Gdy dziecko nie chce spać

Dziecięce potrzeby porządkujące otaczający świat - osłona i rytm - były mocno zaniedbane (fot. by Jan Tik)
Jirina Prekop / slo

„Co mam robić, kiedy dziecko nie chce w nocy spać?" - to aktualnie najczęściej zadawane pytanie.

Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad napisaniem tej książki i rozmawiałam o tym z matkami pochodzącymi ze Wschodu, często słyszałam następujące wypowiedzi: „Zupełnie zbyteczne pytania! Ja do pracy chodzić muszę, obojętnie, czy tego chcę, czy nie. Nie chodzi tu o emancypację kobiet, ale życiową konieczność. Jedna wypłata po prostu nie starcza na utrzymanie. Gdybyśmy nie mieli dwóch pensji, nie moglibyśmy sobie w ogóle pozwolić na dziecko. A przecież nie mogę chodzić niewyspana do pracy. W nocy potrzebuję spokoju od dziecka".

Jeżeli jest taka możliwość, to dzieckiem w ciągu dnia opiekuje się babcia, by nie musiało iść do żłobka. Ale przecież w dzisiejszych czasach tak wiele babć jest jeszcze czynna zawodowo! Ponieważ zaś życie jest twarde, to od dziecka również oczekuje się pewnego rodzaju odporności: „Niestety, ale dziecko musi się po prostu dostosować, nie ma innego wyjścia".

Zacznijmy od końca. Pewność matki, ojca i pozostałych członków rodziny była nie do zachwiania (wyjątek stanowiła choroba). To, że dziecko musiało zasypiać i przesypiać noc w swoim łóżeczku czy łóżku, działało jak prawo, którego nikt nie może złamać. Matka nie czuła się kwestionowana w swojej roli. Przeciwnie, miała pełne poparcie i zrozumienie ze strony innych członków rodziny. Dziecko respektowało ją, jako tę osobę, która ustala zasady i bez jakichkolwiek wątpliwości, sprzeciwu i oporu akceptowało wprowadzony przez nią porządek. Pewność całej rodziny, nie tylko matki, była czymś oczywistym.

DEON.PL POLECA

Całkowicie pewne było również miejsce spania. Tam, gdzie dziecko zostało położone do snu, tam też musiało się obudzić. Zmiany związane z rozwojem fizycznym dziecka wprowadzano bardzo stopniowo: wózek zastępowano łóżeczkiem, łóżeczko łóżkiem, a wspólny pokój dziecięcy - własnym. Za każdym razem dziecko miało zagwarantowaną pewność doznań wynikających z niezmienności otaczającej go rzeczywistości materialnej. Wzór tapety, szczebelki w łóżeczku, lampa na suficie - wszystko było przewidywalne i znane. Dźwięk tykającego zegara, odgłosy pojazdów dochodzące z ulicy i dźwięk radia z salonu były przewidywalne i znane. Otoczenie było bliskie i bezpieczne. W podobny sposób, funkcjonujący niezawodnie jak dobry zegarek, był zaprogramowany podział czasu.

Dziecko wiedziało, że: bajka to dla niego ostatni punkt programu dnia, po bajce musi iść od razu do łóżka, lampka nocna będzie zapalona do momentu, kiedy mama skończy czytać bajkę i da buzi na dobranoc. Te stałe punkty działały jak drogowskaz na ulicy. Dawały orientację. Reprezentowały nie tylko niezawodny porządek, ale również radość spełnionych oczekiwań. „Miałem taki dziwny, oszałamiający sen, kiedy naraz usłyszałem daleki, ale znajomy odgłos młynka do kawy i poczułem zapach świeżych bułeczek - jak zwykle o poranku - zawsze sobie wtedy myślałem, że to wspaniale być znowu w domu i że już żaden straszny potwór ze snu nie będzie mógł mnie złapać" - usłyszałam od pewnego starszego pana wspominającego dzieciństwo przy kawie w ulubionej kawiarence. Jego sąsiad przy stole dla stałych bywalców pociągnął temat: „Pamiętacie to cudowne wstawanie bez budzika?

Pierwsze, co słyszałem po przebudzeniu, to odgłosy z łazienki. Świszczący dźwięk ostrzonej brzytwy. Lejąca się woda. Słychać było przerywaną melodię jakiejś włoskiej piosenki w zależności od tego, czy mój ojciec przy goleniu miał właśnie otwarte, czy zamknięte usta. Moja mama krzyczała z kuchni: «Przestań już z tym śpiewaniem. Obudzisz dzieci. Gdybyś jeszcze tak nie fałszował!»". A ja mogłem się założyć, że jak otworzę oczy i zaglądnę przez szparę między drzwiami, zobaczę mojego ojca wydymającego policzki, zgarniającego brzytwą piankę do golenia, szelmowsko spoglądającego w lustro i jeszcze raz głośno zaciągającego «O sole mio...»".

Patrząc z perspektywy dziecięcej potrzeby zapewnionej osłony i ustalonego rytmu, dziecko traci na surowym sposobie opieki nad nim w nocy. Za czasów moich dziadków dziecko cieszyło się jeszcze osłonką, ponieważ kierowano się wtedy zaleceniem, że tuż po wieczornej kąpieli, malucha należało wsadzić w becik i tak już zostawić do spania. Nawet jeśli mama chciała pozostawić dziecku nieco więcej swobody, to uniemożliwiało jej to panujące w domu zimno. W zimie najczęściej nie palono w piecu, ponieważ węgiel był drogi. Dlatego też wrażliwe na chłód dzieci trzeba było dobrze i ciepło otulać. Kiedy jednak nadeszła era centralnego ogrzewania, podążając za duchem nowego czasu, odrzucono becik i śpiwór jako ograniczające swobodę ruchów utrudnienie, a dziecku nie zostało już nic z tej osłony.

Jeśli chodzi o potrzebę rytmu, tu również dziecko było wyraźnie niedopieszczone. Co więcej - odrzucono ją całkowicie. Specjaliści rozpowszechnili wówczas pogląd, że kołysanie może prowadzić do uszkodzenia ścianek komórek mózgowych stanowiących centralny układ nerwowy, a w konsekwencji do upośledzenia (Co za głupota! Jeżeli odpowiadało by to rzeczywiście prawdzie, to wszystkie poprzednie intensywnie kołysane w dzieciństwie generacje - Egipcjanie, Grecy i Germanie - musiałyby cechować się masowym występowaniem uszkodzeń mózgu!).

Maluch mógł cieszyć się kołysaniem jedynie podczas spaceru w wózku na sprężynach. Niektórymi wózkami pokojowymi można było również poruszać w tę i z powrotem. Ówczesne dzieci nie potrafiły szybko zasnąć bez kołysania, to też niektóre mamy chętnie godziły się na tę chwilową niedogodność. Natomiast łóżkiem nie dało się już huśtać. Nie mogło być tu już mowy o rytmie.

  • W miejsce oferowanego mu z zewnątrz rytmu, dziecko ustalało swój, ssąc smoczek czy własny kciuk. Często dziecko kołysało się z taką złością i wytrzymałością, że miarę jego determinacji można było odczytać po całkowicie wytartych włosach z tyłu głowy. Skoro tylko jego motoryka rozwinęła się wystarczająco, trzeszczało całe łóżko, co później często brano za formę onanizmu.
  • Aby czuć przy ciele osłonę, którą straciły zdecydowanie za szybko - wcześniaki potrafią same dopełzać do ścianek inkubatora. Dzieci najwyraźniej nie doceniają wielkiego, luksusowego łoża, najczęściej znajdziemy je zwinięte w kłębek w jakimś kącie. Mogłabym opowiadać tutaj o wielu dzieciach, u których nocne problemy ze snem znikały, kiedy wyjeżdżały z rodziną na wakacje i spały w namiotach lub na wąskich łóżkach w przyczepach kampingowych. Lepiej jednak będzie, gdy posłużę się przykładem przytaczanym przez Marię Montessori. Półtoraroczne dziecko wróciło ze swoimi rodzicami z dalekiej podróży i zaczęło cierpieć w nocy na nerwicowe zaburzenia snu i trawienia. Podróżując, rodzina często zmieniała hotele, w każdym jednak dziecko miało do dyspozycji prawdziwe łóżeczko. Po powrocie chłopiec mógł spać już w dużym pięknym łóżku, a jednak nie mogło znaleźć spokoju. „Trzeba było małego nosić, a jego płacz uważano za objaw choroby. Sprowadzono więc kilku pediatrów, a jeden z nich z wielką starannością opracował dla malucha dietę witaminową. Ani owa kuracja, ani też zalecane kąpiele słoneczne, dłuższe spacery czy ówcześnie najnowsze metody leczenia nie przyniosły jednak nawet najmniejszej ulgi. Stan dziecka pogarszał się coraz bardziej, a każda kolejna noc stawała się dla rodziny wykańczającym czuwaniem. Kiedy pojawiły się jeszcze do tego konwulsje występujące dwa, trzy razy w ciągu dnia, postanowiono zasięgnąć porady u najsłynniejszego wówczas specjalisty od chorób na tle nerwowym u dzieci. W tym momencie zaczęła się moja interwencja... Dziecko leżało na łóżku i właśnie miało jeden ze swoich ataków. Zsunęłam dwa fotele, tak aby w środku utworzyły coś w rodzaju tapicerowanego łóżeczka. Następnie wyłożyłam je prześcieradłem, położyłam kołdrę i bez słowa całość ustawiłam obok dużego łóżka. Chłopiec spojrzał w kierunku tego posłania, przestał płakać, przeturlał się do krawędzi swojego łóżka, później do zaimprowizowanej kołyski, po czym natychmiast zasnął. Najwidoczniej dziecko przyzwyczaiło się do spania w małym łóżku, które otaczało jego ciało ze wszystkich stron, dawało oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Duże łóżko nie oferowało mu tego rodzaju oparcia a wynikająca z tego utrata wewnętrznej orientacji stanowiła przyczynę bolesnego konfliktu... Dziecko nie odczuwa porządku w sposób, w jaki odbiera go dorosły. My - dorośli - jesteśmy już pełni wrażeń i dlatego też nie łatwo nas poruszyć, ale dziecko przychodzi na świat bez żadnych doświadczeń i zaczyna je dopiero zbierać...".
    Ponieważ dziecko nie potrafiło w wystarczający sposób zrekompensować sobie braku osłony i rytmu, chwytało się możliwości, które mogły zaoferować mu doznanie wrażenia pewności miejsca. W swoim odosobnieniu nie może polegać na ludziach, ponieważ ich nie ma. W zastępstwie zdaje się na niezawodność przedmiotów. Używa swoich zmysłów, aby określone elementy danego miejsca ciągle odbierać w ten sam sposób. W przeciwnym razie nie mogłyby one zapewnić mu spełnienia jego oczekiwań. Szmaciana przytulanka jest w dotyku zawsze taka sama - przy nosku i w rączce pachnie jak zawsze. Guma, z której zrobiony jest smoczek, ma znany smak. Picie z butelki potęguje ponadto wrażenia związane z regularnymi odruchami ssania, znanymi jeszcze z okresu życia w łonie matki. Butelka przed noskiem ma znany wygląd a szczebelki lub osłona z siatki w łóżeczku pozostają niezmienne. Otwierając oczy, widzi się światełko lampki nocnej, zamykając - światełko znika. Wszystkiemu towarzyszy niezmienne tykanie zegara ściennego.
  • Dziecko musi tym bardziej zaufać stałości otoczenia, że w tym nocnym programie bezpieczeństwa nie została ujęta potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego, uczuciowego, które dać może tylko człowiek. Poczucie bezpieczeństwa wewnętrznego oznacza wyczuwalne współodczuwanie, widoczne zrozumienie, niezawodne dotrzymywanie obietnic i obdarowanie zaufaniem wynikającym z miłości. Przez proces wychowywania do pożądanego zachowania w nocy, dziecko przechodzi jednak samo. Musi zastępować ludzi przedmiotami i im zawierzyć. Dzięki regularnemu zastępowaniu powstaje przyzwyczajenie. W zależności od skłonności osobowościowych oraz od poziomu strachu i skłonności do uzależnień, zaspokajanie zastępcze może nieuchronnie prowadzić do nałogów lub poważnych uzależnień.
  • Powtarzalność doświadczeń sprawia, że są one zakodowane w mózgu. Przysłowie: „Czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał" można odwrócić, zachowując znaczenie: „To, czego nauczył się Jaś, zapamięta Jan".
  • Jeśli dziecko przyzwyczaiło się do łagodzenia swojego złego samopoczucia za pomocą smoczka, to również w przyszłości będzie potrzebowało czegoś podobnego w buzi, żeby poczuć się dobrze. Będzie obgryzało końcówki długopisów, paznokcie, potrzebowało wrażenia, jakie daje trzymany w ustach papieros.
  • Wypróbowane doświadczenie - ocieranie łez samotności za pomocą butelki mleka - będzie funkcjonowało również w przyszłości - ale butelkę mleka, zastąpi butelka piwa.
  • Doznania zapachowe, które poznało za sprawą szmacianej przytulanki, w wieku dorosłym zastąpią mu ulubione perfumy. Inne zapachy zneutralizuje dezodorantem.
  • Tak jak maluchowi dodawało pewności trzymanie w ręku szmatki czy grzechotki, tak i dorosły będzie potrzebował poczucia, że trzyma w ręku coś, co jest jego własnością. Oczywiście, będą to inne rzeczy, na przykład kierownica czy wyciągi z konta. Zatrzymywanie oraz posiadanie przedmiotów materialnych będzie dla kogoś takiego ważniejsze niż bycie z drugim człowiekiem.
  • Tak jak światło lampki nocnej uspokajało dziecko, tak i później będzie szukać źródeł światła, na które może patrzeć. Co nadaje się do tego lepiej niż ekran telewizora czy komputera?

Generacja naszych dziadków nie mogła jeszcze wiedzieć, jakie to grzyby po tym deszczu wyrosną. Ten deszcz nie wydawał się wtedy niebezpieczny - takie opady mogą bowiem przynieść pozytywne skutki. Dojrzewanie tych owoców trwało zaś bardzo długo. Aby zrozumieć skutek zastępczego zaspokajania dziecięcych potrzeb u objętych psychiatrycznym leczeniem osób uzależnionych i cierpiących na nerwicę natręctw, musieliśmy czekać, aż dorośnie jedna, a nawet dwie generacje.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Gdy dziecko nie chce spać
Komentarze (2)
I
Iza
22 lipca 2010, 18:36
I jeszcze te upały. Moja córka zasypia ze zmęczenia i gorąca na chłodnej podłodze :) Wiem że to nie metoda ale zawsze ;)
M
mama
22 lipca 2010, 11:40
"Tak jak wszystko na świecie, tak i surowe podejście do dziecka w nocy ma wady i zalety." - Oj tak, zwłaszcza kiedy mam jeszcze całą stertę ubrań do prasowania, chciałabym chociaż raz w tygodniu obejrzeć dla reklaksu fajny film, badź spędzić jeden wieczór tylko z moim mężem :) A moje najukochańsze pod słońcem dzieci chcą mamy i taty 24 godz na dobę. Łamiemy się, bo widok śpiących pociech powoduje w nas nieprzebrane pokłady czułości i trudno wtedy odejść od ich łóżeczek!