„Mówisz i masz”. Uważaj, o co prosisz św. Józefa [ŚWIADECTWO]
„Chyba to chciał mi pokazać św. Józef - zarówno swoją ogromną moc, a jednocześnie wskazać na Pana Boga, że to On jest celem naszego życia - nie własne ambicje i plany”. Przez lata bezskutecznie szukał pracy, mimo że o pomoc prosił św. Józefa. Kiedy zaczął konkretnie powierzać mu swoje zawodowe plany, kolejne drzwi zaczęły się otwierać. Z czasem jednak zrozumiał, że najważniejsze nie było znalezienie wymarzonej pracy, ale odkrycie, czego naprawdę chce od niego Bóg.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Chciałem się podzielić swoim własnym doświadczeniem relacji ze Świętym Józefem.
To, co dotychczas udało mi się przeczytać o tym Świętym, mogę również potwierdzić na swoim własnym przykładzie. Dodam na wstępie, że zawsze starałem się „trzymać” Pana Boga, modliłem się do Niego, choć może nie każdy mój wybór czy podjęty krok był Mu miły i zgodny z Jego planem. Na pewno byłem człowiekiem bardzo ambitnym i posiadającym ogromne chęci coś osiągnąć w życiu - chciałem zapewnić sobie dobry start poprzez studia, zdobycie doświadczenia zawodowego choćby kosztem poświęcenia całego siebie… Jak się okazało - nie tędy droga. Ale zacznę od początku.
Depresja połączona z nerwicą
Tuż po skończeniu szkoły średniej udało mi się znaleźć pracę na produkcji w zakładzie oddalonym o 20 km od mojego miejsca zamieszkania. Następnie zostałem zwolniony wraz z wieloma innymi pracownikami z uwagi na spadek zamówień produktów (branża cechowała się sezonowością). Finalnie wróciłem do tego przedsiębiorstwa po ok. 6 miesiącach, pracując w międzyczasie w dwóch innych zakładach - również na stanowiskach produkcyjnych. Po „powrocie”, już po miesiącu udało mi się dostać do działu kontroli jakości - byłem jednym z pierwszych pracowników, którzy zostali przyjęci bez doświadczenia w tej branży (elektryka/elektronika). Spędziłem tam ponad 3 lata, w międzyczasie studiując oraz szukając innej pracy. Poszukiwania trwały niemal cały okres zatrudnienia, z wyjątkiem kilku miesięcy. Niestety wszelkie starania pozostawały bez skutku. Z czasem zrodziła się we mnie frustracja, a w następstwie również depresja połączona z nerwicą. Finalnie po tak długich poszukiwaniach znalazłem pracę w dziedzinie, której się kształciłem już od czasów szkoły średniej (kontynuując ją na studiach - logistykę). Niestety natłok obowiązków, praca w nadgodzinach już od pierwszych dni, brak przeszkolenia i dolegliwości natury psychicznej sprawiły, że zrezygnowałem z pracy po trzech tygodniach (współpracownicy myśleli, że jednak zostanę, bo najdłużej wytrzymałem spośród poprzednich nowych pracowników).
Ponownie coś poszło „nie tak”
Po kilku miesiącach znalazłem pracę w przedsiębiorstwie InPost jako pracownik ds. technicznych - serwis sorterów, wózków widłowych i wszystkiego, co wymagało naprawy. Na tym stanowisku spędziłem około roku, a następnie zostałem przyjęty na stanowisko koordynatora magazynu (jednego spośród 4 na zmianie). Myślałem, że to strzał w 10 - praca w logistyce, pieniądze jak na młodego człowieka, bez większego doświadczenia (choć już z wiedzą - wówczas kończyłem studia inżynierskie) nie były złe. Dojazd również w okolicach 20 km. Niestety ponownie coś poszło „nie tak” - człowiek, który został mi przydzielony do przeszkolenia, nie chciał się dzielić ze mną wiedzą. Mogę powiedzieć, że wręcz po prostu mnie nie lubił. Nocne zmiany (zaczynałem pracę bardzo różnie - północ, 1:00, 2:00, 4:00, 6:00), bardzo duży natłok informacji, presja w pracy wręcz dobiły mnie jako człowieka i jeszcze mocniej popadłem w depresję oraz nerwicę. Po niespełna pół roku na owym stanowisku już szukałem pracy. Zajęło mi to znów bardzo dużo czasu. Choć dotychczas wzywałem w swoich modlitwach św. Józefa, proszę o pomoc, to jednak za każdym razem znalezienie pracy trwało bardzo długo - latami. Chodziłem na wiele rozmów o pracę, nawet do jednego miejsca byłem już prawie przyjęty - jechałem trzeci raz na rozmowę, żeby doprecyzować warunki umowy, a finalnie do podpisania umowy nie doszło, mimo iż prezes powiedział do mnie i rekrutera „na co więc czekamy?” (z myślą, aby już podpisać ze mną umowę). Okazało się, że rekruter miał prywatnie inne zdanie i chciał zamiast mnie zatrudnić swojego kolegę.
Pomoc św. Józefa
Aż w końcu postanowiłem pojechać do Sanktuarium Świętego Józefa w Krakowie (Podgórze). Przeczytałem, że św. Józef lubi konkrety, a także gdy mu się coś ofiaruje. Więc w pewną sobotę wybrałem się na najwcześniejszą Mszę świętą poranną (7:00). Droga do sanktuarium zajęła mi niecałą godzinę. Pierwszy raz byłem w tym Sanktuarium. Po mszy pomodliłem się krótko, ale wymieniając szczegóły, jaką pracę chciałbym znaleźć. Prosiłem pokornie o pracę w dziedzinie transportu, niedaleko od miejsca zamieszkania (zawsze musiałem dojeżdżać przynajmniej 20 km, bo w moim rejonie po prostu pracy nie było) i na stanowisku „około kierowniczym”, gdzie mógłbym o wielu rzeczach sam decydować. Niesamowite jest to, że po ok. miesiącu miałem już nową pracę… Jako kierownik logistyki, gdzie moimi głównymi obowiązkami było planowanie transportu, a praca była oddalona o ok. 10 km, więc droga zajmowała mi tylko 10 minut.
To mówi wiele o św. Józefie. Ale to nie koniec
Byłem zdumiony, jak szybko znalazłem pracę (mimo iż poprzednio szukałem przez lata nowych miejsc zatrudnienia) i to dokładnie taką, jak chciałem. Ponadto, w moim jeszcze dotychczasowym miejscu pracy (InPost), z uwagi na zmiany kadrowe otrzymałem propozycję pracy albo na popołudniową zmianę (co było mi bardzo nie na rękę), albo jeśli się nie zgodzę, to będę musiał odejść. I akurat w tym samym czasie otrzymałem telefon z propozycją rozmowy kwalifikacyjnej, na którą oczywiście poszedłem. Szczęśliwie otrzymałem zatrudnienie w nowej firmie, przechodząc płynnie, bez przerwy w zatrudnieniu z jednej firmy do drugiej. To już mówi wiele o Św. Józefie. Ale to nie koniec.
Mimo powyższych okoliczności pracę „straciłem” - nie dogadałem się ze swoim pracodawcą odnośnie liczby godzin pracy i bycia w dyspozycji pod telefonem i z dostępem do Internetu (praktycznie 16 h na dobę, a nawet i więcej - również w nocy). Ponadto zauważyłem, że dużo łatwiej wydawałem pieniądze (gdy jeszcze pracowałem), nie liczyłem się aż tak z nimi - dlatego, że miałem ich więcej. Wydanie 100 zł było dla mnie prawie bez znaczenia.
„Mówisz i masz”
Zacząłem ponownie szukać pracy, prosić na modlitwie św. Józefa - skoro mi pomógł, to może nie jestem mu obojętny. Natomiast modliłem się do niego tylko w domu. Czasem po Mszy niedzielnej w swoim parafialnym kościele. Ale „efektów” nie było. Udało mi się „załapać” na kilka miesięcy do dwuosobowej firmy remontowej/wykończeniowej - ja byłem trzecim pracownikiem. Niestety z powodu alergii nie byłem w stanie pracować dalej przy pyle, kurzu. Pojechałem ponownie do wcześniej wspomnianego Sanktuarium, znów wcześnie rano, prosząc tym razem o pracę na magazynie (mając już porównanie do pracy w transporcie, to jednak magazyn był mi bliższy). Już nie prosiłem, żeby praca była blisko, byle po prostu się znalazła i abym mógł owym magazynem zarządzać. I tak jak za pierwszym razem, stało się i teraz. Wręcz jak za powiedzeniem: „mówisz i masz”. Za około miesiąc miałem już pracę jako kierownik magazynu, miejsce pracy oddalone o ok. 18 km od domu (będąc nieco podłamanym na duchu, nie prosiłem, aby praca była blisko). Pieniądze niezłe - ale mniejsze niż jako kierownik transportu, bo o b. dobre zarobki już nie śmiałem prosić.
Niestety pracowałem tylko tydzień. Równy tydzień. Jak w poniedziałek zostałem przyjęty, tak w kolejny poniedziałek zostałem wręcz wyrzucony z pracy i to w towarzystwie wyzwisk oraz przekleństw. Aż nie chciało mi się wierzyć, że ponownie coś zepsułem świętemu Józefowi, mimo że bardzo się starałem. Z uwagi na to, że byłem totalnie niewinny w tej sytuacji, złożyłem sprawę do sądu, którą później wygrałem.
Szukałem głębszego znaczenia tych dwóch zdarzeń, bo nie mogłem pojąć, jak św. Józef mógł coś dać i potem zabrać. I to jeszcze w tak przykrych okolicznościach, w taki niesprawiedliwy sposób.
Aż wreszcie poprosiłem go, aby po prostu znalazł pracę odpowiednią dla mnie. Nie pamiętam już dokładnie, czy pojechałem do Sanktuarium na Podgórzu specjalnie poświęcając czas (tak jak dotychczas - w sobotę), aby zwrócić się z prośbą o nową pracę, czy też wybrałem się tam w ramach niedzielnej Mszy świętej, jednocześnie przynosząc ze sobą intencję o (ponowne) znalezienie pracy.
Ja już wówczas nic nie mówiłem „od siebie” - ani jaką pracę chciałbym znaleźć, ani jak daleko oddaloną. Chciałem po prostu, aby ta praca była i by była zgodna z wolą Pana Boga.
Powracam wreszcie do zdrowia psychicznego
I wówczas, po kilku tygodniach, w drodze na wakacje otrzymałem telefon z Prokuratury… Bo tam złożyłem swoją aplikację za namową mojej lubej (obecnie narzeczonej). Pierwotnie odrzucałem to miejsce pracy, bo uważałem, że do Urzędu się nie nadaję. A ona, patrząc na całego mnie - znając mnie, moje wady, zalety, to, jaką mam osobowość - widziała mnie właśnie tylko jako Urzędnika.
I co się stało? Wszystko ułożyło się niesamowicie prosto - przełożono termin egzaminów pode mnie (trzeba było napisać dobrze test wiedzy - głównie z ustaw - aby móc przejść do kolejnego etapu, czyli rozmowy kwalifikacyjnej), ponieważ w wyznaczony dzień nie mogłem się stawić z uwagi przebywania na wyjeździe wakacyjnym. Na egzaminie pojawił się tylko jeden kandydat i ja. Obydwoje zakwalifikowaliśmy się na rozmowę z przyszłymi przełożonymi, na którą finalnie przyszedłem już tylko ja, bo drugi kandydat zrezygnował. Więc byłem jedynym kandydatem na to stanowisko i w taki sposób zostałem przyjęty - może trochę niechlubnie, bo można by rzec, że zaproponowano mi umowę „z braku laku”. Choć oczywiście zawsze można unieważnić proces rekrutacyjny, jeśli nie będzie dobrych kandydatów (sam kiedyś uczestniczyłem w takim procesie rekrutacyjnym).
A dziś… dobrze się tu czuję. Powracam wreszcie do zdrowia psychicznego, depresja prawie minęła, objawów nerwicy nie mam wcale. Ta praca nie daje mi wysokich zarobków, za to daje mi stabilizację, zdrowie i pokorę względem siebie samego i życia mi danego. Mimo że w obecnie danej mi pracy część moich obowiązków jest ściśle związana z logistyką, to jednak dziś mogę powiedzieć, że nie żyję już ambicjami, bycia dobrym w dziedzinie/zawodzie, które sobie obrałem i zdobywaniem sukcesów w tym, w czym się wykształciłem jako mgr inż. (logistyka, transport i zarządzanie), lecz żyję tak po prostu, oszczędzając pieniądze i zdecydowanie kierując swoje myśli i czyny ku Panu Bogu. I chyba to mi chciał św. Józef pokazać - zarówno swoją ogromną moc, a jednocześnie wskazać na Pana Boga, że to On jest celem naszego życia - nie własne ambicje i plany.
A to świadectwo niech będzie na chwałę Bogu, który objawił swoją moc się w świętym Józefie. Chwalcie i zwracajcie się do tego naszego wielkiego orędownika! Niesamowite jest, że potrafi pokazać, jak bardzo może nam pomóc w codziennym życiu. Jednak to plany Pana Boga zawsze są dla niego najważniejsze i właśnie na drogę tych planów nas finalnie prowadzi. Po prostu, święty Józef nie zostaje obojętny na nasze wołanie, tylko trzeba coś z siebie dać!
A więc wołajmy: Święty Józefie, Ora Pro Nobis!
Ze swojej strony również polecam odwiedzić Sanktuarium Świętego Józefa na krakowskim Podgórzu - przepiękna świątynia, wybudowana w neogotyckim stylu. Przepiękna z zewnątrz i wewnątrz. Szczególnie polecam zobaczyć znajdujący się za ołtarzem głównym przepiękny krucyfiks - nigdy nie widziałem bardziej majestatycznego krzyża w żadnym kościele.
Deo Gratias!
Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!
Skomentuj artykuł