Jak pomagać osobom skrzywdzonym przez ludzi Kościoła?

Jak pomagać osobom skrzywdzonym przez ludzi Kościoła?
(fot. Paweł Kęska)
2 miesiące temu

Wiele przypadków wykorzystania seksualnego pokazuje, jak sami wpędzaliśmy pokrzywdzonych w ręce pedofilów, twierdząc, że ksiądz przecież nie może zrobić krzywdy. Bardzo zakorzenione jest w nas przekonanie, że spotkanie z księdzem, będzie jakby ważniejsze, a rozmawiając z duchownymi, jakoś od razu przestajemy być naturalni.

Bardzo trudno było mi napisać ten tekst. Z kilku powodów: widzę wiele złego w mojej wspólnocie, ale dzisiaj nie chcę już tylko koncentrować się na krytyce, która stała się wszechobecna i którą już jestem zmęczona. Z drugiej strony, bez tej krytyki, bez ujawniania brudów, nie będzie zmiany. Musi zniknąć przekonanie o pewnej „nietykalności” tych, którzy czuli się dotychczas bezkarni. Widać, że przynosi to efekty w postaci ujawniania przestępstw seksualnych i zaniedbań przełożonych kościelnych. Krytyka jest więc bardzo potrzebna. Ale jak krytykować, by jednocześnie próbować znaleźć drogi wyjścia, kiedy po każdym kolejnym skandalu wykorzystania seksualnego i zaniedbań przełożonych w tym obszarze wydaje się, że została przekroczona granica, która nie pozwala na zaufanie ludziom Kościoła, że prowadzą tę wspólnotę do zbawienia? 

Temat wykorzystania seksualnego pokazał jeszcze bardziej, że jesteśmy dzisiaj podzieleni na Kościół, który cierpi, i Kościół zadowolony z siebie. Kościół w Polsce dopuścił polaryzację w swoim wnętrzu i obecnie chyba bardziej widać wysiłki mające na celu utrzymanie równowagi niż dążenie do jednoczenia wspólnoty. A otwarta rana wykorzystania seksualnego małoletnich i bezbronnych woła do nas niczym krzyk Hioba.

W debatach, jakich słucham i w których uczestniczę w ostatnim czasie, pojawia się dość często pragnienie ludzi, by w Kościele poczuć się u siebie, znaleźć wspólnotę, w której odnajdą poczucie sensu, odnajdą punkty orientacyjne. Obok krytyki, która jest również wyrazem tęsknoty za czymś prawdziwym, pojawia się mocne pragnienie odnalezienia swojego miejsca. Chciałabym to, co zamierzam powiedzieć, zawrzeć w formie postulatów, które wynikają z moich doświadczeń, tych dobrych i tych bolesnych. Kieruję je również do siebie. 

Nazwać krzywdy w Kościele 

Chciałabym, żeby system pomocy osobom pokrzywdzonym wykorzystaniem seksualnym w Kościele, jaki tworzymy, stał się matrycą tego, jak powinniśmy postępować z cierpiącymi. Dzisiaj wypracowujemy sposoby działania i odpowiadania na krzywdę w Kościele. Tworzymy dokumenty na poziomie polskim, nazywamy krzywdy i określamy konsekwencje dla sprawców i dla tych, którzy ich chronili. Stosujemy to coraz skuteczniej w kolejnych pojawiających się przypadkach. Wydreptujemy z bólem ścieżkę, którą mam nadzieję, podążymy, jeśli chodzi o inne zaniedbania. Wykorzystanie seksualne jest najgorszą formą nadużycia władzy i przemocy w Kościele, bo dotyka dziecka i intymnej sfery seksualnej. Wykorzystanie seksualne dotyczy małoletnich oraz osób bezbronnych i osób zależnych (vulnerable). Jednak jest ciągle wiele innych form nadużycia władzy wymagających zajęcia się nimi, jak m.in. zatrudnianie pracowników, w tym obcokrajowców, bez umów, niegodziwe zarobki, brak szacunku przełożonych do podwładnych, form, które do tej pory nie stały się przedmiotem listu pasterskiego czy wytycznych episkopatu. Jak pokazuje zjawisko pedofilii, niestety nie wystarczy Ewangelia. Osoby wykorzystane seksualnie pokazują, że Kościół to wspólnota zraniona i niemówienie o tym osłabia wspólnotę. Zmowa milczenia zatruwa od środka. Krzyk pokrzywdzonych obnażył hipokryzję. Taki dom nie może się ostać, jak mówi Jezus. Jeszcze dzisiaj, oprócz tworzenia programów prewencyjnych, szkoleń, uwrażliwiania, potrzebujemy rozliczenia się z bolesną przeszłością, nazywając jak na spowiedzi swoje przewinienia. 

Dzisiaj jest więcej działań reaktywnych w odpowiedzi na doniesienia medialne niż z niezależnego przekopywania archiwów, szukania pokrzywdzonych i czyszczenia rany. Warto, byśmy jako Kościół, rozliczając się z przestępstwa wykorzystania seksualnego małoletnich, zaczerpnęli z naszych obrzędów religijnych, na przykład z pięciu warunków dobrej spowiedzi, tj. rachunku sumienia, żalu za grzechy, mocnego postanowienia poprawy, szczerej spowiedzi i w końcu zadośćuczynienia Panu Bogu i bliźniemu. To może być program naprawczy, choć wydaje się dzisiaj niezwykle passé, bo może sami z niego rzadko korzystamy.

Dać miejsce pokrzywdzonym w Kościele

Zranienie wykorzystaniem seksualnym staje się dzisiaj obrazem krzywdy zadanej jednemu człowiekowi przez drugiego w Kościele i w konsekwencji ludzkiego cierpienia. Zranienia przede wszystkim w godności. Sposoby odsuwania tego problemu przez dziesięciolecia, pokazują, jak trudno zmierzyć się z raną pojedynczego człowieka. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie w swojej wymowie nie tyle oskarża tych, którzy mieli pomóc, ile pokazuje, że taka pomoc kosztuje. Coś „tracisz”. Tracisz przede wszystkim czas, bo Samarytanin najpierw się wzruszył, potem opatrzył rany, a na końcu musiał ogarnąć całą logistykę pomocy. Nie tylko zareagował doraźnie, ale zadbał o przyszłość pobitego. Krzywda powoduje słabość, czyli nadwrażliwość, często trudną do zniesienia przez innych. W naturalnym odruchu chcemy szybko pozbyć się problemu. Ale coraz więcej jest sytuacji, w których tak się nie da, bo pomoc pokrzywdzonym, których dramaty widzimy, nie jest ani łatwa, ani szybka. Wymaga przede wszystkim oddania czegoś z siebie, nakładu czasu i energii. 

Pomimo że w Kościele w Polsce na poziomie diecezji mamy już niezły system pomocy osobom pokrzywdzonym, to jeszcze do teraz spotykamy się czasami z trudnym do zaakceptowania przyjęciem osób zranionych w diecezjach. Niektórzy tym sposobem trafiają do Fundacji Świętego Józefa. Pojawia się pytanie, co wtedy zawiodło. Często słyszę, że potrzebujemy zmiany mentalności, że najsłabszym ogniwem systemu jest zawsze człowiek. Nie polemizując z tym, zastanawiam się, czego brakuje, kiedy osoba skrzywdzona jest odsyłana do sprawcy po pieniądze na terapię, bo „przecież taki ksiądz może pracować i płacić”, co wpędza ją ponownie w system zależności. Kiedy skrzywdzonego pyta się, „z czego mamy mu zapłacić, bo musielibyśmy zabrać wtedy innym”, albo kiedy uzależnia się pomoc terapeutyczną od zrzeczenia się przez pokrzywdzonego roszczeń. Jak połączyć takie postawy, które jeszcze mogłabym wyliczać z Wytycznymi dotyczącymi wstępnego dochodzenia kanonicznego w przypadku oskarżeń duchownych o czyny przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu z osobą niepełnoletnią poniżej osiemnastego roku życia Konferencji Episkopatu Polski, gdzie jest napisane „Ofiarę seksualnego wykorzystania, jak i jej bliskich, należy otoczyć właściwą troską duszpasterską, zapewniając poczucie bezpieczeństwa, wolę życzliwego wysłuchania i przyjęcia prawdy, ułatwienie – jeśli jest taka potrzeba – uzyskania specjalistycznej pomocy duchowej i psychologicznej, w przekonaniu, że osoba ta, ujawniając swoje cierpienie, również pomaga Kościołowi w uzdrowieniu naruszonego ładu moralnego”. Miłość to nie jałmużna. 

Papież Franciszek w najnowszej encyklice Fratelli tutti pokazuje jeszcze jeden aspekt przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Pisze, że osoby, które mijały pobitego, nie skupiły się na głosie wewnętrznym, by się zatrzymać i pomóc, ale na swojej funkcji i zajmowanej pozycji w społeczeństwie. Miały  rolę do odegrania, a pokrzywdzony im w tym przeszkadzał. W Kościele jest lęk przed osobami skrzywdzonymi. Lęk nawet nie tyle powodowany strachem, że będą czegoś od nas chciały, ile lęk przed spojrzeniem osobie skrzywdzonej w oczy. Znika wtedy poczucie pewności, bo z menedżera poprawności trzeba stać się człowiekiem. Czasami bardziej bronimy procedur niż ludzi, czasami się też tymi pierwszymi zasłaniamy.

Przestać być klerykalnym świeckim 

Wiele przypadków wykorzystania seksualnego pokazuje, jak sami wpędzaliśmy pokrzywdzonych w ręce pedofilów, twierdząc, że ksiądz przecież nie może zrobić krzywdy. Bardzo zakorzenione jest w nas przekonanie, że spotkanie z księdzem, będzie jakby ważniejsze, a rozmawiając z duchownymi, jakoś od razu przestajemy być naturalni. Podświadomie oczekujemy też, że to hierarchia ma zmienić Kościół, że tylko biskupi mają taką moc. To jest klerykalizm, ale tym razem świeckich, to znaczy oddawanie odpowiedzialności za kształt Kościoła jednej grupie, do której coraz więcej ludzi nie ma zaufania. 

Często w rozmowach o Kościele słyszę rozgoryczenie tym, co się dzieje, i pytanie, jak możemy zmienić hierarchię. Nie możemy zmienić hierarchii, tak jak nie możemy zmienić każdego innego człowieka oprócz siebie samego. Widać dzisiaj wyraźnie rozczarowanie sytuacją w Kościele. Ludzie odchodzą, rozpraszają się. Przypomina to trochę sytuację uczniów Jezusa w momencie Jego aresztowania. Ten, któremu zaufali, przegrał. Obietnica wyzwolenia Izraela z jarzma rzymskiego, w jaką jeszcze wtedy wierzyli, nie spełniła się. Trafnie pisze o tym kardynał Luis Antonio Tagle: „Zapomnieli więc o przyjaźni i o obietnicach, że nie odejdą”. Po zmartwychwstaniu Jezus poprzez Marię Magdalenę zaprasza ich na spotkanie do Galilei – czyli tam, gdzie się wszystko zaczęło. Tagle pisze: „Jezus, którego zraniono, który zdawał się być zupełnie przegrany, nagle okazuje się tym, który proponuje rozpoczęcie nowego życia u swego boku (…). To spotkanie w Galilei jest aktem Jego nadziei, że nie wszystko zostało stracone”. Jeśli bardziej zaufamy Jemu, a nie będziemy czekać na rozwiązania z „góry”, mamy szansę znów zbudować wspólnotę, jakiej szukamy. A tworząc wspólnotę, mamy szansę coś zrobić, nie oglądając się na innych. Przekuć narzekanie w działanie to, wydaje mi się, dzisiaj jedyne wyjście z impasu świeckich katolików, którzy uważają, że nie wszystko jeszcze stracone.

Przywołam w tym miejscu medialną aferę z plakatami Inicjatywy Zranieni w Kościele. Od niektórych duchownych słyszałam, że wieszanie plakatów w gablotach parafialnych to „nie tędy droga” albo „w naszej parafii nie ma tego problemu”. Nie wiem, co kryło się za takimi stwierdzeniami, bo w odpowiedzi żadnego konstruktywnego pomysłu nie usłyszałam. Nie znam też żadnej inicjatywy ze środowisk, które najbardziej krytykowały pomysł informowania o telefonie zaufania dla zranionych w Kościele. Za to zmotywowani świeccy, nie godząc się z paternalizmem duchownych, chodzili do swoich proboszczów pytać, dlaczego taki plakat nie wisi w ich parafii.

Fragment książki "Mamy głos". Świeccy, Kościół, kryzys"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Praca zbiorowa
20,94 zł
34,90 zł

Mamy głos! My również jesteśmy Kościołem i jesteśmy za niego odpowiedzialni!

Coraz więcej osób ma wrażenie pogłębiającego się kryzysu w Kościele. Skandale związane z  ukrywaniem przypadków pedofilii, zadziwiające wypowiedzi części hierarchów i niezrozumiałe polityczne sojusze...

Skomentuj artykuł

Jak pomagać osobom skrzywdzonym przez ludzi Kościoła?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.