Ojcostwo i synostwo w "Braciach Karamazow"

(fot. sxc.hu)
Ks. Dariusz Jastrząb

Fiodor Dostojewski kochał dzieci. Na tle jego często mrocznych i infernalnych opisów to dzieci właśnie promieniują siłą życia, niewinnością, dobrocią. Obdarzone są swoistą mądrością i prostotą, kontrastującą z zawiłymi wywodami i poglądami osób starszych, jakże często lekceważących ich świat. Pisząc swoje tragedie w formie powieści, Dostojewski obdarzał dziecko niezależnością myślenia i samostanowienia.

Jest ono jednostką wyraziście określoną, małym „samorządnym” światem. Ma zawsze rolę autonomiczną, prowadzącą – podobnie jak ikonograficznie ukazani bohaterowie tej miary, co Sonia Marmieładowa czy ojciec Zosima – do odkrycia fundamentalnej warstwy znaczeniowej w twórczości pisarza, wypełnionej relacją między Bogiem a człowiekiem. Pisarz był przekonany, że to właśnie dzieci humanizują społeczeństwo w najwyższym stopniu.

W powieściach Dostojewskiego zauważamy pewną zależność: im szlachetniejsza osobowość, tym większa zażyłość pomiędzy nią a dziećmi, tak jak to obserwujemy u księcia Myszkina (Idiota) oraz Aloszy (Bracia Karamazow). I odwrotnie, im jednostka nędzniejsza moralnie – jak choćby stary Karamazow – tym obojętność wobec dzieci większa. Zadziwiający jest fakt, że u Dostojewskiego tymi, którzy bardziej rozumieją dzieci, są mężczyźni. Oni też najczęściej, jako ojcowie, ponoszą odpowiedzialność za ich duchową destrukcję. Dostojewski, sam krzywdzony w dzieciństwie przez ojca, pokazuje dosadnie zależność istniejącą pomiędzy jakością ojcostwa a kształtowaniem się duchowej struktury dzieci. Według niego zależność ta niestety bardzo często jest tragiczna. Dlatego w jego opisach dzieci nie brakuje aspektów negatywnych, na przykład nienawiści do krzywdzicieli czy lękowych zachowań wobec świata dorosłych. Pokrzywdzone dzieci nie ufają nikomu. Zmuszane do przedwczesnego dorastania śledzą świat podejrzliwie, sprawdzając każdą deklarację miłości.

W takiej perspektywie pisarz obarcza rodziców odpowiedzialnością za wszelkie nieszczęścia i akty przestępcze młodocianych. Warto dodać, że jest głęboko wstrząśnięty losem dzieci „przypadkowych”, poczętych bez radości i zainteresowania rodziców, bez woli opieki nad nimi, bez poświęcenia się im z miłości. Wielokrotnie też, jako publicysta, występuje przeciwko cielesnym karom wymierzanym dzieciom. Nie dziwmy się zatem, że największy pozytywny wpływ na dzieci mają w jego twórczości nie rodzice, ale przyjaciele dzieci. Dostojewski usilnie przekonuje, że więzy duchowe są mocniejsze od więzów krwi, a rodzicielstwo biologiczne domaga się koniecznie rodzicielstwa duchowego.

DEON.PL POLECA


Między ojcostwem sponiewieranym a ojcostwem dającym życie

Wiosną 1878 roku Dostojewski w liście do znanego ówczesnego pedagoga informuje, iż zamierza pisać wielką powieść, w której ważną rolę odegrają dzieci pomiędzy siódmym a piętnastym rokiem życia. Pisarza interesuje wszystko, co dotyczy dzieci: ich temperament, zwyczaje, złość i niewinność. W tym okresie dużo czyta na temat dzieci, rozmawia z nimi na ulicy, pyta o warunki ich życia, odwiedza zakłady dla młodocianych przestępców, uczestniczy w organizowanych dla nich uroczystościach. W swych zapiskach nade wszystko odnotowuje problemy dotyczące wzajemnej relacji pomiędzy rodzicami i dziećmi. Owocem tych poszukiwań jest aż siedem rozdziałów w Braciach Karamazow poświęconych bezpośrednio dzieciom. Nie zapominajmy przy tym, że tematem wiodącym tej powieści jest ojcobójstwo i nienawiść braci do swojego ojca (zdaniem niektórych, konflikt między ojcem a synami w tej powieści odzwierciedla bunt wobec samego Boga-Ojca). Także ostateczna teza, którą uwieńczona jest powieść, dotyczy tego zagadnienia, gdyż nawołuje do zjednoczenia się synów w braterstwie miłości dla odrodzenia się ojców.

Przyglądając się osobom występującym w powieści, zauważamy, że trzej bracia Karamazow: Dymitr, Iwan i Alosza odzwierciedlają jedność moralną i osobową bohatera kolektywnego, z którym każdy z nas może się zidentyfikować. Poznając koleje losu wspomnianych postaci, możemy z nimi skonfrontować nasze przeżywanie siebie na poziomie zmysłów (Dymitr), intelektu (Iwan) i miłości aktywnej (Alosza). Dla każdego z nas powieść staje się więc drogą umożliwiającą poznanie samego siebie i własnych ograniczeń oraz zrozumienie przeszłości, zwłaszcza w stosunku do ojcowskiej miłości bądź jej braku. Warto od czasu do czasu zatrzymać się więc nad tą lekturą, by dostrzec własną emocjonalność i uczuciowość na tle rebelii namiętności i zmysłów Dymitra, wymykających się patronalnej funkcji rozumu. Warto zadumać się także nad umysłową rewoltą Iwana, którego wrażliwość emocjonalna i rzeczywiste bogactwo uczuciowe, systematycznie wygłuszane i negowane, zawiodły go do intelektualnego mordu własnego ojca, a ostatecznie do szaleństwa. Dostojewski prowokuje także tych, którym zdaje się, że u nich „wszystko jest w porządku”, a opisywane problemy zarezerwowane są dla dzieci z rodzin patologicznych. Czyż i Alosza, uosabiający najwznioślejsze pokłady duszy ludzkiej, nie zamotał się po śmierci ojca Zosimy w subtelne meandry zmysłów i rozumowania?

Najwspanialszy z bohaterów Dostojewskiego uzmysławia nam, że duchową drogę każdego człowieka można porównać do wznoszącej się okrężnie linii spirali. Wzrastamy po okręgu własnej historii życia, pnąc się w pragnieniu doskonałości, świadomi jednak tego, że i na szczycie nie jesteśmy wolni od możliwości złych wyborów. Komplementarny obraz bohatera kolektywnego domaga się uwzględnienia jeszcze jednego z synów starego Karamazowa. Smierdiakow, rzeczywisty zabójca ojca, odzwierciedla w tym obrazie istniejące w człowieku puste miejsce, za którym rozpościera się już tylko otchłań nieprawości, przekleństwo niebytu moralnego.

Wewnętrznie rozdarty bohater kolektywny, poszukując własnej tożsamości, balansuje w przestrzeni wytyczonej przez obecność dwóch ojców: biologicznego – Pawła Karamazowa i duchowego – starca Zosimy. O ile pierwszy z nich w sposób odrażający reprezentuje ojcostwo upodlone, zniweczone, o tyle drugi prowadzi do ocalenia.

W antropologicznym obrazie bohatera kolektywnego każde ze wskazanych wyżej miejsc – na skutek nieistniejącego praktycznie (poza momentem spłodzenia) ojcostwa starego Karamazowa – domagało się oczyszczenia, uzdrowienia i uporządkowania. Bez wątpienia czynnikiem leczącym zabiedzone synostwo jest miłość. To ona pomaga Dymitrowi, który pod jej wpływem (także pod wpływem cierpienia) bardzo szybko ewoluuje wewnętrznie i opanowuje sferę zmysłową, podejmując odpowiedzialność za wszystkie dotychczasowe złe czyny. Najtrudniej jest Iwanowi, który uosabiając pokłady rozumu, ukazuje, jak trudno jest niekiedy poranionemu wewnętrznie synowi podprowadzić inteligencję pod działanie miłości i przebaczenia („usercowienie świadomości”). Alosza, przez sam fakt przebywania ze starcem Zosimą, najpełniej dojrzewa w swym synostwie. Po bolesnym oczyszczeniu opisanym w księdze siódmej staje się zdolny do podjęcia ojcowskiego powołania, przejmując po starcu Zosimie rolę duchowego ojca chłopców, których synowskie wzrastanie napiętnowane jest niespójnością emocjonalną i uczuciową rodziców bądź ich rzeczywistym brakiem. Najwyraźniej uwidacznia się to w jego relacji do dwóch chłopców: Koli Krasotkina i Iliuszy Sniegiriowa.

Kola Krasotkin – synostwo osierocone

Wychowywany przez matkę, owdowiałą zaraz po narodzeniu się syna, nie znający ojca Kola poszukuje swej tożsamości, której nie mogła pomóc mu odkryć i tak wystarczająco zaradna, choć nazbyt opiekuńcza rodzicielka. Pozbawiony obecności ojca chłopiec odczuwa potrzebę zaznaczania wszem i wobec własnego istnienia i własnej wartości. Swoistą próbę identyfikacji z ojcem stanowi fakt, że Kola już od najmłodszych lat czyta książki z ocalałego w starej szafie księgozbioru ojca. Przez wiele godzin wertuje opasłe woluminy, chcąc poprzez sprawność intelektualną wykazać swoją wyższość czy to nad rówieśnikami, czy też nad nauczycielem zabiegającym o względy jego matki.

Poszukując określenia swego człowieczeństwa i męskości, pozbawiony obrazu ojca Kola sięga po najprostsze środki leżące w zakresie jego dziecięcych możliwości – zaczyna szokować swoim zachowaniem, zaczyna „płatać figle, nie tyle niemoralne, co karkołomne i desperackie". Umie jednak zachować umiar w swoich wybrykach. Swoistą strefę buforową w psoceniu stanowi u niego lęk przed utratą poczucia godności. Kola na pewno nie chce być śmieszny i upodlony, „umiał się w razie potrzeby hamować i na przykład względem nauczycieli nigdy nie przekraczał jakiejś ostatniej i ledwo uchwytnej granicy, za którą przewinienie przeobraża się już w bezład, bunt i anarchię i nie może być tolerowane”. W jego przekonaniu to inni są nieudolni, żałośnie zabawni, on natomiast jest zawsze inteligentny i sprytny. Przez zastosowanie swoistej samopedagogiki, w niedługim czasie zdobywa wśród kolegów upragniony mir i zwraca na siebie uwagę starszych. Cel wydaje się osiągnięty, nawet za cenę zuchwałego położenia się na torowisku i pozostania tam w czasie przejazdu pociągu.

Operując naiwnymi i niedojrzałymi formami w zakresie poszukiwania potwierdzania własnej wartości, Kola kapituluje jedynie wobec mądrości innych ludzi (chłop spotkany na ulicy, którego w zamyśle chciał wykpić) czy moralnego autorytetu, który odnajduje jedynie w Aloszy („Od dawna szanuję Pana jako osobę wyjątkową”). Mądrość i autorytet okazują się najbardziej potrzebne w ocaleniu Koli zagrożonego wewnętrznie przez własny egoizm oraz pychę, a zewnętrznie przez ateistyczne czy wolteriańskie poglądy, które bezkrytycznie przyjmuje za własne. Dumny chłopiec o prometejskiej naturze potrzebuje dla swego prawidłowego wzrostu jeszcze jednego czynnika – męskiej czułości, rozumianej jako odpowiednik zdolności do okazywania miłosierdzia stanowiącego jeden z podstawowych komponentów w strukturze kobiecości. Odnalazłszy autorytet w Aloszy, będąc świadkiem cierpienia kolegi, czternastolatek zaczyna pojmować, że filantropia eksponująca zwykle hojność dobroczyńcy nie pokrywa się do końca z chrześcijańskim aktem świadczenia miłosierdzia, w którym nie ma miejsca na egocentryzm i samozadowolenie. Wobec pochlebnej uwagi Aloszy, wyrażającej radość z powodu odwiedzin śmiertelnie chorego kolegi, Kola krytycznie ripostuje: „Z egoizmu nie przychodziłem, z egoistycznej pychy i podłej czupurności, z których całe życie nie mogę się wyleczyć. [...] Widzę to teraz wyraźnie, pod wielu względami jestem podły, panie Karamazow”.

Przyglądając się Koli, wyczuwamy, że temu pozbawionemu ojca, poszukującemu autorytetu, mądrości i zdolności do okazywania miłosierdzia (jako punktów odniesienia w przeżywaniu swojego osieroconego synostwa) nietuzinkowemu chłopcu niechybnie zagraża stanie się młodszym bratem Kiriłłowa z Biesów. Wyczuwa to Alosza, który „nie wiadomo czemu” mówi przy końcu ich rozmowy w domu Iliuszy: „Proszę posłuchać, Kola, będzie pan między innymi bardzo nieszczęśliwym człowiekiem w życiu. Po czym dodał: Ale w ogóle będzie pan jednak życie błogosławił”. W jego przekonaniu Kolę ocali przyjęcie prawdy o samym sobie: „Pan w istocie nie jest taki jak wszyscy: teraz na przykład nie wstydził się pan przyznać do złych, a nawet do śmiesznych cech. A kto się teraz do tego odważy przyznać? Nikt, i nawet nie odczuwa się już potrzeby oceny siebie samego”.

Uświadomiona i zwerbalizowana prawda o sobie nie niweluje do końca bolesnych spotkań z sobą samym. Sytuacja poranienia, z powodu odczuwanej boleśnie tęsknoty za wymarzonym ojcem, staje się jednak dla Koli momentem zwrotnym w akceptacji siebie i integracji osobowej, momentem odkrycia braterstwa z innymi, którzy też cierpią. To właśnie radosny okrzyk Koli kończy najpiękniejszą i ostatnią powieść Dostojewskiego. Kola pyta Aloszę o to, „czy wszyscy zmartwychwstaniemy?”. Odpowiadając na to pytanie twierdząco, Alosza jest świadom, że dotychczasowy zbuntowany psotnik zrozumiał najważniejszą z prawd.

Iliusza Sniegiriow – synostwo zawstydzone

W Iliuszy rozpoznajemy wizerunek dziecka, może opisanego najpełniej, bez zbędnego sentymentalizmu. Jego pierwsze świadome kontakty ze światem są bolesne. W wieku dziewięciu lat wrażliwość malca zostaje dotkliwie, można by rzec „śmiertelnie”, naznaczona. Jeżeli osierocony przez ojca Kola poszukuje autorytetu, to w przypadku Iliuszy istniejący autorytet ojca zostaje okrutnie podeptany przez innych. Być może niejednokrotnie byliśmy świadkami wstydu dziecka będącego skutkiem zachowania własnego ojca, zwłaszcza wstydu płynącego z powodu czynów rodzica dokonywanych pod wpływem alkoholu. Ojciec Iliuszy został wywleczony na plac za brodę i straszliwie ośmieszony na oczach syna i jego wracających ze szkoły kolegów. Iliusza, na miarę swych dziewięciu lat, próbował obłaskawić sprawcę tego upokarzającego wydarzenia i poniżając siebie ocalić honor rodzica: „«Puść go pan, daruj, to mój tatuś, to mój tatuś!». Tak właśnie wołał: «Daruj», i za rękę go chwycił, i rękę, tę rękę ucałował…”.
Po tym fatalnym incydencie, drażniony przez rówieśników, Iliusza, którego serce zawrzało gniewem, desperacko podejmuje obronę własnego ojca. Wściekłość sprawia, że stacza bitwy na kamienie z całą klasą, rani scyzorykiem Krasotkina, gryzie do kości palec Aloszy. W zaistniałej sytuacji nie pomaga mu jego ojciec, który sam bezradny, zeszmacony i pozbawiony środków do życia, nie jest w stanie podjąć walki o swój honor. Formą samoobrony staje się przyjęcie przez niego roli pajaca, którą najtrafniej ocenia Alosza, wypowiadając słowa: „Bywają ludzie głęboko wrażliwi, ale jakoś przygnębieni. Ich błazeństwo to jakby złośliwa ironia względem tych, którym nie śmią mówić prawdy w oczy. Niech mi pan wierzy, że tego rodzaju błazeństwo jest nieraz bardzo tragiczne".

Próba obrony godności własnego ojca przerasta wątłe siły Iliuszy. „Iliusza bardzo nie lubił, gdy ojciec zaczynał zgrywać się i stroić z siebie błazna. Starał się tego nie okazywać, ale z bólem serca uświadamiał sobie, że ojciec w towarzystwie jest poniżony, i nie mógł zapomnieć o «wiechciu» i «owym okropnym dniu»”. Dziewięciolatek decyduje się uciec od okrutnego świata dorosłych – uciec nie tylko z miasta, ale także „uciec od życia”. Ostatecznie wkracza na drogę wiodącą go ku śmierci. Dobrze, że Alosza, przynajmniej pod koniec życia Iliuszy, umiejętnie godzi go z kolegą i zachęca jego rówieśników do uczynków miłosierdzia. Łagodzą one ostatnie dni malca, który wedle stylistyki Dostojewskiego odchodzi z tego świata jako święty, prosząc, by na jego grobie pokruszono kromkę chleba, tak by zleciały się wróble. To właśnie Alosza, w symbolicznym geście bolesnego ugryzienia go przez chłopca, przejmuje na siebie winę za poniżenie Sniegiriowa i czyni zadość uczynkowi, który popełnił jego brat Dymitr, pozbawiając nieszczęsnego ojca Iliuszy autorytetu i godności.

Zastanawiające są słowa sztabskapitana Sniegiriowa, który nad trumną Iliuszy, pogrążony w rozpaczy nazywa własnego syna „ojczulkiem”11, jakby nieświadomie odkrywając, że malec, broniąc jego godności, stał się na chwilkę ojcem swojego własnego ojca.

Tajemnica zamiast problemu

Lektura Braci Karamazow uświadamia nam, że zagadnienia relacji ojciec – syn nie można zamykać jedynie w przestrzeni problemu, czyli redukować jej wyłącznie do poziomu racji rozumowych. Problemowe ujmowanie tej rzeczywistości prowadzić może w konsekwencji do bolesnych sytuacji, na przykład wtedy, gdy dziecko dowiedziałoby się o zupełnie przypadkowym przyjściu na świat, albo w momentach uświadamiania sobie, że jego ojciec zupełnie się nim nie przejmuje. Redukowanie relacji ojcostwo – synostwo do kategorii problemu powoduje, że wszelkie trudności wynikające z tego układu rozwiązywane są zewnętrznie, instruktażowo i za pomocą gotowych recept, bez angażowania głębi ludzkiego „ja”. Egzystencja traktowana jest wówczas jak rebus do rozwiązania i prędzej czy później natrafi na wielkie trudności.

Zagadnienie relacji ojciec – syn domaga się szerszej perspektywy. Daje ją „Tajemnica”, która wnosi w rozważany temat dwa istotne pojęcia: miłości i Boga. Tam, gdzie rozum kapituluje wobec beznadziei faktów zasmucających śmiertelnie syna, to właśnie miłość pozwala przekroczyć zasieki rozpaczy, podprowadzając zranione synowskie serce pod działanie Boga – miłosiernego i przebaczającego Ojca. To ta perspektywa synostwa nie pozwala Aloszy, w odróżnieniu od braci, nazywać własnego ojca błaznem, a Iliuszy każe kochać i bronić „tatusia”, pomimo jego alkoholizmu i śmieszności.

Również ojciec potrzebuje odniesienia do Tajemnicy, angażuje ona bowiem jego serce, domaga się czasu, twórczej cierpliwości. Ojcostwo rodzi się w ciszy miłości, w której syn uczy się cenić ojca nie ze względu na jego zewnętrzne osiągnięcia, tylko ze względu na to, kim naprawdę jest jego ojciec. Tajemnica nie domaga się dowodów na istnienie miłości. Tajemnica tę miłość angażuje. Domaganie się ze strony syna dowodów miłości świadczy, że faktycznie nie zaistniała ona w pełni, że brak wiążącego zaufania, że nie ma potrzebnego autorytetu. Ojciec, który nie kocha syna, a ogranicza jego wychowanie do poziomu sankcji i nakazów lub karmi go obojętnością, nigdy nie doprowadzi swojego dziecka do odkrycia owej Tajemnicy. Prędzej czy później wywoła w dziecku bunt, ucieczkę albo inną formę „obłaskawiania” cierpienia spowodowanego brakiem miłości. Dlatego ojciec Zosima, kłaniając się w swojej celi Dymitrowi, chce czule objąć tym gestem całe cierpienie odrzuconego syna. Z tej samej przyczyny wskazuje Iwanowi na pokłady miłości aktywnej, które w nim drzemią i mogą ocalić jego wrażliwość przed zimną brzytwą logiki, kapitulującej wobec braku sprawiedliwości jawiącego się na świecie. Dlatego Alosza, wzrastając duchowo w atmo-sferze miłującego rodzicielstwa duchowego starca, po wewnętrznych perturbacjach staje się zdolny do duchowego rodzenia innych.


Ks. Dariusz Jastrząb (ur. 1960), ojciec duchowny w Wyższym Seminarium Duchownym w Koszalinie, znawca twórczości Fiodora Dostojewskiego, wykładowca na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ojcostwo i synostwo w "Braciach Karamazow"
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.