Jesteśmy twórcami dobra. A ono nie wymaga rzeczy wielkich
Nie chodzi o to, żeby stworzyć więcej i lepiej niż inni: to jest chyba najgłębsza lekcja z bycia współtwórcą, a nie Panem Stworzenia. Chodzi o to, żeby w ogóle tworzyć. Żeby nie siedzieć z założonymi rękami, czekając, aż będziemy gotowi na coś wielkiego - bo dobro nie wymaga wielkości. Wymaga udziału. Zaangażowania.
Mieszkamy w miejskiej dżungli, ale jakiś czas temu udało nam się zdobyć „swój” kawałek zieleni. Mamy więc działkę. Używam słowa „mamy" z pewną dozą autoironii, bo tacy z nas działkowicze, jak z betonu rabatka - formalnie to prawda, ale w praktyce nikt rozsądny nie zauważy w naszej ogrodniczej działalności śladów talentu ani znamion życia roślinnego w skali, która miałaby jakikolwiek potencjał wykarmić naszą sześcioosobową rodzinkę. Ale niewątpliwie entuzjazmu i chęci do przebywania w naturze co roku (przynajmniej na początku sezonu) nam nie brakuje.
W sobotę, korzystając z pięknej pogody, wybraliśmy się na naszą działkę w iście wiosennych nastrojach, jakbyśmy byli co najmniej trzecim pokoleniem ogrodniczej dynastii. Starsze dzieci z miną ludzi wykonujących misję dziejową wzięły się za koszenie i plewienie poletka eksperymentalnego, jak czule nazywamy nasz warzywniak. Młodsze znalazły swoje powołanie w impregnowaniu drewnianych ławek - i siebie przy okazji, bo farba, jak wiadomo, lepiej trzyma się skóry niż drewna. Mąż budował mi mini-szklarnię ze skupieniem a la Gaudi dopieszczający kolejny detal w Sagrada Familia (przy czym efekt końcowy jest jakby, hmmm, odrobinę mniej … ponadczasowy). Ja z kolei wsadzałam w ziemię wszystko, co wpadło mi w ręce w markecie ogrodniczym, odmawiając przy okazji coś na kształt litanii do świętego Franciszka, żeby zechciał przekonać swoich „braci mniejszych”, że naprawdę nie muszą zjadać tego akurat kawałka mojego wysiłku.
Późnym popołudniem przycupnęliśmy przy ognisku. Rozmów nie było zbyt wiele, ale patrząc po twarzach, widziałam coś, co trudno opisać słowami, a co chyba zna każdy z nas: poczucie, że się uczestniczyło w czymś produktywnym, że się zrobiło coś sensownego, że zostawiło się jakiś dobry ślad w świecie. A następnego dnia pojechaliśmy na Eucharystię do naszej „parafii serca”. Ta niedziela upływała w niej akurat pod hasłem "rodzina" i na mszy mieliśmy nie tylko okazję odnowić przyrzeczenia małżeńskie, lecz także otrzymać indywidualne błogosławieństwo dla całej familii.
Patrzyłam w oczy mojego męża i wzruszała mnie świadomość, że tyle małżeństw jest w kościele. Par, których dłonie splecione ze sobą, niektóre od dekad, inne od niedawna, a inne z ręką na sercu, bo żona albo mąż już od dawna w niebie. I złapałam się na tym, że takich momentów chciałabym w Kościele więcej. Takich, które nie tylko przypominają, w Kogo mamy wierzyć, ale też kim jesteśmy. Które mówią zwykłej kobiecie i zwykłemu mężczyźnie, że to, co robią i czego doświadczają przy zwykłym stole w swoim zwykłym domu to jest uczestnictwo w czymś o wiele większym, niż nam się wydaje.
Jesteśmy twórcami dobra. Ogródek, szklarnia, ławki przesycone farbą i entuzjazmem dzieci – to tworzenie. Ale małżeństwo też jest tworzeniem. Rodzina jest tworzeniem. Dom, który nie jest tylko czterema ścianami, ale przestrzenią, w której ludzie rosną - jest tworzeniem. Dawno temu Jan Paweł II w swoim liście do artystów napisał coś, co do mnie teraz wróciło: że język polski kapitalnie ujmuje pewną relację - z jednej strony pierwsza stronica Biblii pokazuje nam Boga jako pierwowzór każdej osoby, która tworzy jakieś dzieło, a z drugiej strony w człowieku twórcy znajduje odzwierciedlenie wizerunek Stwórcy.
Tę więź ukazuje szczególnie wyraźnie pokrewieństwo słów: stwórca i twórca. Ten, kto stwarza, daje samo istnienie, wydobywa coś z nicości - i ten sposób działania jest właściwy wyłącznie Wszechmogącemu. Twórca natomiast wykorzystuje coś, co już istnieje, i nadaje temu formę i znaczenie. Taki sposób działania jest właściwy człowiekowi jako obrazowi Boga. Nie jesteśmy Stwórcami, ale jesteśmy twórcami. I to nie jest pomniejszenie - to jest nasze miejsce w tym dziele. Własne, niezastąpione, zapisane już w pierwszych rozdziałach Księgi Rodzaju. Bo tworzenie ma miejsce przecież nie tylko wtedy, gdy ktoś pisze książki, maluje obrazy albo komponuje muzykę.
Tworzymy, kiedy budujemy relację, która się nie rozpada przy pierwszym kryzysie. Tworzymy, kiedy uczymy dziecko mówić „przepraszam" i „dziękuję". Tworzymy, kiedy po raz setny zaczynamy rozmowę, która wczoraj się nie udała, a dziś przybliżyła nas do większej jedności. Człowiek potrafi tworzyć dobro i może właśnie dlatego daje nam to tak głębokie poczucie sensu, bo jest w nas coś z Tego, który pierwszy powiedział: niech się stanie.
Tymczasem świat przekonuje nas, że życie ma polegać głównie na konsumowaniu. Kupowaniu, przyswajaniu, zbieraniu doświadczeń, które mają nas „nasycić". Problem w tym, że one najczęściej działają jak słone przekąski - im więcej ich mamy, tym bardziej chce się pić. A tym, co naprawdę nas karmi, okazuje się coś zupełnie innego: tworzenie - nie spektakularne, ba, czasem zupełnie niewidoczne. Ale nasze. W tym kontekście wracam myślami na naszą działkę - do ziemi, która nie reaguje natychmiast, do roślin, które mają własne upodobania i nie uwzględniają w nich moich wizji uprawy.
Obcowanie z naturą uczy pokory wobec świata, na który nie mamy wpływu, i szacunku do czasu. Uwrażliwia też na inny aspekt "tworzenia" - na owocowanie. Coś kwitnie na różowo, coś na biało. Coś w kwietniu, coś dopiero w czerwcu. U mnie (najpewniej) wyrośnie mikro-marchewka, u sąsiadki (na bank!) kalarepa-gigant. I sęk w tym, żeby się nie porównywać, nie do końca skupiać na owocach, ale odkrywać radość z bycia współtwórcą procesu. Mogłabym przecież zazdrościć pani Zdzisi doświadczenia, smykałki do zieleni, lepszej gleby na jej poletku. Ale ogród, któremu przyglądam się w perspektywie wiary, uczy mnie tego, że i ja, i ona uczestniczymy w tym samym akcie. Że obie możemy w nim znaleźć sens i radość - niezależnie od rozmiarów plonów. Że moja marchewka nie jest gorsza dlatego, że jest mniejsza. Jest po prostu moja - i wyrasta z tego, co mam i co w tę glebę włożyłam.
Nie chodzi o to, żeby stworzyć więcej i lepiej niż inni: to jest chyba najgłębsza lekcja z bycia współtwórcą, a nie Panem Stworzenia. Chodzi o to, żeby w ogóle tworzyć. Żeby nie siedzieć z założonymi rękami, czekając, aż będziemy gotowi na coś wielkiego - bo dobro nie wymaga wielkości. Wymaga udziału. Zaangażowania. Może właśnie w tym napięciu - między działaniem a czekaniem, między sadzeniem a ufaniem, że coś wyrośnie - najpełniej widać, kim jesteśmy. Nie właścicielami świata, a tylko i aż współtwórcami dobra, które - jeśli ma być prawdziwe - potrzebuje czasu i wysiłku. Tak w ogródku, jak w rodzinie.
Skomentuj artykuł