Łatwo wykopać kogoś z Kościoła, nawet "zwykłych" katolików [WYWIAD]

(fot. depositphotos.com)
Magda Fijołek / br. Szymon Janowski OFMCap

Łatwo kogoś wykopać z Kościoła, zniechęcić - nawet "zwykłych" katolików. To kwestia komunikacji, a nie ideologii. Dojrzałości człowieka, a nie wojny ideowej. I pewnego sensownego towarzyszenia duszpasterskiego - o burzy wokół LGBT, wyzwaniach duszpasterskich i o tym, dlaczego warto pojechać na Golgotę Młodych w Serpelicach opowiada Deonowi organizator rekolekcji o. Szymon Janowski.

Magda Fijołek, Deon.pl: "Rozłam", czyli hasło przewodnie tegorocznej Golgoty Młodych raczej nie kojarzy się pozytywnie. Dlaczego jako organizatorzy zdecydowaliście się właśnie na nie?

br. Szymon Janowski OFMCap: Być może nie kojarzy się pozytywnie, a jednak zaczerpnęliśmy je z Dobrej Nowiny, jaką jest Ewangelia. W jednym z fragmentów pada pytanie Pana Jezusa: "Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam." Następnie komentuje i wyjaśnia te słowa: chodzi w nich o to, że przyjęcie wiary jest czymś radykalnym, czymś co wręcz musi przynieść rozłam. W tym sensie życie po chrześcijańsku zawsze będzie życiem pod prąd, mało tego - może przynieść rozłam nawet w obrębie rodziny. My znajdujemy w tym znaczeniu nieco inny kontekst, związany z cytatem z Księgi Rodzaju - o opuszczeniu ojca i matki. Chrześcijaństwo to taka ścieżka, droga i sposób myślenia, które domagają się odłączenia od rodzinnego domu. Nie ma tutaj konieczności przejmowania pewnych tradycji rodzinnych czy życia według planów rodziców - przeciwnie - jest konieczność odłączenia się od nich.

Podsumowując: chodzi nam o to, by na tej Golgocie Młodych pozwolić człowiekowi zrozumieć i zmierzyć się z tematem relacji z rodzicami. Kładziemy nacisk na moment wyjścia z domu. Uczestnikami Golgoty Młodych są najczęściej osoby u progu decyzji: o podjęciu studiów, pracy, założenia rodziny. Trudno taką decyzję podjąć, jeśli w pewien sposób nie "uwolnimy" się od domu rodzinnego. Chcemy o tym porozmawiać: jak przeżyć to po katolicku, jak ten bunt zrozumieć i przepracować.

Brzmi to trochę buntowniczo i anarchicznie. Tak jakby Golgota Młodych miała być takim "katolickim Woodstockiem".

(śmiech) Bo tu rzeczywiście chodzi o rewolucję. Oczywiście nie o taką, w której buntujemy młodych przeciw rodzicom, ale o naukę tego, że młody człowiek, wkraczając w dorosłość, nie zawsze musi zgadzać się z rodzicami i być im bezwzględnie posłuszny. Brzmi to może buntowniczo, ale życie opiera się także na takich kwestiach. Nie chodzi nam o wezwanie do wojny z rodzicami, ale o potrzebę znalezienia własnej tożsamości. Często głębokie związanie z rodzicami, nieprzeżycie tego buntu - zakwestionowania pewnych rzeczy, oddzielenia się od nich, doświadczenia nawet pewnej walki z rodzicami - wpływa na nas w życiu dorosłym.

Wystarczy zajrzeć do pierwszego z brzegu gabinetu psychoterapeutycznego, by przekonać się jak bardzo: ojciec nieobecny lub obecny nadmiernie, alkoholizm i inne nałogi, skomplikowana relacja z matką - to wszystko ma znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać. Widziałem kiedyś taki rysunek, w zasadzie mema, który przedstawiał sytuację z gabinetu psychologa: najpierw na terapii jest młody mężczyzna, który nie doświadczał czułości od rodziców, a na kolejnym obrazku jest jego syn, który skarży się terapeucie na nadmiar tej czułości.

No dobrze, ale skoro nie chodzi o zwykły bunt, to jak te relacje przepracować w zdrowy sposób?

Mówimy o młodych dorosłych, którzy muszą szybko dojrzeć - chcemy, by ten proces był świadomy, by z tyłu głowy nie było lęku co do popełnianych błędów, porażek czy właśnie odcięcia pępowiny od rodziców. Chodzi o znalezienie zdrowej relacji, miłości do matki i ojca. Chcemy nauczyć się słuchać siebie nawzajem, ale znając siebie i mając świadomość. A znamy przecież niestety sytuacje, w których  dorosły człowiek jest już mężem czy żoną, a nadal pyta o zdanie w sprawie firanek teściowej czy mamy...

Coś w tym jest, bo jeszcze jako studentka zaobserwowałam, że znajomi z roku dzielą się na dwie grupy: na tych, którzy już w piątek przychodzili na zajęcia z walizką, by jak najszybciej pojechać na weekend do domu i wrócić w poniedziałek rano, i na takich, którzy tygodniami nie wykonywali do rodziców nawet telefonu.

I właśnie temu chcemy się na Golgocie Młodych przyjrzeć - jak znaleźć zdrowy, bezpieczny balans między lojalnością i miłością względem rodziny, a pewną samodzielnością. Wielu młodych ludzi, wyjeżdżając na studia do innego miasta wpada w pułapki, o których wspomniałaś, jeszcze inni szarpią się między jedną, a drugą postawą. Część z nich "poluzowuje" też swoje przywiązanie do Kościoła, choć nadal wielu znajduje w nim ostoję, na przykład w różnego rodzaju wspólnotach, czy duszpasterstwach akademickich.

O ile czują się w nich akceptowani. Ostatnie miesiące i tygodnie dostarczają nam smutnych paradoksów. Z jednej strony z ust hierarchów padają słowa o "tęczowej zarazie", z drugiej - w akcji oznaczonej hasztagiem #jestemLGBT świadectwo dają młodzi katolicy, którzy odkrywają u siebie orientację homoseksualną, ale mimo to wybierają życie w czystości, chcą być "pełnoprawnymi" członkami Kościoła, ponosząc pewnego rodzaju ofiarę. Zastanawiam się jaka byłaby reakcja Ojca, gdyby na Golgocie Młodych pojawił się w tęczową torbą lub chorągiewką…

To bardzo złożone pytanie. Jeśli chodzi o Golgotę Młodych, to jest ona dla każdego - nie zakazujemy przyjścia i uczestnictwa nikomu. "Tęczowa zaraza", o której mówi arcybiskup Marek Jędraszewski, dotyczy pewnych poglądów, które zwyczajnie nie są do pogodzenia ze światopoglądem chrześcijańskim. Jednak z drugiej strony mamy człowieka, który odkrywa swoją tożsamość, seksualność, jest w pewnym kryzysie i nie musi mieć związku z żadną "ideologią LGBT". Użyłaś bardzo ważnego słowa "ofiara" - chrześcijaństwo jest z tym ściśle powiązane: tak w kapłaństwie, jak i w małżeństwie czy po prostu w codziennym życiu.

Zwłaszcza że Kościół wzywa młodzież do czystości bez względu na orientację seksualną. Szóste przykazanie dotyczy przecież nas wszystkich.

Dokładnie tak. Ponadto Kościół jako taki jest otwarty na każdego, jest powszechną wspólnotą. Gdy prowadzone są tego rodzaju dyskusje, zawsze odsyłam do nauki Kościoła, do katechizmu. I tam mamy jasno napisane, że pewna część osób jest homoseksualna, te osoby są zapraszane do życia w Kościele, do życia w czystości i do tego, byśmy traktowali się z szacunkiem. A jeśli ktoś zgrzeszy - niezależnie od tego, kim jest i jaki jest - to ma od tego konfesjonał, by się pojednać z Bogiem. Dziś potrzebujemy czasu, by opadły emocje, byśmy zaczęli zastanowić się nad pojęciami, których używamy.

Byłem niedawno uczestnikiem niezwykle ciekawej dyskusji z pewnym feministycznym kolektywem i okazało się, że mówimy o bardzo podobnych wartościach, a różnimy się sposobem mówienia o nich i ich interpretacji. Budowanie barykad jest fatalne. Natomiast kiedy spotykamy się z kimś twarzą w twarz, to ten dialog wygląda inaczej, lepiej. Nie ma jednak wątpliwości, że ścierają się idee, rozumienie kultur - hierarchowie czasem stosuję retorykę w sposób nie zawsze do końca empatyczny, niewidzący człowieka. Wynika to pewnie z urzędowego charakteru ich wypowiedzi. Dla mnie jako dla duszpasterza spotkanie z człowiekiem jest absolutnie podstawowym warunkiem, by zacząć rozmawiać o jakimkolwiek problemie.

Jeśli chodzi o Golgotę Młodych, to nie spodziewam się raczej obecności jakichkolwiek flag, przynajmniej dotychczas nie było takiej praktyki.  Ale na pewno nie wyrzucimy nikogo tylko dlatego, że ma na przykład tęczową torbę. Zwłaszcza że wiele osób nosi je czasem nieświadomie - tylko dlatego, że jest kolorowa i ładna.

Chyba nawet doszliśmy w tej kwestii do pewnego absurdu. Sama lubię kolorowe ubrania, a ostatnio przyłapałam się na liczeniu kolorów na "tęczowym" produkcie, by nie narazić się na ulicy na agresywne komentarze. Cały czas jednak mam wrażenie, że dziś Kościół stoi przed poważniejszymi wyzwaniami, niż seksualność człowieka. Tak jak byśmy wszyscy zapomnieli, że szóste przykazanie jest… no właśnie, szóste.

Papież Franciszek był ostatnio krytykowany za to, że powiedział, byśmy nie koncentrowali się na jednej rzeczywistości. Ja jako kapłan mam takie poczucie, że ten cały spór, ta wojna, dzieje się niejako obok mnie i mojej pracy. Wykułem sobie nawet takie pojęcie  jak "mikro-Kościół". Oznacza ono ludzi, których znam - moich braci, klasztor, Golgotę Młodych, wspólnoty, w których uczestniczę. Zajmuję się problemami na tym poziomie - tam prowadzimy dyskusje, rozmawiamy. Ten mikro-Kościół to także konfesjonał. Bardzo podobało mi się jedno ze zdań z listu biskupów dotyczącego aborcji - że to w konfesjonale rozstrzygamy te sprawy. Nie uzdrowimy całego świata krzyczeniem na ulicach, marszami równości czy nierówności, przebieraniem się w białe czy czarne barwy. Uczymy, by budować chrześcijańską rzeczywistość na co dzień.

Na Golgocie w centrum jest krzyż, kulminacyjnym momentem jest kilkugodzinne nabożeństwo pokutne. Na jednej Golgocie spowiadałem całą noc - od dwudziestej drugiej do szóstej rano. Ale to właśnie tam dzieją się rzeczy najważniejsze, czasem cuda, to tam walczymy o każdego człowieka, bez wyjątku. Takich miejsc w Kościele, mikrowspólnot i inicjatyw jest więcej i tam się dzieją piękne, choć ciche rzeczy. A emocje po tym, że jeden czy drugi biskup powiedział dwa słowa i został źle zrozumiany? Po co na to tracić energię i czas?

Bo emocje to największe paliwo. Wystarczy spojrzeć na nagłówki gazet i portali informacyjnych. Liczy się informacyjny "fast food", mało komu zależy na zrozumieniu sedna sprawy.

Sam miałem taką sytuację, prowadząc swój blog (zniwowielkie.wordpress.com - przyp. red.). Okazało się, że gdy zacząłem pewne rzeczy krytykować, to zaczęły się udostępnienia, nawet ktoś wykupił mój tekst o kiczowatej ewangelizacji…

Na czym polega kiczowata ewangelizacja?

Pisałem tam na przykład o księżach grających na gitarach i śpiewających rzewne piosenki na ślubach, co uważam za żenujące. Tego kiczu w naszym sposobie przeżywania wiary jest dużo, ale pewnie dlatego, że go po prostu lubimy. Dlatego staramy się podwyższać standardy i dbać na przykład na Golgocie Młodych, by wszystko było na swoim miejscu, by nawet plakaty były estetycznie w porządku. Widzimy, że jakoś nam się to udaje, mamy sporo pozytywnego feedbacku.

To przypomina mi słowa o. Adama Szustaka, który wprost sprzeciwia się tzw. "katolipie" i przekonuje, że te "Boże inicjatywy" zasługują na to, by odbywały się na najwyższym poziomie.

Chrześcijaństwo nie działa na zasadzie, że łapiemy ludzi czymś słodkim, a później pokazujemy krzyż. To tak nie działa. To prawda, że wspomniany o. Szustak wyznaczył pewien poziom. Bardzo mi się podoba stwierdzenie, że piękno zbawi świat. Trzeba przyznać, że dominikanie wyznaczają tutaj pewne standardy.

Ale są  coraz częściej doganiani przez jezuitów, czy franciszkanów.

I bardzo się z tego cieszę. Kościół  powinien korzystać z różnych narzędzi ewangelizacyjnych, również tych wykorzystujących najnowsze technologie i media społecznościowe.

Wracając do żywo dyskutowanej ostatnio kwestii osób LGBT - z jakimi problemami zgłaszają się do Ojca młodzi ludzie?

W moim osobistym doświadczeniu sprawy związane z tożsamością seksualną są bardzo rzadkie. Być może to kwestia środowisk, w których się poruszam, ale takich kwestii naprawdę jest niewiele. Być może także dlatego, że osoby z tych środowisk nie szukają swojego miejsca w Kościele. Młodzież, która identyfikuje się z paradami równości, raczej nie przychodzi na religię.

Może właśnie z obawy przed wykluczeniem?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, bo to pewnie zależy od poszczególnej osoby. Na pewno łatwo kogoś wykopać z Kościoła, zniechęcić - nawet "zwykłych" katolików. To kwestia komunikacji, a nie ideologii. Dojrzałości człowieka, a nie wojny ideowej. I pewnego sensownego towarzyszenia duszpasterskiego. Pamiętam takie dyskusje w szkole, kiedy byłem katechetą.  Młodzież to plastyczna masa, która chłonie wszystko: wsparcie LGBT, prądy nacjonalistyczne, Ewangelię, liberalne tendencje. Czasem się to zmienia po roku, te poglądy ewoluują. Brakuje tam zresztą odcieni szarości. Pamiętam taką rozmowę z jednym maturzystą, któremu pokazałem różne punkty widzenia, perspektywy i widziałem, jak krok po kroku ten jego czarno-biały świat się rozpada, jak pojawiają się rysy na tym szklanym gotowcu poglądów, schematów, refleksji. Łatwo jest wtedy, niestety, zgasić młodego człowieka, kazać mu milczeć i słuchać. To droga donikąd: albo zrobimy z tego młodzieńca tępego wojownika-barbarzyńcę, albo zniechęcimy do obecności w Kościele. A Kościół daje miejsce i na rozsądek, i na refleksję.

Zwłaszcza że wbrew pozorom w Kościele istnieje duża różnorodność. Można chodzić na msze w rycie trydenckim, a można wybrać duchowość dominikańską, czy ignacjańską.

Tak, dokładnie! Jest tyle możliwości, rodzajów rekolekcji, wrażliwości, że to bogactwo ścieżek duchowego życia jest naprawdę spore, kompletne. Trzeba tylko chcieć korzystać.

Wspomniał Ojciec o roli duszpasterzy w kontekście kształtowania się młodych chrześcijan i katolików. Tymczasem w ostatnim czasie byliśmy świadkami głośnych spraw młodych, inspirujących księży jak Łukasz Kachnowicz czy Michał Misiak, którzy na pewnym etapie w jakimś sensie odwrócili się od Kościoła. Czy to, że cieszący się dużym szacunkiem duszpasterze nagle zbaczają ze ścieżki kapłańskiej jest dowodem na to, że w Kościele po prostu źle się dzieje?

Myślę, że nie. Oni nie wybrali zresztą ścieżki życia z daleka od Kościoła, to po pierwsze.  Od samego początku swojego kapłaństwa ci obaj wspomniani księża byli obecni w mediach społecznościowych - a więc ich kryzysy też zyskały w pewnym sensie status sprawy publicznej. Właściwie wszystko czym się zajmowali czy przeżywali zaraz znajdowało się w mediach. To wszystko może pokazać kryzys konkretnej osoby, a nie Kościoła. Ksiądz Kachnowicz ogłosił niedawno, właśnie w mediach społecznościowych, że jest gejem i że to był powód jego odejścia. Nie znam tego księdza osobiście i nie chcę oceniać jego sytuacji, ale myślę, że to właśnie pogodzenie w sobie kapłaństwa i homoseksualizmu mogło być źródłem jego kryzysu. Będę się upierał, że to nie jest świadectwo kryzysu Kościoła, ale konkretnej osoby.

Z drugiej jednak strony każdy kryzys osoby jest zarazem kryzysem Kościoła, a przynajmniej jego części. Wielokrotnie byłem świadkiem tego, jak odejście kapłana może krzywdzić człowieka - widziałem to także w moim zakonie. Każde odejście jest raną, z którą trzeba sobie poradzić, bo to trudne. Trochę jak strata bliskiej osoby. W takich momentach warto pamiętać o słowach z Biblii, które mówią o tym, by "nie pokładać ufności w człowieku i w książętach". To trudne dla młodego człowieka, ale trzeba wskazywać  na Zbawiciela, a nie na nawet najlepszego kapłana, którym jesteśmy związani jako wierni. To na Panu Jezusie, a nie na człowieku trzeba budować swoją nadzieję, bo serce człowieka, jak mówi Pismo Święte, jest zdradliwe.

Porozmawiajmy chwilę o Golgocie Młodych. Organizuje ją Ojciec od pięciu lat, choć towarzyszy Ojciec tej inicjatywie znacznie dłużej, właściwie od samego jej początku. Jak przez te trzynaście lat zmieniało się to wydarzenie?

Co roku połowa uczestników jest pierwszy raz. Część wraca, są rekordziści, którzy byli na wszystkich edycjach. To rekolekcje natury ekstremalnej, bo czasem śpi się w namiotach, zdarzały się takie lata, gdy pod koniec sierpnia pojawiały się pierwsze przymrozki (śmiech). Na początku oparliśmy tę inicjatywę o Ruch Światło-Życie warszawskiej prowincji kapucyńskiej. Z czasem zaczęliśmy zapraszać również ludzi "spoza", a liczba uczestników urosła z 300 do niemal 1000. Zmienia się też sposób organizacji, mamy wielu przyjaciół w Serpelicach, ale też i w Białej Podlaskiej i Łosicach. Mamy wsparcie samorządów, straży, służby zdrowia, policji - to wszystko jest bardzo ważne. Wzruszające jest wsparcie mieszkańców Serpelic, którzy często nas karmią, troszczą się o nas. Golgota Młodych wrosła w Serpelice i ten mikroregion, mamy tam ogromne wsparcie. Jeżdżę trochę po Polsce z rekolekcjami i okazuje się, że o Golgocie często przynajmniej słyszano, że jest już marka wyrobiona, rozpoznawalna. To nasz sukces. A uczestnicy? Statystyczny uczestnik ma dwadzieścia kilka lat, trafiliśmy do środowiska studenckiego, skupiamy się przy tym na formacji. Chodzi o osoby, które "coś" już o Panu Bogu wiedzą i chcą pogłębić swoje życie duchowe.

Co prawda rekolekcje nazywają się Golgota Młodych, ale wśród uczestników są nie tylko studenci.

To prawda, górnej granicy wieku nie ma. (śmiech) Młodość na Golgocie postrzegamy raczej w duchu papieża Franciszka: młodość to miłość, młodość jest mierzona zdolnością do kochania.

A dlaczego akurat Serpelice?

Bo jest tam pięknie! Mamy wokół cudowną przyrodę, we franciszkańskim duchu można wielbić Boga zachwycając się okolicami. Na miejscu jest też Kalwaria Podlaska -od kilku lat praktykujemy coś w rodzaju indywidualnej drogi krzyżowej. Każdy uczestnik dostaje rozważania, idzie przez serpelicki las, kolejnymi stacjami, aż na górę Kalwarię. Ta Golgota to również nawiązanie do kalwarii w Serpelicach. I to jest dobre miejsce logistyczne - mamy przestrzeń na namioty, na miasteczko gastronomiczno-rekreacyjne. Trudniej jest z dojazdem, ale i to da się zrobić, a gdyby ktoś miał problem, to na Facebooku można się dogadać z innymi uczestnikami, którzy zmierzają do Serpelic. Nazywamy to akcją "Wolne Stopy", taki golgotowy blablacar (śmiech).

Opłata za uczestnictwo wynosi 60 zł. Rozumiem, że finanse nie mogą stać się jednak przeszkodą w uczestnictwie.

Koszt całej Golgoty to ponad 100 tys. złotych. Te 60 złotych jest zachętą do zapisów przez Internet. Można to zrobić do 19 sierpnia, później, już na miejscu opłata będzie o 10 zł wyższa. Jeśli ma ktoś problem z pieniędzmi, to może się do nas odezwać i na pewno nikt nie będzie z tego spotkania wykluczony.

Jaki jest program tegorocznych rekolekcji? Kogo będzie można spotkać w Serpelicach?

Od kilku lat nie mamy wielkich nazwisk, które ściągają tłumy.

Dlaczego? W początkowych edycjach brali udział znani katoliccy publicyści i artyści.

To zamierzone działanie, w duchu Franciszka z Asyżu. Kapucyni to bracia mniejsi - nie ma u nas show. Oczywiście zapraszamy gości - będą na przykład Gomułkowie i projekt Ubogacona. Pojawi się również  brat Wojciech Głowacki na co dzień pracujący we Włoszech. To on poprowadzi część rekolekcji i spotkania. Będzie także nasz minister prowincjalny, brat Łukasz Woźniak, który poprowadzi nabożeństwo pokutne, a resztą zajmiemy się my (śmiech). Na tym polega siła  Golgoty - nie mamy gwiazd, sami jesteśmy gwiazdami na tym spotkaniu (śmiech). I to ludziom odpowiada - to wspólnota braci, która organizuje całe wydarzenie. Dla wielu to pierwsza konfrontacja z samym sobą, co wywołuje ogromne emocje, ale nie są one sztucznie napędzane. I mimo trudu i duchowego zmagania jest naprawdę bardzo wesoło.

Co Ojcu dała Golgota Młodych?

Golgota Młodych to moja miłość - miłość jednak trudna, bo gdy jest przełom lipca i sierpnia to zawsze mówię, że odchodzę z tego projektu. Miliony telefonów, rozmów, ciągle coś się zawala...Ciężka sprawa zorganizować takie spotkanie, trudna, wymagająca. Ale gdy Golgota zaczyna się, jest 20:00 w czwartek, to jestem najszczęśliwszy na świecie - że to "gra", że są ludzie. Gdy widzę ze sceny osoby, które czerpią z tego życie to jest to najpiękniejsza rzecz na świecie. I wtedy wiem, że nie mogę żyć bez Golgoty Młodych.

Więcej na temat sytuacji osób homoseksualnych w Kościele przeczytasz w "Czytaj Dalej. Magazyn DEON.pl" >>

Golgota Młodych odbędzie się w dniach 22-26 sierpnia w Serpelicach nad Bugiem (woj. mazowieckie). Zapisy internetowe trwały do 19 sierpnia, teraz można jeszcze zapisać się na miejscu. Szczegółowe informacje na temat rekolekcji znajdują się na stronie www.golgotamlodych.pl.

br. Szymon Janowski OFMCap - franciszkanin, kapucyn. Mieszka w Warszawie, gdzie pełni m.in. funkcję przedstawiciela medialnego Fundacji Kapucyńskiej. Jest współautorem bloga zniwowielkie.wordpress.com. Od pięciu lat jest głównym organizatorem Golgoty Młodych.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Łatwo wykopać kogoś z Kościoła, nawet "zwykłych" katolików [WYWIAD]
Komentarze (8)
L
lignator
22 sierpnia 2019, 23:08
Mam tylko jedno pytanie: po co tęczowi chcą być w Kościele? Żeby zagłuszyć własne sumienie? Żeby KK dopasował się do ich potrzeb? Pismo mówi jasno: współżycie homoseksualne to grzech. Jeśli jesteś homo ale widzisz, że to twój krzyż, to trwaj w czystości.
AC
Artur Conan-Doyle
22 sierpnia 2019, 11:30
Tęczowi sami wykluczają się z Kościoła, oni swym satanicznym buntem przeciw prawu Bożemu, wykluczają się de facto z całego Boskiego porządku stworzenia i jak upadli aniołowie mówią Bogu prosto w twarz "nie będziemy Cię słuchać i respektować Twoich praw, mamy własne prawa i to one są dla nas najważniejsze, wypowiadamy Ci całkowite posłuszeństwo".
WDR .
22 sierpnia 2019, 02:05
"Czy naprawdę trzeba było użyć sfomułowania "tęczowa zaraza" i porównać ją do "czerwonej" aby wierzący obecni w kościele "nie pobłądzili i nie zatracili swojego zbawienia"?" Tak. Zbyt wiele osób wierzących kluczy w tej sprawie (nie wnikam w powody), albo wprost popiera ten kierunek. Potrzebny był jasny przekaz.
22 sierpnia 2019, 08:51
Czy aby na pewno wiesz co piszesz?Czy wiesz czym była czerwona zaraza ile milionów najokrutniejszych zbrodni ile prześladowanych ludzi ma na sumieniu?
WG
W Gedymin
22 sierpnia 2019, 10:50
Czy aby wstrząsnąć episkopatem, aby zrobił rachunek sumienia i się nawócił, trzeba użyć określenia "Sodoma" (no może nie w sferze rozporkowej)??
W
w.gedymin
21 sierpnia 2019, 10:34
"Tęczowa zaraza", o której mówi arcybiskup Marek Jędraszewski, dotyczy pewnych poglądów, które zwyczajnie nie są do pogodzenia ze światopoglądem chrześcijańskim. Może w środowiskach biskupów i księży LGBT to ideologia, ale w powszechnym odbiorze to też, a może przede wszystkim ludzie, o czym świadczą liczne kontrmanifestacje. Człowiek ponosi odpowiedzialność nie tylko za "filozoficzną treść" swoich słów, ale także za to jak zostaną one odebrane i zrozumiane (także błędnie), tym większą im bardziej mógł się tego spodziewać. "Czerwona zaraza" to nie tylko bezbożna ideologia, ale też liczne ciężkie zbrodnie, aż po ludobójstwa. Zestawienie "tęczowej zarazy" z "czerwoną" jest, używając słów arcybiskupa użytych wobec tego co mówi się o Kościele, głeboko "niesprawiedliwe" i "krzywdzące" (niestety arcybiskup, jak większość episkopatu stosuje podwójne standardy). Słowa użyte przez arcybiskupa nie przekazywały żadnej nowej treści słuchachom zebranym w kościele (chyba nikt, zwłaszcza na mszy arcybiskupa nie miał wątpliwości do "... poglądów, które zwyczajnie nie są do pogodzenia ze światopoglądem chrześcijańskim"), ale służyły budowaniu emocji. A jakie emocje budują słowa "tęczowa zaraza" - to nienawiść. Wykorzystywanie Eucharystii do umacniania nienawiści to świętokradztwo, większe niż parodiowanie nabożeństw przez ateistów, czy ikony z tęczowymi areolami. Zresztą to świętokradztwo ma w Polsce kilkuletnią i szeroką tradycję w postaci miesięcznic smoleńskich.
Andrzej Ak
21 sierpnia 2019, 10:49
Pan Jezus w mocy Boga mówił dosadniej: "plemie żmijowe", a to na świadectwo Prawdy i Sprawiedliwości Bożej. Ci co słuchali Pana Jezusa zrozumieli ostrzeżenie, wiedzieli iż Sanchedryn błądzi, a jego członkowie wyznają ideologie upadku duszy człowieka. Wiele się mówi o ludziach o miłości, którą trzeba darzyć ludzi, bo wszyscy kiedyś będziemy stanowili jego. Jednak nie wszyscy wybierają w życiu dobro dla  swoich dusz i odnoszę wrażenie iż wielu nawet nie pojmuje iż dobro dla ciała bywa czasem śmiercią dla jego duszy. Biskup Jędraszewski podąża trudną drogą Prawdy. Zło nazywa złem, aby wierzący nie pobłądzili i nie zatracili swojego zbawienia. 
W
w.gedymin
21 sierpnia 2019, 12:20
Niestety arcybiskup Jędraszewski, podobnie jak większość biskupów, nie "podąża trudną drogą Prawdy", ale "swoją drogą prawdy". "Zło nazywa złem", ale tylko wybrane, tylko to "bezpieczne" dla polskiego Kościoła. Mógłbym wymienić setki sytuacji w których biskupi powinni zabrać głos, a zachowali "życzliwe" milczenia, albo ich głos był pokrętny, bo było to "niepolityczne", bo zaszkodziło by bardzo dobrym stosunkom Kościoła i państwa, bo wymagało przyznania się, bo szkodziłoby wizerunkowi ... Nawet bp Pieronek, odpowiedział kiedyś dziennikarzowi na pytanie dlaczego Kościół milczy wobec zła (o co akurat konkretnie chodziło już nie pamiętam) - a właściwie to nie trzeba o tym mówić bo wszyscy wiedzą, że to jest złe. Czy naprawdę trzeba było użyć sfomułowania "tęczowa zaraza" i porównać ją do "czerwonej" aby wierzący obecni w kościele "nie pobłądzili i nie zatracili swojego zbawienia"? Niestety polscy biskupi są coraz bardziej politykami, działaczami, biznesmenami, intelekualistami (niektórzy), celebrytami, czy tylko wieszakami na pontyfikalia niż autentycznymi świadkami Chrystusa