie możesz w nocy spać? Wiesz, nie oczekuję od całego świata, że wszystko się zatrzyma i że będziemy teraz zadawać takie pytania zupełnie obcym ludziom.

Mam poczucie, że dziś brakuje nam po prostu zwykłych, dojrzałych relacji, budowanych na rozmowie, zaufaniu i prostym byciu bez rozpraszaczy - telefonu, telewizora grającego w tle itd. Brakuje nam przyjaźni, takiej prawdziwej i głębokiej. Wmawiamy sobie, że nie jest ona możliwa przez tempo życia, a jednocześnie nie robimy nic, by zwolnić, bo… świat nam wmawia, że musisz więcej, bardziej, za milion lajków. Jak obrazek wygenerowany przez AI, idealnie przerysowany, bez cieni.

DEON.PL POLECA

Nikt nie pyta, czego pragniesz, poza działem marketingu

Agata Rusek: Zatrzymało mnie to Twoje „nikt nie pyta, czego pragniesz”, bo pojawiła mi się od razu dość cyniczna myśl, że o ile my sami, ludzie, mamy trudność, by znaleźć czas i chęć do odpowiedzi na to pytanie, to już biznes nie ma z tym w ogóle problemu. I on pyta ciągle. Wielgachne korporacje wydają przecież ogromne pieniądze, by te nasze pragnienia badać i je monetyzować. Platformy żyją z naszej uwagi, marki żyją z naszych zakupów, a najpewniejszym sposobem, by kobieta zatrzymała kciuk na ekranie i sięgnęła po portfel, jest delikatne podsunięcie jej myśli, że czegoś jej brakuje.

Zauważ, że niemal każdy „problem”, o którym dowiadujemy się z rolek, przychodzi już w pakiecie z rozwiązaniem do kupienia: twarz zmęczona po nieprzespanej nocy ma swoje serum, brzuch po kilku ciążach ma swój kurs, rozgardiasz w domu ma swój planer, a wyrzut sumienia, że za mało czasu spędzam z dziećmi, ma swoje „kreatywne pudełko sensoryczne” z wysyłką w 24 godziny. Tymczasem gdyby ktoś naprawdę zapytał mnie, czego pragnę, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć odpowiedziałabym, że chcę się wyspać, porozmawiać z kimś bliskim i mieć poczucie, że jestem wystarczająca. Sęk w tym, że żadnej z tych rzeczy nie da się zamówić z dostawą do paczkomatu [śmiech]. I tu dochodzę do tego, co mówisz o przyjaźni, bo mnie uderza, jak sprytnie rynek nauczył się pod nią podszywać.

Influencerka mówi jak przyjaciółka, żeby sprzedać ci krem

Influencerka dawno porzuciła język reklamy z lat dziewięćdziesiątych; siada w dresie na kanapie, mówi „dziewczyny, muszę wam coś powiedzieć” i zwierza się jak koleżanka przy kawie. Ten ton tzw. siostrzeństwa jest dziś jednym z najskuteczniejszych narzędzi marketingowych, a skoro, jak sama zauważasz, prawdziwych przyjaciółek wielu z nas brakuje, to ta namiastka trafia na bardzo podatny grunt. Warto sobie w takich momentach przypominać prostą różnicę. Przyjaciółka w realu, widząc moje podkrążone oczy, powie najpewniej coś w stylu: „siadaj, zrobię ci herbatę, co się dzieje?”, a „przyjaciółka” z kodem rabatowym może co najwyżej zaproponować: „wyglądasz na zmęczoną, mam na to idealny krem”. Obie zauważą moje pragnienie odpoczynku, ale mnie samą, po imieniu, ma szansę zauważyć tylko ta, z którą mam prawdziwą, fizyczną relację.

Hejt w sieci sprawia, że kreujemy swój nowy wizerunek, by czuć akceptację

Magda Urbańska: Wiesz, myślę o jeszcze jednej rzeczy. Słysząc określenia wirtualny świat, albo technologia, z automatu stają mi przed oczami reklamy, duże koncerny, rolki znanych influencerów. Ale to nie jest dla mnie pełen obraz tego, co robi z nami i naszą tożsamością tzw. algorytm.

Myślę teraz o komentarzach w internecie. Nie dalej jak kilka dni temu wrzuciłam na moich social media wpis o ojcu Pio i lęku przed spowiedzią i musiałam znowu zablokować możliwość dodawania komentarzy. Zauważyłam, że ostatnio robię to bardzo często, bo hejt przelewa się przez moje treści hektolitrami. Dlaczego mówię o tym w naszej dzisiejszej rozmowie? Bo opinia innych kształtuje myślenie tych, którzy czytają takie komentarze. Mnie obraźliwe słowa, życzenie mi śmierci, czy umniejszanie w jakiś sposób mojej wartości smuci, ale nie zmienia mojego zdania o samej sobie. Znowu czuję się stara [śmiech], choć tutaj warto by chyba było stwierdzić, że w jakiś sposób emocjonalnie dojrzała, bo choć pojawiają się we mnie różne emocje, gdy ktoś wypisuje mi takie bzdury, to jednak nie biorę ich sobie do serca jako fakt o mnie. Tymczasem mam takie wrażenie, że ci, których spotyka taki rodzaj ludzkiej nienawiści, często bardzo szybko się poddają, wycofują, nie pokazują siebie prawdziwymi - z lęku przed czyjąś oceną.

Jak nas to kształtuje? Ano tak, że pozwalamy innym, by obrażali ludzi obok nas, bo przyznajmy się szczerze - ile razy reagujemy na takie komentarze pod czyimś wpisem? Ile razy milcząco scrollowaliśmy dalej, pozwalając komuś na słowną przemoc? Po prostu stajemy się głusi i nieczuli na czyjąś krzywdę… Ile w nas samych jest wolności do stanięcia z hejtem w szranki? Ja to blokuję, nie chcę zaśmiecać sobie myśli i oczu czyimś wewnętrznym niepoukładaniem… Ale w wielu osobach jest taki lęk, że co jeśli się nie spodobam? Co jeśli się jakoś wyłamię? Co o mnie pomyślą? I zaczyna się festiwal kreowania jakiegoś nierealnego wizerunku, a czasem okazuje się, że to wcale nie jest gwarancja, że hejt się skończy. Moje doświadczenie pokazuje, że się nie kończy…

Agata Rusek: Bardzo to bolesne i prawdziwe, co mówisz. Spójrzmy na jeszcze inny odcień tego zjawiska: bo ten lęk przed oceną to genialna gleba dla tworzenia nierealnych wizerunków, a te z kolei umiejętnie kreowane i podbijane przez technologię, docierają do nas na różnych poziomach: nie tylko w tym, co konsumujemy w mediach (anty)społecznościowych. Warto zauważyć, że wpływ na naszą kobiecość, na to jak postrzegamy nasze role i możliwości mają też plakaty w przestrzeni publicznej, seriale na Netflixie, klipy muzyczne, podcasty, które słuchamy. Przyznam, że jakoś mnie to razi, że kobiety krzyczące w protestach “moje ciało, mój wybór” niespecjalnie reagują na takie zjawiska jak zarabianie ciałem przez coraz młodsze dziewczyny na “OnlyFans” czy wpychanie nastolatek do wyścigu na najbardziej długie rzęsy i tipsy, o całym tym zwariowaniu na temat kosmetyków i pielęgnacji własnego ciała to już nawet nie wspominam.

Czy to naprawdę jest wolność wyboru, że 11-letnie dziewczynki pakują na siebie tony kosmetyków, by być wiecznie młodą, gibką i gładką? A zauważ, te kobiece wybory są właśnie pokłosiem pewnych wykreowanych wizerunków, którymi jesteśmy zewsząd otoczeni.

"Halo, ja tu nie pokazuję całego życia!"

Magda Urbańska: Wiesz co, wydaje mi się, że w pewnym momencie zawsze zaczynamy pokazywać w internecie wykreowany obrazek, jakiś ideał, który powiedzmy sobie szczerze, nie istnieje. Byle by nie było hejtu, albo byleby się klikało, by wpadło w viral. Ktoś po drugiej stronie widzi więc wydmuszkę, a nie prawdę o mnie. I zaczyna żyć w poczuciu, że jest jakiś inny, gorszy, że nie ogarnia.

Agata Rusek: Tak, zgadzam się, przy czym myślę, że łatwiej jest powiedzieć, że odbiorca treści powinien mieć tego świadomość, że tworzenie w internecie jest zawsze obarczone błędem poznania, niż rzeczywiście nieść w sobie tę świadomość tak na co dzień. Jako twórczynie jesteśmy obie mocno uwikłane w tę trudność tworzenia w internecie. Co z tego, że z troski o moje odbiorczynie przypominam raz po raz “halo, to nie jest cała prawda o mnie”, “tu nie pokazuję całego mojego życia”, kiedy algorytmy i tak pokazują ludziom nasze treści wyrywkowo. Więc gdy jakaś kobieta w kryzysie małżeńskim zobaczy moją jedną czy drugą rolkę o modlitwie małżeńskiej, najprawdopodobniej nie będzie miała szans, by zobaczyć tę inną, w której napisałam o kłótni rodzinnej. Dla niej będę już tylko typiarą z idyllicznego życia katolickiej żony…

Tworzymy z życia obraz jak z bajki, który spodoba się algorytmom

Magda Urbańska: [śmiech] Ostatnio widziałam rolkę z kuchni jednej znanej blogerki. Ona akurat pokazała to, co ma przed i za kamerą. Świetne to było! Nagrywała jedzenie, na czystym pięknym blacie, a za plecami sterta brudnych naczyń w zlewie. Prawdziwe życie! Ale - fakt - od strony statystyk, to ono się nie klika, więc… tworzymy obraz, który łyknie algorytm. Jak z bajki. Szkoda, że nie jest w niej prawdą zakończenie, że żyli długo i szczęśliwie…

Agata Rusek: Kojarzy mi się tu jeszcze słowo „projekt”. Mam wrażenie, że dzięki rozwojowi technologii ono kolonizuje dziś rozmaite obszary naszego życia, w tym: kobiecość, macierzyństwo i pracę.

Jak już tak o tych rozmaitych, budowanych w internecie wizerunkach kobiet mówimy, to mnie algorytm regularnie podsuwa kobiety, które wstają o piątej, piją wodę z cytryną, ćwiczą, medytują, prowadzą dziennik wdzięczności, a o siódmej, z idealnie upiętym kokiem, budzą swoje liczne dzieci uśmiechem i śniadaniem w kształcie misia.Potem pracują „w głębokim skupieniu” w blokach czasowych, po pracy rozwijają pasję, która docelowo, rzecz jasna, rozwinie się w intratny interes, a wieczorem mają siłę, by wyjść na randkę z mężem do teatru, w międzyczasie przygotowując z dziećmi zabawki sensoryczne z kolorowego ryżu.

Technologia sprzedaje nam projekt kobiecości, w której każda godzina musi być „produktywna”, a każda chwila z dzieckiem „rozwijająca”. Macierzyństwo zaczyna przypominać stanowisko pracy z listą wskaźników do odhaczenia: czy dziecko ma dość bodźców, czy zjadło warzywa w pięciu kolorach, czy zrobiłam z nim dziś coś „wartościowego”. I wtedy zwykłe siedzenie na podłodze i przyglądanie się, jak czterolatek przez dwadzieścia minut układa kamyki w rządek, wydaje mi się stratą czasu, choć jest w nim więcej obecności niż w najstaranniej zaplanowanym projekcie edukacyjnym.

To się zresztą bardzo łączy z tym, co znamy jako tzw. mental load, czyli z niewidzialnym ciężarem pamiętania o wszystkim, który większość z nas mimo napakowanych aplikacjami telefonów i tak nosi na swoich barkach osobiście. Internet dokłada do tego jeszcze jedną warstwę: oprócz szczepień, wycieczki szkolnej i urodzin teściowej kobieta ma dziś także pamiętać, że powinna być lepszą, bardziej zorganizowaną i bardziej rozwiniętą wersją siebie. W tej perspektywie niedziela przeżyta naprawdę jako dzień odpoczynku, modlitwa, z której nie ma żadnego mierzalnego „efektu”, czy godzina z mężem, której nie da się wpisać do CV, zyskują rangę aktu cichego, chrześcijańskiego oporu [śmiech]. Magda, a Ty jak to godzisz? Mówiłaś, że nie pracujesz po godzinach i jesteś w tym twarda. Skąd w Tobie ta twardość, skoro wokół wszyscy powtarzają, że trzeba więcej? A może takie głosy do Ciebie nie docierają?

Nie wszystko jest kwestią dobrej organizacji

Magda Urbańska: Wszystko jest kwestią dobrej organizacji [śmiech]. Nie, wcale tak nie uważam i te słowa wiele razy raniły mnie jako matkę, która nie była w stanie robić zabaw z kolorowego ryżu [śmiech]. Prawda jest taka, że nie zawsze wszystko godzę. Mój grafik napięty jest jak guma, wstaję wcześnie, więc ile mi się uda, staram się ogarnąć zanim wstaną dzieci. Ile się da - to jest chyba jakiś klucz, bo są rzeczy, które na dany czas po prostu opuszczam… I uwaga - nie witam dzieci kolorowym śniadaniem, robią je sobie sami [śmiech]. W ogóle sporo obowiązków w domu po prostu oddelegowałam najbliższym, bo nie da się pracować na etacie, ogarniać codziennych domowych spraw i jeszcze mieć czas na długie wieczory z mężem i dziećmi. No nie da się. Dzielimy się obowiązkami, a to, że nie pracuję po godzinach ma związek z tym, że wiele rzeczy do pracy przygotowuję w międzyczasie - gdy ziemniaki się gotują, albo pralka od dziesięciu minut pokazuje, że skończy swoją robotę za dwie minuty [śmiech].

Zapisuję na kartce rzeczy, które muszę ogarnąć na już i wciskam je gdzieś pomiędzy inne zajęcia, by czas po 17, gdy wracam z pracy był już tylko z najbliższymi. Pracuję jako nauczyciel, rodzice moich uczniów nie mają mojego prywatnego numeru telefonu i uważam, że to jest bardzo zdrowe podejście. Do dziennika zaglądam w pracy i gdy przygotowuję w domu zajęcia na dany dzień. Postawiłam pewną granicę, która popierana jest przez dyrekcję szkoły i bardzo cieszy mnie to, że jest takie a nie inne podejście w tej placówce… Oczywiście, po 17, gdy jestem już w domu z rodziną robimy kolację, składamy pranie itd, ale staram się to robić z moimi chłopakami, wspólnie. Czy mówiłam już, że chyba się starzeję? [śmiech].

Agata Rusek: Dobra. To skoro tak ten temat starości nam się jakoś ciągle dziś przewija, to przyjrzyjmy się w przyszłym tygodniu przemijaniu i sprawom ostatecznym w świetle zmian technologicznych. Co Ty na to?

Magda Urbańska: Uuu. Powiało grozą. Zapraszamy!

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Algorytmy mówią kobietom, jakie mają być. Dla internetu nasze życie ma być zasięgowym projektem
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.