Wespół w zespół

Wespół w zespół
(fot. Pete Prodoehl/flickr.com)
Logo źródła: Nowy Dziennik dziennik.com

W epoce realnego socjalizmu, zanim zebrano z pola żyto czy pszenicę, najpierw zbierała się egzekutywa. Teraz, żeby podjąć optymalną decyzję w polityce, nauce czy biznesie, zbiera się zespół ekspercki.

Bo skoro – jak wiadomo – co dwie głowy, to nie jedna, to cóż dopiero dwie setki głów!

Tak? Niekoniecznie!

Zarówno codzienna praktyka, jak i współczesne badania naukowe dowodzą bowiem, że nikt nie myli się równie często i boleśnie w skutkach, jak specjaliści w tej samej dziedzinie, zwłaszcza kiedy każe się im pracować zespołowo. Pierwszy wpadł na to amerykański psycholog społeczny Irving Janis, nazywając tę prawidłowość syndromem myślenia grupowego.

Ponieważ syndrom zespołu eksperckiego jako towarzystwa wzajemnej adoracji został opisany dawno temu, znaleziono już remedium na pułapki myślenia zbiorowego. Jest nim... ignorant. Nic nie stymuluje kreatywności fachowców (w dowolnej zresztą dziedzinie) równie skutecznie, jak obecność w ich gronie osoby, która nie wie, że czegoś nie można. Oczywiście ignorant posiada wykształcenie porównywalne z przygotowaniem grupy ekspertów, tyle że w zupełnie innej dziedzinie. Myśli więc niestandardowo i działa nieschematycznie, co pozwala spojrzeć na problem z nowej, nieoczekiwanej perspektywy.

Odkrycie syndromu myślenia grupowego wpłynęło nie tylko na skład współczesnych think tanków i na to, że doceniono rolę kreatywności w nauce, technologii i biznesie. Zyskała też odesłana do lamusa wszechstronność, w dobie wąskiej specjalizacji zbyt często utożsamiana z zawodową i życiową ignorancją w jej dosłownym znaczeniu.

Tak więc, paradoksalnie, rozwój wysokospecjalistycznych technologii spowodował rehabilitację wykształcenia ogólnego, a wymuszona organizacją badań naukowych praca zespołowa udowodniła, że gdzie jak gdzie, ale w nauce wciąż niezastąpieni są "nawiedzeni" indywidualiści. I to może teraz nawet bardziej niż w czasach Newtona.

Oczywiście nie oznacza to odwrotu od specjalizacji. Związek kreatywności ze wszechstronnym wykształceniem ogólnym dowodzi jedynie, że wąska wiedza ekspercka w naszych czasach już nie wystarcza, żeby dokonać czegoś istotnego w nauce (choć ciągle jest to warunek konieczny do jej skutecznego uprawiania). Potrzeba także "szerszej perspektywy", jaką daje rozległe przygotowanie ogólne.

Że tak jest w istocie, dowodzi choćby zwycięstwo pojedynczego naukowca – Craiga Ventera w rywalizacji z zespołem rządowych ekspertów pracujących (za kolosalne pieniądze federalne) nad Human Genome Project.

Venter, o którym znowu stało się teraz głośno za sprawą "sztucznego życia", posiada wprawdzie formalne wykształcenie, ale jego CV nie dałoby mu etatu w MIT czy na Harvardzie. Naśladowca Pana Boga studiował bowiem nie dość skutecznie, by zapracować na profesurę. Zaczynał na medycynie. Potem zajął się biznesem. Następnie fizjologią, farmacją, biotechnologią i nie wiadomo, czym jeszcze.

Ta rozległa wiedza o naturze i społeczeństwie pozwoliła mu jednak na założenie prywatnego laboratorium, gdzie, z pomocą stosunkowo nielicznego zespołu i skromnych funduszy, stworzył metodę szybkiego sekwencjonowania genów, dzięki której był w stanie wyprzedzić w badaniach nad mapą ludzkiego DNA ekspertów z zespołu rządowego (do których się potem ostatecznie przyłączył, robiąc na tym majątek). Teraz zaś Craig znowu rzucił wyzwanie reszcie świata w kwestii kreacji artificial life. I znowu jest pierwszy.

Inny podobny przypadek dotyczy Raya Kurzweila. Naukowca z dyplomem MIT i właściciela kilku doktoratów, ale głównie "szalonego" konstruktora-wizjonera, pasjonata zaangażowanego w realizację idei nieśmiertelności.

Jednym z jego wynalazków jest pompa infuzyjna. Innym – programy do syntezy mowy. Jeszcze innym nowoczesne, wspomagane elektronicznie urządzenia ortopedyczne. W ubiegłym roku Kurzweil założył też... uniwersytet. Tym razem nie sam, tylko do spółki z NASA i właścicielami Google’a.

Uczelnia nazywa się Singularity University (singularityu.com) i – jak wskazuje nazwa – uczy, jak uprawiać naukę w sposób na tyle osobliwy i kreatywny, żeby nadążyć za jej rozwojem, przebiegającym teraz wykładniczo. Do kalifornijskiej SU może się zapisać każdy magister (a nawet dumny właściciel licencjatu), zainteresowany nie tyle specjalizacją zawodową, ile pogłębianiem ogólnej wiedzy o świecie. Uniwersytet prowadzi bowiem programy interdyscyplinarne w dziedzinach – zdaniem Kurzweila i spółki – przesądzających o naszej przyszłości. Słuchacze mają więc zajęcia z biotechnologii, medycyny, nanotechnologii, informatyki, robotyki, AI, ale także prawa, finansów, sztuki oraz... etyki. Po co? Po to, by "przygotować się na przyspieszoną rewolucję technologiczną", która – jak przewidują twórcy uczelni – przewróci nasze życie do góry nogami prędzej, niż moglibyśmy przypuszczać.

Sądząc choćby tylko po tych dwóch przykładach, kres newtonowskiego modelu naukowca – omnibusa i indywidualisty – obwieszczony został przedwcześnie.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Wespół w zespół
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.